Bez klucza na szyi

Bez klucza na szyi Image

Bez klucza na szyi

Nie zna trze­pa­ka. Ani sma­ku mle­ka z tub­ki, ta­kie­go słod­kie­go i skon­den­so­wa­ne­go. Ro­bić ko­gel-mo­gel na­uczył je młod­szy ku­zyn z Trój­mia­sta, mimo że to ono po­sia­da­ło kury z wol­ne­go wy­bie­gu. Nie bie­ga­ło z klu­czem na szyi, bo dom za­wsze stał otwar­ty. Ono, dzie­ciń­stwo na po­pe­er­low­skiej wsi.

Dzie­ciń­stwo było faj­ne. W su­mie chy­ba jak każ­de­go – zwy­kle mło­dość, je­śli nie jest ska­żo­na złem przez do­ro­słych, jest su­per. Pach­nia­ło świe­żym ma­słem, se­rem z kmin­kiem, któ­re­go na­mięt­nie wy­dłu­by­wa­ło z ka­nap­ki, chle­bem ze śmie­ta­ną i cu­krem, go­rą­cym po­mi­do­rem pro­sto ze szklar­ni, ziem­nia­ka­mi z ko­per­kiem i tru­skaw­ka­mi z pola. Swę­dzia­ło ugry­zie­nia­mi po ko­ma­rach, pie­kło na­cię­cia­mi na sto­pach gdy boso bie­ga­ło po rży­sku, bo­la­ło ob­dar­ty­mi ko­la­na­mi na be­to­nie. Prze­peł­nio­ne było dumą, gdy pierw­szy raz po­je­cha­ło na dwu­ko­ło­wym ro­we­rze, gdy uda­ło się wejść na sta­rą ja­błon­kę przy dro­dze, gdy zła­pa­ło mo­ty­la w dło­nie. Po­chy­la­ło się nad pi­sklę­ciem, któ­re wy­pa­dło z gniaz­da, zbie­ra­ło śli­ma­ki z dro­gi by sa­mo­chód nie prze­je­chał i prze­wra­ca­ło żucz­ki, któ­re wierz­ga­ły nóż­ka­mi prze­wró­co­ne na grzbiet.

I było dłu­go sa­mot­ne. Bo inne dzie­ci mia­ły ro­dzeń­stwo w po­dob­nym wie­ku albo są­sia­dów. Ono bie­ga­ło po tra­wie jak mały źre­bak, ale na­wet źre­bię­ta lu­bią po­bry­kać z kom­pa­nem. Cie­szy­ło się, że idzie do szko­ły. Tam były dzie­ci. Już nie mie­rzy­ło zasp w ro­wie samo – to­wa­rzy­szy­ła za­wsze ko­le­żan­ka. Mo­gli pół dnia od­pro­wa­dzać się wza­jem­nie do domu, ni­gdy nie do­cho­dząc do nie­go, bo tak naj­le­piej się rozmawiało.

Pew­ne­go dnia prze­sta­ło zjeż­dżać z in­ny­mi dzieć­mi z gór­ki na wor­ku z sia­nem, za­po­mnia­ło jak się robi dzie­siąt­ki w gumę i ro­bić łuk z lesz­czy­no­wej ga­łę­zi. Prze­sta­ło pi­sać w ze­szy­cie z trze­ma li­nia­mi i no­sić chiń­skie su­kien­ki. Ubra­ło szpil­ki w swo­im, a nie ma­mi­nym, roz­mia­rze, po­cią­gnę­ło usta czer­wo­na szmin­ką bez na­dru­ku Mysz­ki Mimi. Za­czę­ło być dorosłe.

Te­raz ma dzie­ci. Nie zna­ją trze­pa­ka, bo go przed bo­kiem nie ma. Ani sma­ku mle­ka z tub­ki, bo to nie­zdro­we. Ko­gel-mo­gel tyl­ko z ja­jek eko­lo­gicz­nych, nie­ko­niecz­nie od chło­pa, i spa­rzo­nych wrząt­kiem, bo sal­mo­nel­la czai się za każ­dym ro­giem, na­wet okrą­głe­go jaj­ka. Nie bie­ga­ją z klu­czem na szyi. Nie bie­ga­ją wca­le. Sie­dzą w świe­tli­cy lub w domu i gra­ją na smart­fo­nie, od cza­su do cza­su spraw­dza­jąc fejsbuka.

Ich dzie­ciń­stwo jest faj­ne. Za 15 lat po­wie im to fejs­buk przy­po­mi­na­jąc co dzia­ło się w da­nym dniu na ich tablicy.

Ży­czę moim dzie­ciom ży­cia peł­ną pier­sią, by nie ża­ło­wa­ły, że cze­goś się nie zrobiły!

Fot. Alek­san­der Co­cek, CC BY-SA 2.0

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 1 czerwca 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Dla dorosłych

Otagowano: