Czy wiesz co czyta Twoje dziecko?

Czy wiesz co czyta Twoje dziecko? Image

Czy wiesz co czyta Twoje dziecko?

Ni­gdy nie za­po­mnę mo­jej pierw­szej książ­ki prze­czy­ta­nej sa­mo­dziel­nie. Nie dla­te­go, że była taka fa­scy­nu­ją­ca, że po­rwa­ła mnie swo­ją tre­ścią. Nie dla­te­go, że po­ko­cha­łam jak przy­ja­cie­la któ­re­goś z bo­ha­te­rów. Na­wet dziś do­kład­nie nie pa­mię­tam o czym była. Pa­mię­tam jed­nak jed­no: ból czy­ta­nia. Książ­ka jak na moje moż­li­wo­ści była za dłu­ga, czy­ta­ło się ją źle, li­te­ry były małe i mimo oku­la­rów mia­łam pro­blem. To były „Dzie­ci z Bul­ler­byn” Astrid Lind­gren, pi­sar­ki uwiel­bia­nej przez dzie­ci.

Obec­nie mam kon­takt z dzieć­mi ze szko­ły pod­sta­wo­wej. „Dzie­ci z Bul­ler­byn” na­dal są obo­wiąz­ko­wą lek­tu­rą bo­daj­że w dru­giej kla­sie. Pod­słu­cha­łam kie­dyś roz­mo­wy dwóch dziew­czy­nek o tej książ­ce. Na­rze­ka­ły, że trze­ba ją prze­czy­tać. Za­py­ta­łam co o niej są­dzą. „Dłu­ga” — od­po­wie­dzia­ła jed­na z nich. Nic się więc nie zmie­ni­ło.

Miał to być te­mat na póź­niej, ale ide­al­nie na­da­je się na po­le­mi­kę z wpi­sem Le­fti o pol­skiej szko­le. Szko­ła nie na­dą­ża za ży­ciem. Nie chcia­ła­bym, by ta­blet i kom­pu­ter za­stą­pił ka­li­gra­fię, a Go­ogle en­cy­klo­pe­dię, jed­nak wkła­da­nie ło­pa­tą do gło­wy ma­te­ria­łu mło­dym lu­dziom po­zwo­li wy­kształ­cić nie na­ukow­ca, tyl­ko oso­bę za­zna­jo­mio­ną z ło­pa­tą. Swo­im po­dej­ściem szko­ły uczą do­sko­na­le jak ko­pać rowy w przy­szło­ści.

Szko­ła się zmie­nia. Po­wo­li. Nie­ste­ty zbyt wol­no. Na­dal brak jest do­świad­czeń czy warsz­ta­tów, ale nie wy­obra­żam so­bie ro­bić je co lek­cje w 35-oso­bo­wych kla­sach.

Ze­staw lek­tur zo­stał zmie­nio­ny. Po­ja­wia­ją się książ­ki jak „Lew, cza­row­ni­ca i sta­ra sza­fa” czy „Hob­bit”. W kla­sach 1–3 na­uczy­ciel może sam wy­bie­rać ja­kie książ­ki będą czy­tać dzie­ci. Mogą to być nie tyle znie­na­wi­dzo­ne prze­ze mnie „Dzie­ci z Bul­ler­byn”, a np. utwo­ry Grze­go­rza Kas­dep­ke, opo­wia­da­ją­ce o nie tak od­le­głych cza­sach. Jak mój syn za­cznie przy­go­dę z lek­tu­ra­mi pew­nie nie je­den raz będę mu­sia­ła sama prze­czy­tać po­zy­cję, nim po­roz­ma­wiam z nim na ten te­mat.

Nie po­mniej­szaj­my też roli ro­dzi­ca. To ro­dzic po­wi­nien za­chę­cać dziec­ko. To on może po­ka­zać dziec­ku jak czer­pie się pa­pier, jak wy­twa­rza książ­ki, jak szu­kać cze­goś cie­ka­we­go w en­cy­klo­pe­dii i jak wpi­sy­wać py­ta­nia, aby Go­ogle wy­plu­ło in­te­re­su­ją­cą nas in­for­ma­cję. Włą­cze­nie baj­ki nie za­ła­twi spra­wy i nie na­uczy dzie­ci tak uży­wać wy­obraź­ni jak książ­ka.

Pierw­szo­kla­si­ści za­py­ta­ni ja­kie zna­ją baj­ki (w do­my­śle: ba­śnie z ksią­żek np. An­der­se­na, bra­ci Grimm) od­po­wie­dzie­li „Bat­man”, „Lego Chi­ma”, „Ku­cy­ki pony”. Ak­cja „Cała Pol­ska czy­ta dzie­ciom” zo­sta­ła sku­tecz­nie za­głu­szo­na re­kla­ma­mi ko­lej­nych ani­ma­cji po­ja­wia­ją­cych się w ki­nach, a w skle­pach dla dzie­ci ła­twiej zna­leźć lal­kę z po­sta­cią z kre­sków­ki, niż cie­ka­wą książ­kę.

Wresz­cie sed­no spra­wy — dziec­ko musi samo chcieć. Nie na­uczy­my ni­cze­go na siłę. Choć­by nie wiem co! Do na­uki na­le­ży za­chę­cać, po­ka­zy­wać cie­ka­wie na­wet, je­śli szko­ła uczy w nud­ny spo­sób. Za­wsze mo­że­my zgło­sić na­uczy­cie­lo­wi wła­sne po­my­sły. Sko­ro przed­szko­la po­tra­fią za­pra­szać ro­dzi­ców, by po­ka­za­li coś cie­ka­we­go np. jak pra­cu­ją czy czym się in­te­re­su­ją, to i szko­ły by­ły­by z ta­kiej po­mo­cy za­do­wo­lo­ne.

Szko­ła sta­ła się wy­twór­nia świa­dectw, ma­tur, eg­za­mi­nów. Ostat­nie kla­sy pod­sta­wów­ki czy gim­na­zjum, li­ceum uczą się tyl­ko pod eg­za­min koń­co­wy. Jaki w tym sens? Waż­ny jest eg­za­min czy ca­ło­rocz­na pra­ca? Prze­czy­ta­nie za dziec­ko książ­ki, zro­bie­nie za­da­nia do­mo­we­go dla do­brej oce­ny na­uczy dziec­ko tyl­ko prze­rzu­ca­nie wła­snej od­po­wie­dzial­no­ści na in­nych i kom­bi­na­tor­stwa. Ow­szem, oce­na bę­dzie. Ale czy to oce­na mamy, taty czy dziec­ka?

Znam przy­pa­dek czy­ta­nia „Krzy­ża­ków” przez mamę swo­im dzie­ciom, bo im się nie chcia­ło. Znam przy­pa­dek, gdy mama prze­czy­ta­ła „Sie­rot­kę Ma­ry­się i sied­miu kra­sno­lud­ków” nie do koń­ca, bo dziec­ko za­snę­ło w trak­cie czy­ta­nia. Wie­dza z lek­tu­ry mia­ła być zwe­ry­fi­ko­wa­na na­stęp­ne­go dnia. Dziec­ko przy­nio­sło 4+ z kart­ków­ki. Z wy­rzu­tem „bo TY mi nie prze­czy­ta­łaś książ­ki do koń­ca!”. Więk­szość prac pla­stycz­nych od­da­wa­nych przez dzie­ci na wszel­kie­go ro­dza­ju kon­kur­sy nie ma na­wet 1% dzie­cię­cej in­wen­cji twór­czej. Ro­dzi­ce za­czy­na­ją two­rzyć in­te­lek­tu­al­ne le­niu­chy.

Nie ma ide­al­ne­go szkol­nic­twa. Każ­dy kraj ma swo­je wzlo­ty i upad­ki na tym polu. Waż­ne, by z tych upad­ków się pod­no­sić i brać przy­kład z uda­nych lo­tów. To my, ro­dzi­ce, mamy wpływ na tra­jek­to­rię lo­tów.

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 20 stycznia 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Dla dorosłych

Otagowano: