Do trzech razy sztuka: Dwa

Do trzech razy sztuka: Dwa Image

Do trzech razy sztuka: Dwa

Była jed­na z tych sło­necz­nych lip­co­wych nie­dziel 2011 roku. Nie­bo bez jed­nej chmur­ki, po­nad 25 stop­ni Cel­sju­sza. Za­po­wia­dał się pięk­ny dzień. Tyle, że to już dzie­sią­ty dzień po ter­mi­nie. Jak tak da­lej pój­dzie, to będę mu­sia­ła się jed­nak zgło­sić do szpi­ta­la na to wy­wo­ły­wa­nie. Okna wy­czysz­czo­ne, szaf­ki w kuch­ni i ka­fle w ła­zien­ce też, wszyst­ko po­pra­so­wa­nie, po­ukła­da­ne. Już na­wet bie­ga­nie po scho­dach za­li­czo­ne! Co jesz­cze mam zro­bić? Zwy­czaj­nie cze­kać? Ech, czas wstawać!

Zro­bi­łam śnia­da­nie so­bie i sy­no­wi. Tego dnia mie­li­śmy wy­brać się na gieł­dę sta­ro­ci w po­szu­ki­wa­niu jego ulu­bio­nych re­so­ra­ków. Jako że szpe­ra­jąc w pu­dłach z za­baw­ka­mi z dru­gie­go obie­gu od­naj­du­ję w so­bie ja­kąś cząst­kę po­szu­ki­wa­cza skar­bów, z chę­cią przy­sta­łam na wspól­ny spa­cer wła­śnie na targ. W po­wie­trzu było czuć spie­ko­tę i kurz.

Po dwóch go­dzi­nach prze­rzu­ca­nia róż­nych au­tek by­łam już zmę­czo­na, a i syn po­wo­li opa­dał z sił, gdyż zbli­ża­ła się pora jego drzem­ki. Po­sta­no­wi­li­śmy wró­cić do domu au­to­bu­sem, gdyż go­dzin­ny spa­cer w upa­le mógł­by nas chy­ba do­bić. Do­czła­pa­łam się do przy­stan­ku i spo­koj­nie wsie­dli­śmy do 14-tki. Mie­li­śmy do prze­je­cha­nia tyl­ko trzy przy­stan­ki, ale ktoś ustą­pił mi, cię­żar­nej z dziec­kiem, miejsca.

Wy­sia­da­jąc z au­to­bu­su zła­pał mnie skurcz, dość bo­le­sny. Po­my­śla­łam, że coś się roz­krę­ca, ale po­szłam jesz­cze ku­pić chleb w po­bli­skim skle­pie. Za­nim do­szli­śmy do miesz­ka­nia jesz­cze kil­ka razy mu­sia­łam przy­sta­wać. W domu jak­by uci­chło. Po­ło­ży­łam syna na drzem­kę. Jed­nak pod­czas ro­bie­nia obia­du zno­wu skurcz. Już za­czę­ły przy­bie­rać na sile i czę­sto­tli­wo­ści. Zje­dli­śmy w trój­kę obiad, cho­ciaż mąż spo­glą­dał na mnie już po­dejrz­li­wie. Nie po­zwo­lił mi już zmy­wać, wy­go­nił do szpitala.

Pod blo­kiem cze­ka­ła już za­mó­wio­na tak­sów­ka. Wsie­dli­śmy w trój­kę. Ja po­je­cha­łam na Izbę Przy­jęć, oni da­lej — do zna­jo­mych. Ktoś mu­siał za­opie­ko­wać się chłop­cem. Zo­sta­łam sama z moją nie­wiel­ką torbą.

Aku­rat ja­kaś cię­żar­na była pod­łą­czo­na pod KTG. Pod­czas wy­pi­sy­wa­nia pa­pie­rów słu­cha­łam więc pu­ka­nia ma­łe­go ser­dusz­ka. Ba­da­nie na fo­te­lu ginekologicznym.
— O, jak ład­nie jest pani przy­go­to­wa­na! 6 cen­ty­me­trów! Je­dzie­my na po­ro­dów­kę — po­wie­dzia­ła do mnie ba­da­ją­ca po­łoż­na i za­pro­po­no­wa­ła, bym się prze­bra­ła, a rze­czy zło­ży­ła w depozycie.

Tra­sę już zna­łam. Ale zmie­ni­ło się tu wszyst­ko. To już nie łóż­ka od­dzie­lo­ne ko­ta­ra­mi dla kil­ku ro­dzą­cych na raz. Te­raz szpi­tal miał pięk­ne sale do po­ro­dów ro­dzin­nych, mię­dzy któ­ry­mi krą­ży­ły po­łoż­ne. Mia­łam szczę­ście. Je­den po­kój aku­rat był wol­ny. Wdra­pa­łam się na su­per sze­ro­kie łóż­ko. Le­piej niż w ho­te­lu! Szko­da, że nie mogę so­bie pospać.

Ko­lej­ne ba­da­nie. Żeby mi się tym ra­zem nie nu­dzi­ło wzię­łam te­le­fon ze sobą. Pod­czas ba­da­nia za­czę­łam pi­sać SMSa do ro­dzi­ny: „Je­stem na po­ro­dów­ce, 6 cm…”
— Ma pani 8 cm.
Ka­su­ję. „…8 cm..”

No tak, ja tu 8 cm, a gdzie oj­ciec dziec­ka? Dzwo­nię. Oka­zu­je się, że wła­śnie pod­je­chał pod szpi­tal. Po­łoż­ne do­ko­ła mnie za­czę­ły roz­kła­dać łóż­ko, przy­go­to­wy­wać wszel­kie sprzę­ty dla no­wo­rod­ka. Skur­cze już były je­den za dru­gim. O wie­le moc­niej­sze niż pa­mię­tam po­przed­nio. Ktoś wcho­dzi. To lekarz.
— A może chce pani oksytocynę?
— Nie, ja dzię­ku­je, po­przed­nio uro­dzi­łam bez to i te­raz się obejdę.
— Pro­szę pani — zwra­cam się do po­łoż­nej — czy gdzieś w szpi­ta­lu przy­pad­kiem nie wi­dzia­no błą­ka­ją­ce­go się mo­je­go męża?
— Tak, jest już na od­dzia­le, ubie­ra tyl­ko fartuszek.
Skur­cze co­raz silniejsze.
— 10 cm. Bę­dzie­my przeć.
Do sali wcho­dzi prze­stra­szo­ny mąż. Jak mnie zo­ba­czył ode­tchnął z ulgą. Pew­nie bał się, czy przy­pad­kiem nie po­my­li sali i nie wkro­czy do ja­kiejś ob­cej ko­bie­ty na poród.

Za­czę­ły się skur­cze par­te. Przy­po­mi­na­jąc so­bie po­przed­ni po­ród — wyj­dzie gło­wa, bę­dzie po krzy­ku. Tak było. Do­sta­łam kwi­lą­ce za­wi­niąt­ko w ręcz­ni­ku do przy­tu­le­nia. Była taka uma­za­na, ma­lut­ka i śli­ska. Aż ba­łam się by nie wy­śli­zgnę­ła mi się z rąk, bo zmę­czo­na by­łam. Po­łoż­na zo­sta­wi­ła nas sa­mych. Tego naj­bar­dziej bra­ko­wa­ła mi po­przed­nio — tej pierw­szej bliskości.

Tyl­ko mąż na­rze­kał: „Ja tu tyle so­bie je­dze­nia wzią­łem, bo po­ród miał być dłu­gi i nud­ny, a tu le­d­wo zdą­ży­łem przyjechać”.

#Lep­szy­Po­ród

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 2 lutego 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Dla dorosłych

Otagowano: