Matka w Belgii — Kiedy Polska to za mało

Matka w Belgii — Kiedy Polska to za mało Image

Matka w Belgii — Kiedy Polska to za mało

Ho­len­der! Zno­wu bu­dzik nie za­dzwo­nił! Co ja mam z tym te­le­fo­nem! No tak, zdechł. Pew­nie zno­wu Nati mi roz­ła­do­wa­ła ba­te­rie, jak nie wi­dzia­łam, że do­pa­dła do smart­fo­na. Cią­gle tyl­ko piti i pi­pał* jej w gło­wie! Do­bra, szyb­ko, dzie­ci wsta­wać, bo spóź­ni­my się do szko­ły! Do­brze, że mam sa­mo­chód, pod­sko­czy­my do szko­ły, bo na au­to­bus już nie zdą­ży­cie. Co? Chcesz ka­nap­kę? A z czym? Kieł­ba­sa z ket­chu­pem? Wy­klu­czo­ne! I nie, nie ku­pisz so­bie chip­sów! Tak Ki­niu? Nie, nie bę­dzie dziś fry­tek na obiad. Fryt­ki to nie obiad. Nie Nati, ro­wer­kiem nie je­dzie­my do szko­ły. Szyb­ko, szyb­ko, wychodzimy…

Ufff, uda­ło się! 23 sta­nu dzie­ci w ośrod­kach edu­ka­cyj­nych, 13 śpi. Czas na cie­płą kawę i pra­cę. Dziś, moi dro­dzy, do­wie­cie się, że jed­nak fryt­ki to obiad, go­fry to do­bry po­mysł na tort i wy­peł­nie­nie ka­nap­ki, a na­wet, że w kra­ju w mia­rę wol­nym i po­stę­po­wym, jak Bel­gia, w szko­le nie tyl­ko chip­sów się nie kupi, ale na­wet przy­no­sić ich nie moż­na. Za­pra­szam wraz z Mag­da­le­ną B-P, mat­ką dwóch na­sto­la­tek i trzy­let­nie­go syna, na fla­mandz­ką wieś!

Mo­nio­wiec: Od kie­dy je­steś za gra­ni­cą i dlaczego?
Mag­da­le­na B-P: W Bel­gii je­ste­śmy po­nad 2 lata. Pierw­sze pół roku miesz­ka­li­śmy w sto­li­cy. Po­tem prze­nie­śli­śmy się na wieś, czy­li do zu­peł­nie in­ne­go świa­ta. Bel­gia bo­wiem to oso­bli­wy kraj. Mały ale po­dzie­lo­ny na kil­ka re­gio­nów, w któ­rych obo­wią­zu­ją inne ję­zy­ki urzę­do­we, inne pra­wa, a lu­dzie z po­szcze­gól­nych re­gio­nów wza­jem­nie za sobą nie przepadają.
Wy­je­cha­li­śmy z Pol­ski w po­szu­ki­wa­niu lep­sze­go ży­cia, pra­cy i szans na przy­szłość dla na­szych po­ciech i chy­ba zna­leź­li­śmy to wszystko.

Mo­nio­wiec: Co Cię zdzi­wi­ło na miejscu?
Mag­da­le­na B-P: W Bel­gii cią­gle mnie coś dzi­wi i za­ska­ku­je. Zwy­kle po­zy­tyw­nie. Choć to też kwe­stia ogól­ne­go na­sta­wie­nia – u mnie szklan­ka jest zwy­kle do po­ło­wy peł­na, a wsze­la­kie no­wo­ści czy od­mien­no­ści od­bie­ram pozytywnie.

Pierw­sza rzecz, któ­ra była dla mnie zja­wi­skiem nie­co­dzien­nym, no­wym i nie­sa­mo­wi­tym, to fakt, że na uli­cy jed­ne­go dnia mo­głam spo­tkać lu­dzi z ca­łe­go świa­ta. O Bruk­se­li mówi się cza­sem Wie­ża Ba­bel i od­da­je to do­sko­na­le at­mos­fe­rę tego mia­sta. Na uli­cy, w skle­pach, na przy­stan­kach usły­szysz roz­mo­wy pro­wa­dzo­ne po fran­cu­sku, ni­der­landz­ku, an­giel­sku, pol­sku, chiń­sku, arab­sku, ro­syj­sku, hisz­pań­sku, por­tu­gal­sku i w wie­lu in­nych ję­zy­kach. Spo­tkasz lu­dzi w naj­róż­niej­szych ko­lo­rach skó­ry i w naj­dziw­niej­szych ubra­niach. Co istot­ne je­den dru­gie­mu się nie dzi­wi. No, może z wy­jąt­kiem nowo przy­by­łych, ja­kim to osob­ni­kiem by­łam ja 2 lata temu; w związ­ku z czym nie­mal z otwar­tą bu­zią pa­trzy­łam na ten ko­lo­ro­wy tłum.

Idąc da­lej tą samą uli­cą zno­wu się dzi­wię, bo­wiem le­d­wie do­cho­dzę do przej­ścia do pie­szych, już sznu­ry aut po obu stro­nach się za­trzy­mu­ją. Z Pol­ski pa­mię­tam, że po 10-mi­nu­to­wym ocze­ki­wa­niu na ła­skę ja­kie­goś kie­row­cy trze­ba było prze­biec z dziec­kiem na ręku, by nie zo­stać prze­je­cha­nym albo co naj­mniej zwy­zy­wa­nym przez kie­row­ców. Mój głów­ny śro­dek trans­por­tu to ro­wer i na dro­dze czu­ję się wy­jąt­ko­wo bez­piecz­nie, bo w Bel­gii ro­we­rzy­ści są świę­to­ścią (cza­sem aż do prze­sa­dy). Gdy ma się dzie­ci po­ru­sza­ją­ce się sa­mo­pas na ro­we­rach, czło­wiek ten fakt bar­dzo docenia.

A pro­pos ro­we­rów… Na po­cząt­ku wrze­śnia, gdy od­pro­wa­dza­łam moją 12-lat­kę idą­cą pierw­szy raz do szko­ły śred­niej, zdzi­wi­ła mnie ilość mło­dzie­ży do­jeż­dża­ją­cej do szko­ły na ro­we­rze. Tego na­wet nie da się opo­wie­dzieć, to trze­ba było zo­ba­czyć. 10 mi­nut przed dzwon­kiem do­słow­nie z wszyst­kich stron świa­ta, z każ­dej ulicz­ki w oko­li­cy szko­ły nad­jeż­dża­ją ro­we­rzy­ści, set­ki uczniów w wie­ku od 3 do 18 lat plus ro­dzi­ce i dziad­ko­wie z po­cie­cha­mi w fo­te­li­kach. Więk­szość w ka­mi­zel­kach od­bla­sko­wych, co daje efekt nie­ziem­ski. Tu­taj dzie­ci i na­uczy­cie­le czę­sto do­jeż­dża­ją do szko­ły na­wet po 10 ki­lo­me­trów na rowerach.

Ko­lej­na rzecz – lu­dzie w wie­ku mo­jej bab­ci, czy­li 80-lat­ko­wie, swo­bod­nie po­słu­gu­ją się kom­pu­te­ra­mi, wy­sy­ła­ją mej­le, szu­ka­ją in­for­ma­cji etc, jeż­dżą też autami.

I jesz­cze jed­na rzecz, któ­ra mnie za­sko­czy­ła nie­zmier­nie — szko­ła. Cał­ko­wi­cie inna pod każ­dym wzglę­dem od pol­skiej. Nie zmie­nia się bu­tów. Jest za­kaz przy­no­sze­nia i/lub uży­wa­nia te­le­fo­nów, ta­ble­tów i itp., jest za­kaz przy­no­sze­nia chip­sów, cu­kier­ków i na­po­jów in­nych niż woda, mle­ko i soki owo­co­we. Wszyst­kie dzie­ci od 2,5 do 18 lat sie­dzą w szko­le po 7 go­dzin, co­dzien­nie od 8.30 do 15.30, z wy­jąt­kiem śro­dy, kie­dy lek­cje są tyl­ko do po­łu­dnia. W pod­sta­wów­ce nie ma pla­nu lek­cji. Są tyl­ko 2 prze­rwy, w tym jed­na go­dzin­na pod­czas któ­rej dzie­ci obo­wiąz­ko­wo ba­wią się na dwo­rze, na­wet jak leje jak z ce­bra. Mogą też iść do domu na obiad.

Mo­nio­wiec: Jak bel­gij­ski port­fel od­czu­wa co­dzien­ne za­ku­py? Czy Bel­gia to dro­gi kraj do życia?
Mag­da­le­na B-P: Ży­cie w Bel­gii wy­da­je się być dia­bel­nie dro­gie, gdy po­rów­nu­je­my ceny z pol­ski­mi i prze­li­cza­my wszyst­ko na zło­tów­ki. Jed­nak za­ra­bia­jąc w euro i pła­cąc w euro pa­trzy się na to ina­czej. Ta­nio nie jest, jed­nak w po­rów­na­niu z Pol­ską to, moim zda­niem, i tak raj. Chleb kosz­tu­je śred­nio 2 euro za bo­che­nek (800g), czy prze­li­cza­jąc na pol­ską wa­lu­tę to bę­dzie 8 ze­tów – sza­leń­stwo, praw­da? Jed­nak tu­taj to tyl­ko 2 euro, czy­li jak w Pol­sce 2 zło­te. Mle­ko UHT oko­ło 1 euro/litr – znaj­dzie­my i tań­sze i droż­sze – za­le­ży od skle­pu i ro­dza­ju produktu.

Ceny ben­zy­ny są zwy­kle iden­tycz­ne jak w Pol­sce. Choć bywa, że tu w Bel­gii jest ta­niej niż w PL. I to jest bar­dzo istot­na in­for­ma­cja. My za jed­ną dniów­kę le­je­my peł­ny bak. W Pol­sce na peł­ny bak mąż pra­co­wał (w tym sa­mym za­wo­dzie) oko­ło 2–3 ty­go­dni. Dla­te­go tu­taj spo­ro po­dró­żu­je­my, bo jest ta­nio, na tym baku ro­bi­my prze­cież pra­wie 1000 km.

Utrzy­ma­nie sa­mo­cho­du jest tu do­syć dro­gie. Za­sad­ni­czo opła­ca się mieć mały i nowy sa­mo­chód, naj­wy­żej 5 let­ni. Gdyż w in­nym wy­pad­ku po­da­tek może być po­wa­la­ją­cy. Im star­sze auto, im więk­szy sil­nik i na wię­cej osób za­re­je­stro­wa­ne, tym po­da­tek więk­szy (my za 15letnią, sze­ścio­oso­bo­wą maz­dę z 2.5l sil­ni­kiem pła­ci­li­śmy pra­wie 900 euro po­dat­ku na rok). Na­pra­wy i czę­ści też są bar­dzo drogie.

Wie­lu lu­dzi po­dró­żu­je tu też pu­blicz­ny­mi środ­ka­mi ko­mu­ni­ka­cji, bo po­łą­cze­nia są bar­dzo do­bre, z tym, że au­to­bu­sy czę­sto się spóź­nia­ją nie­ste­ty. Bi­le­ty wie­lo­prze­jaz­do­we, abo­na­men­ty mie­sięcz­ne, pół­rocz­ne, rocz­ne itp., po­zwa­la­ją spo­ro za­osz­czę­dzić. Po­cią­ga­mi dzie­ci do 12 lat po­dró­żu­ją za dar­mo, w au­to­bu­sach jest za dar­mo do 6ciu lat. Przy czym ma­jąc bi­let mie­sięcz­ny za 25 euro (są też np. rocz­ne za 90 euro) dzie­ci mogą jeź­dzić wszę­dzie, gdzie tyl­ko autobusy/tramwaje da­nej fir­my jeż­dżą, czy­li co naj­mniej po po­ło­wie kraju.

Miesz­ka­nie i opła­ty są do­syć dro­gie. Ceny miesz­kań są bar­dzo zróż­ni­co­wa­ne. Za­le­żą od re­gio­nu i lo­ka­li­za­cji. Na pew­no na wsi jest ta­niej niż w mie­ście, a i w mie­ście są dziel­ni­ce tań­sze i droż­sze. My np. wy­naj­mu­je­my dość duży dom z ogro­dem na wsi za 750euro/miesiąc. Jed­nak w nie­któ­rych miej­scach za tą kwo­tę na­wet stu­dio może być cięż­ko wy­na­jąć. Jed­nak my­ślę, że za 600–700 euro ład­ne miesz­ka­nie 2 po­ko­jo­we da się zna­leźć, może na­wet ume­blo­wa­ne. Ostat­nio do­wie­dzia­łam się, że ma­jąc psa lub kota wy­na­ję­cie miesz­ka­nia może być nie lada pro­ble­mem, gdyż zwy­kle wła­ści­cie­le nie ży­czą so­bie zwie­rząt w miesz­ka­niu i to jest za­war­te w umo­wie. Istot­ne jest też, że przy wy­naj­mo­wa­niu miesz­ka­nia trze­ba wpła­cić kau­cję w wy­so­ko­ści 2-mie­sięcz­ne­go czyn­szu i to jest zwy­kle spo­ra kwo­ta dla nowo przybyłych.

Za to miesz­ka­nie moż­na so­bie tu­taj bar­dzo ta­nio ume­blo­wać. Są bo­wiem sie­ci skle­pów z rze­cza­mi uży­wa­ny­mi, gdzie całe kom­ple­ty me­bli moż­na na­być za kil­ka­dzie­siąt euro. Są to skle­py np. krin­gwin­kel lub troc, któ­rych ad­re­sy moż­na zna­leźć w In­ter­ne­cie. Znaj­dzie się tam nie tyl­ko me­ble, ale też za­baw­ki, ubra­nia, de­ko­ra­cje, książ­ki, pły­ty, AGD, ta­le­rze, kub­ki, mi­ski etc.

Wy­so­kość mie­sięcz­ne­go lub kwar­tal­ne­go abo­na­men­tu za prąd, gaz, wodę usta­la­na jest w za­leż­no­ści od ilo­ści lu­dzi w miesz­ka­niu. Nas ko­niec roku jest roz­li­cze­nie, czy­li nad­pła­ta lub do­pła­ta. Jest do wy­bo­ru po kil­ku do­staw­ców, któ­rzy mają zróż­ni­co­wa­ne ceny.

Do tego do­cho­dzi jesz­cze In­ter­net-te­le­wi­zja-te­le­fon. Naj­tań­sze pa­kie­ty już za ok. 40 euro/mc, jed­nak przy wyż­szych abo­na­men­tach są np. dar­mo­we roz­mo­wy do Pol­ski, nie­li­mi­to­wa­ny In­ter­net po­wy­żej 20Mb/s, dar­mo­we te­le­fo­ny ko­mór­ko­we z ni­skim abo­na­men­tem i inne tam ba­je­ry, za­leż­nie od firmy.

Odzież naj­le­piej ku­po­wać pod­czas wy­prze­da­ży let­nich i świą­tecz­nych. Wte­dy mar­ko­we rze­czy ku­pi­my za nie­wiel­kie pie­nią­dze, My­ślę, że nie­jed­no­krot­nie ta­niej niż w Pol­sce. Ogól­nie jed­nak ubra­nia i obu­wie wy­da­je mi się być droż­sze niż w Pol­sce, ale może dla­te­go, że nie ma tu tyle skle­pów z „chińsz­czy­zną” (u nas na pro­win­cji prak­tycz­nie nie ma ta­kich wca­le, tyl­ko w du­żych mia­stach), a w ma­łych bu­ti­kach to i w Pol­sce prze­cież nie ta­nio i chy­ba mniej „oka­zji”.

Mo­nio­wiec: Sko­ro je­ste­śmy przy za­ku­pach to co trze­ba wło­żyć do ko­szy­ka w su­per­mar­ke­cie, by ugo­to­wać bel­gij­skie dania?
Mag­da­le­na B-P: Bel­gia to kraj fry­tek, go­frów, piwa i cze­ko­la­dy. Fryt­ki, go­fry i na­le­śni­ki są do­bre na każ­dą oka­zję. Na przy­ję­ciach uro­dzi­no­wych po­pu­lar­ne są na­le­śni­ki lub go­fry za­miast tor­tu – na tym usta­wia się świecz­ki. Fryt­ki z ma­jo­ne­zem lub na­le­śni­ki z cu­krem to czę­sto je­dy­na rzecz, jaką dziec­ko zo­sta­nie po­czę­sto­wa­ne na przy­ję­ciu u ko­le­żan­ki. Jed­nak go­fry to też do­bre na­dzie­nie do ka­nap­ki szkol­nej. Tak, krom­ka chle­ba-gru­by go­fer lub lub ciast­ka mar­ki­zy – krom­ka chle­ba i to jest ka­nap­ka. Inny cie­ka­wy szkol­ny ze­staw to słod­ka ma­śla­na buł­ka z wę­dli­ną. Kieł­ba­ski frank­fur­ter­ki po­le­wa­ne mio­dem lub ka­nap­ki z sa­la­mi w ze­sta­wie z gorz­ką czekoladą.

Mo­nio­wiec: Jak spę­dza wol­ny czas sta­ty­stycz­ny Belg?
Mag­da­le­na B-P: Cha­rak­te­ry­stycz­ną rze­czą (przy­naj­mniej we Flan­drii) bez wąt­pie­nia jest ruch i im­pre­zy. Bar­dzo po­pu­lar­ne jest tu bie­ga­nie i jaz­da ro­we­rem. Spo­ty­kam co dnia dzie­siąt­ki bie­ga­czy i set­ki ro­we­rzy­stów – dzie­ci, mło­dzi, bab­cie i dziad­ko­wie – bie­ga­ją, jeż­dżą kon­no lub na ro­we­rach, spa­ce­ru­ją. Więk­szość dzie­ci na­le­ży do ja­kie­goś klu­bu – pił­ka noż­na, judo, jeź­dziec­two, skau­ci, boks, te­nis itd. Jak nie sport to zno­wu mu­zy­ka – in­stru­men­ty, ta­niec, śpiew. W tych wszyst­kich aka­de­miach i klu­bach są tyl­ko zwy­kle sym­bo­licz­ne opła­ty, bo pań­stwo wie­le finansuje.

A im­pre­zy? U nas we Flan­drii chy­ba każ­da po­tra­wa ma swo­je świę­to. Tak więc jest fe­styn fry­tek, fe­styn go­frów, fe­styn pie­ka­rzy, rzeź­ni­ków, piwa, spa­ghet­ti, mał­ży, piz­zy itp. To wszyst­ko po ko­lei w jed­nej gmi­nie przez cały rok. Do tego świę­tu­je się ra­zem ja­kieś rocz­ni­ce chó­rów, szczu­dla­rzy, mo­to­cy­kli­stów i in­nych or­ga­ni­za­cji. Są też „ker­mi­sy”, czy­li od­po­wied­ni­ki pol­skich dni mia­sta czy gmi­ny, tyl­ko, że tu zwy­kle trwa­ją ty­dzień. Uro­dzi­ny to też waż­na oka­zja – świę­tu­ją dzie­ci i do­ro­śli. W su­mie każ­da oka­zja jest do­bra do zor­ga­ni­zo­wa­nia im­pre­zy i Fla­man­do­wie ro­bią to z wiel­ką chę­cią i ra­do­ścią. Lu­bią się ba­wić. Co dla mnie waż­ne – piją przy tym spo­ro al­ko­ho­lu, ale się ma­so­wo nie upi­ja­ją w tru­pa jak w Pol­sce. Jak do­tąd przez 2 lata nie wi­dzia­łam ani razu pi­ja­ne­go czło­wie­ka, któ­ry by nie mógł ustać na no­gach (może aku­rat w ta­kim dziw­nym miej­scu mieszkam?).

Mo­nio­wiec: Czym róż­ni się wy­cho­wa­nie w Bel­gii? Two­je dzie­ci no­szą pol­skie czapeczki?
Mag­da­le­na B-P: Od­no­szę wra­że­nie, że Bel­go­wie wy­cho­wu­ją swo­je dzie­ci bar­dzo po mo­je­mu. Nie chu­cha­ją na nie za bar­dzo. Ma­lu­chy – na­wet ta­kie kil­ku­ty­go­dnio­we — no­szo­ne są w cien­kich ubran­kach, bez cza­pek i z go­ły­mi łap­ka­mi tak­że je­sie­nią i wio­sną, a nie raz i w zi­mie (tu nie ma mro­zów ale bar­dzo duża wil­got­ność ). Star­sza­ki całą zimę cho­dzą w tramp­kach i z go­ły­mi no­ga­mi do szko­ły (w ry­bacz­kach lub kiec­kach) – mo­ich có­rek nie wy­łą­cza­jąc. Dzie­ci ba­wią się w ka­łu­żach, tur­la­ją się w mar­cu po tra­wie, wła­żą na drze­wa, cza­sem spa­da­ją z nich. Ze szko­ły wra­ca­ją cza­sem brud­ne jak dzi­kie świ­nie, z ob­dar­ty­mi ko­la­na­mi i roz­kwa­szo­nym no­sem i to jest rzecz nor­mal­na. Bo do­ro­śli po­wa­la­ją im być dzieć­mi i od­kry­wać świat.

12-lat­ki w Bel­gii do­sta­ją już do­wód oso­bi­sty i idą do śred­niej szko­ły, gdzie sa­mo­dziel­nie mu­szą się do­stać au­to­bu­sem, po­cią­giem lub na ro­we­rze. W Bel­gii więc dwu­na­sto­la­tek musi być sa­mo­dziel­ny i od­po­wie­dzial­ny, bo ma­mu­sia nie od­pro­wa­dza go do szko­ły ani nie jeź­dzi gim­bu­sem – musi sam o sie­bie za­dbać, wsiąść do wła­ści­we­go au­to­bu­su lub po­cią­gu o wła­ści­wej po­rze, prze­je­chać ro­we­rem sa­mo­dziel­nie przez za­tło­czo­ne mia­sto, wró­cić sa­mo­dziel­nie do domu. W Bel­gii o ósmej rano jesz­cze jest ciem­no a i o szes­na­stej też już zmrok za­pa­da i ma­ło­la­ty jeż­dżą do szko­ły po ciem­ku czasami.

Mo­nio­wiec: Bel­gia w su­mie nie jest tak strasz­nie da­le­ko. Co war­to za­brać ze sobą, bo bra­ku­je Ci w skle­pach, by czuć się jak w domu?
Mag­da­le­na B-P: Przez pierw­sze dni mia­łam wra­że­nie, że tu w ogó­le nic nie ma z tego, co było mi po­trzeb­ne. Na szczę­ście oka­za­ło się, że to wszyst­ko kwe­stia zna­jo­mo­ści ję­zy­ka i wie­dzy, gdzie, co moż­na ku­pić i co się z czym je. Przy pierw­szej (i je­dy­nej) wi­zy­cie w Pol­sce zro­bi­li­śmy so­bie dłu­gą li­stę rze­czy do ku­pie­nia. W tym roku je­chał mąż sam i gdy za­py­tał, co przy­wieść z Pol­ski, ja po dłu­gich roz­my­śla­niach stwier­dzi­łam ku swo­je­mu zdzi­wie­niu, że w su­mie to nic nie po­trze­bu­ję już z Pol­ski. Wszyst­ko znaj­du­ję na miej­scu, bo me­to­dą prób i błę­dów od­kry­łam róż­ne za­mien­ni­ki. Do pol­skie­go skle­pu jeź­dzi­my cza­sem po ki­szo­ne ogór­ki, bo tu nie ma (w Bruk­se­li moż­na ku­pić w Car­re­fo­urze), mąż lubi „swoj­ską” kieł­ba­sę to też tyl­ko pol­ski sklep. No i jesz­cze bia­ły ser w kost­kach. Jed­nak do „ru­skich pie­ro­gów” ku­pu­ję ser grec­ki i nie wi­dzę róż­ni­cy w sma­ku. Ser­ni­ków nie pie­kę, więc mi ten brak nie prze­szka­dza. Zresz­tą mam nie da­le­ko go­spo­dar­stwa mlecz­ne to mogę so­bie ku­pić mle­ko i ser zro­bić, gdy­by po­trze­ba na­szła. Nie ma ko­rze­nia pie­trusz­ki, ale jest se­ler. Ryby są bar­dzo dro­gie. Nie ma cze­ko­lad i cia­stek z na­dzie­niem in­nym niż ka­ka­owe, kar­me­lo­we i wa­ni­lio­we (cza­sem ko­ko­so­we są). Nie ma ka­szy jęcz­mien­nej ale jest psze­nicz­na. Nie­któ­re pro­duk­ty mają inne wła­ści­wo­ści np. kasz­ki Ne­stle, kost­ki knorr – zu­peł­nie inne w Pol­sce niż tu (w Pol­sce lep­sze w sma­ku), ale to kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia. Chleb sma­ku­je zu­peł­nie ina­czej – nie mo­głam się przy­zwy­cza­ić, ale z ko­lei nie sma­ku­je mi pol­ski (na­wet ten daw­niej ulu­bio­ny). War­to wie­dzieć, że na wsiach rol­ni­cy sprze­da­ją prze­róż­ne wa­rzy­wa, mle­ko, jaja, miód i moż­na ku­pić to wie­le ta­niej niż w skle­pach. Przy­kła­do­wo ziem­nia­ki 5 euro za 25 ki­lo­wy wo­rek, pod­czas gdy w skle­pie to i 4 euro za kilo.

Uwa­żam że to wszyst­ko kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia i po­trzeb in­dy­wi­du­al­nych. Wie­lu Po­la­ków nie wy­obra­ża so­bie ży­cia bez pol­skie­go je­dze­nia, nie­któ­rzy na­wet cu­kier i mąkę ku­pu­ją w pol­skich skle­pach, jed­nak, moim zda­niem, nie ma żad­nej róż­ni­cy w tego typu pro­duk­tach. W każ­dym bądź ra­zie w du­żych mia­stach są pol­skie skle­py więc nie trze­ba tasz­czyć wszyst­kie­go z Polski.

Mo­nio­wiec: Jak Po­la­cy są po­strze­ga­ni w Belgii?
Mag­da­le­na B-P: Po­la­cy chy­ba w więk­szo­ści kra­jów po­strze­ga­ni są czę­sto nie­ste­ty przez pry­zmat „na­szych” zbi­rów, nie­ro­bów i dar­mo­zja­dów, któ­rzy „pra­cu­ją” co dnia na dwor­cach, lot­ni­skach i in­nych tego typu oko­li­cach na opi­nię o nas chle­jąc piw­sko, prze­kli­na­jąc, krad­nąc i de­mo­lu­jąc wszyst­ko co się da. Tego, któ­ry pra­cu­je co dnia uczci­wie, sys­te­ma­tycz­nie pła­ci ra­chun­ki, cho­dzi z dzieć­mi do par­ku i na plac za­baw prze­cież nikt nie za­uwa­ży, bo jest tacy jak inni, nor­mal­ny; pew­nie więk­szość na­wet nie wie, że aku­rat jest z Pol­ski, nikt go więc nie za­pa­mię­ta i z tym kra­jem nie bę­dzie ko­ja­rzył. Dra­ni ow­szem. I stąd po­tem problemy.

Bel­go­wie nie chcą cza­sem wy­naj­mo­wać miesz­kań Po­la­kom, nie chcą za­trud­niać Po­la­ków, bo boją się roz­ró­by. Nie da­lej jak w ze­szłym ty­go­dniu o pol­skich ki­bi­cach pi­sa­ły wszyst­kie ga­ze­ty, sprze­daw­com i wła­ści­cie­lom re­stau­ra­cji za­le­ca­no za­mknię­cie skle­pów i re­stau­ra­cji w mie­ście, do któ­re­go mie­li przy­być. Ostrze­ga­li, że Po­la­cy piją, krad­ną i nisz­czą. W ta­kich mo­men­tach na­praw­dę wstyd i strach się przy­zna­wać do po­cho­dze­nia. Jed­nak poza ta­ki­mi głu­pi­mi in­cy­den­ta­mi jest w porządku.

Bel­go­wie są bar­dzo ostroż­ni w sto­sun­ku do ob­cych. Mu­si­my ich prze­ko­nać, że je­ste­śmy pra­co­wi­ci i uczci­wi, no i przede wszyst­kim – o czym wie­lu za­da­je się nie pa­mię­tać lub nie wie­dzieć – mu­si­my do­sto­so­wać się do ich za­sad, bo to my je­ste­śmy u nich go­ść­mi a nie od­wrot­nie. Próż­no ocze­ki­wać, że Belg bę­dzie się uczył pol­skie­go, pol­skich za­sad, spro­wa­dzał do skle­pów pol­skie pro­duk­ty, bo ja­kaś pol­ska ro­dzi­na wła­śnie się spro­wa­dzi­ła do wsi czy dziel­ni­cy. A mam wra­że­nie, że nie­któ­rzy Po­la­cy tego wła­śnie ocze­ku­ją i mają pre­ten­sje, że Bel­go­wie każą im się uczyć tu­tej­sze­go ję­zy­ka, tu­tej­sze­go pra­wa, tu­tej­szych zwy­cza­jów, że nie po­zwa­la­ją dzie­ciom mó­wić po pol­sku w szko­le. Trzy­ma­jąc się tyl­ko z Po­la­ka­mi, mó­wiąc o tu­byl­cach same nie­do­bre rze­czy, nie chcąc się uczyć ję­zy­ka, dzi­wią się, że Bel­go­wie nie trak­tu­ją ich jak przy­ja­ciół, jak swo­ich. No cie­ka­we czemu…?

Jed­nak Fla­man­do­wie – jako na­ród pra­co­wi­ty i uczci­wy – do­ce­nia­ją pra­co­wi­tych i od­po­wie­dzial­nych pra­cow­ni­ków bez w wzglę­du na ich po­cho­dze­nie. Gdy się prze­ko­na­ją, że jed­nak nie mamy „ty­po­wo pol­skich cech” (pi­jań­stwo, cham­stwo, zło­dziej­stwo) bar­dzo chęt­nie się zaprzyjaźniają.

Jed­no, cze­go na pew­no bra­ku­je, to rze­tel­nych, do­kład­nych in­for­ma­cji o tym kra­ju po­da­nych w ję­zy­ku pol­skim. W In­ter­ne­cie są tyl­ko pod­sta­wo­we in­for­ma­cje i to nie za­wsze praw­dzi­we albo nie­ak­tu­al­ne. Te­raz je­stem w sta­nie do­wie­dzieć się pra­wie wszyst­kie­go w ję­zy­ku ni­der­landz­kim, ale na po­cząt­ku było bar­dzo ciężko.

* Słow­ni­czek:
Piti – Kit­ty, kotek
Pi­pał — piłka


Je­śli lu­bisz po­dróże z pal­cem po ma­pie, co śro­dę za­pra­szam na wy­prawę z jed­ną z Pol­ek miesz­ka­ją­cych za gra­nicą. Wpi­sy już pu­bli­ko­wane znaj­dzie­cie tu.

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 18 listopada 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Wywiady

Otagowano: