Matka w Bahrajnie — Kiedy Polska to za mało

Matka w Bahrajnie — Kiedy Polska to za mało Image

Matka w Bahrajnie — Kiedy Polska to za mało

Wy­obraź so­bie pań­stwo na kil­ku wy­spach o po­wierzch­ni ciut więk­szej niż War­sza­wa, na któ­rych prze­wa­ża­ją­ca część te­re­nu to pu­sty­nia, a naj­wyż­sza kupa pia­chu ma tro­chę mniej niż naj­wyż­szy pa­gó­rek w mo­jej oko­li­cy dum­nie no­szą­cy imię Góry Chełm­skiej. Wy­obraź so­bie, że na oczach Two­ich ro­dzi­ców two­rzy­ło się to pań­stwo, bo po­wsta­ło w 1971 roku. I wy­obraź so­bie, że lu­dzie są tam tak bo­ga­ci, że chciał­byś być tam bie­da­kiem. Lid­ka, mama na­sto­let­nie­go Ad­ria­na, za­pra­sza do go­rą­ce­go Bahrajnu.

Mo­nio­wiec: Je­steś Po­lką, mąż Bry­tyj­czy­kiem. Skąd po­mysł Bah­raj­nu, kra­ju, któ­ry mu­sia­łam spraw­dzać w atla­sie gdzie leży?
Lid­ka: Przy­pa­dek. Jako na­uczy­cie­le aka­de­mic­cy mie­li­śmy moż­li­wość kształ­ce­nia w in­nych kra­jach. Po­cząt­ko­wo mąż apli­ko­wał na nowo po­wsta­ły uni­wer­sy­tet w Bru­nei na Bor­neo, ale otrzy­mał wcze­śniej an­gaż w Ma­na­mie. Więc prze­pro­wa­dzi­li­śmy się tam, bo z No­wej Ze­lan­dii to rzut be­re­tem. Po­wiedz­my, że dużo podróżowaliśmy.

Mo­nio­wiec: Ile już lat w Za­to­ce Perskiej?
Lid­ka: 15. Tu uro­dzi­łam syna. Te­raz miesz­kam na obrze­żach mia­sta, bli­sko toru F1. Ale o dzi­wo nie sły­chać wca­le wyścigów.

Mo­nio­wiec: Jak wy­cho­wu­je się tu dzieci?
Lid­ka: Gdy­bym wy­cho­wy­wa­ła syna jak tu­byl­cy, miał­by wszyst­ko: naj­now­sze osią­gnię­cia tech­ni­ki już od przed­szko­la, był­by ubó­stwia­ny, nie czy­tał­by ksią­żek, bo to prze­cież dla głup­ków i dzi­wa­ków. Syn nie sza­no­wał­by zwie­rząt i znę­cał­by się nad nimi. Włó­czył­by się do pierw­szej w nocy na dwo­rze i ro­bił co ze­chce, bo to cał­kiem nor­mal­ne. Ja po 8 ty­go­dniach ma­cie­rzyń­skie­go wró­ci­ła­bym do pra­cy, ale dziec­kiem zaj­mo­wa­ły­by się ciot­ki i bab­cie, więc nie mia­ła­bym się o co mar­twić. Dziec­ko by­ło­by dla mnie przede wszyst­kim ozdo­bą. I by­ło­by oty­łe, bo cale dnie ja­dło­by fast food. Ale nie wy­cho­wu­ję tak syna. Je­dy­ne, cze­go nie mogę prze­sko­czyć, to kor­ki i do szko­ły do­jeż­dża­my dwie go­dzi­ny. Tak jak wszyst­kie dzieci.

Mo­nio­wiec: Co naj­bar­dziej cię zdzi­wi­ło w no­wym kraju?
Lid­ka: Jako po­ko­le­nie ko­mu­ny pa­mię­tam wie­lo­go­dzin­ne sta­nie w ko­lej­kach. Coś, cze­go nie ma tu­taj. Wca­le! Jak ktoś chce coś ku­pić, to tłum tło­czy się wo­kół lady czy stra­ga­nu i je­den przez dru­gie­go prze­krzy­ku­je do sprze­daw­cy. Nie ma w tym żad­ne­go po­rząd­ku. No, może poza jed­nym – skle­py są od­dziel­nie dla męż­czyzn i kobiet.

Dzi­wi mnie tez tra­dy­cja cam­pin­gów na pu­sty­ni w lu­tym. Całe ro­dzi­ny czy grup­ki przy­ja­ciół wy­jeż­dża­ją je­epa­mi na pu­sty­nię, na któ­rej znaj­du­ją się rury z ga­zem czy ropą i palą ogni­ska, pie­ką kieł­ba­ski czy gril­la. Oczy­wi­ście przy tej rurze!

Mo­nio­wiec: Jacy są Bahrajnczycy?
Lid­ka: Bar­dzo ser­decz­ni i ro­dzin­ni. Pią­tek to dzień za­re­zer­wo­wa­ny dla ro­dzi­ny. Nie tyl­ko tej bli­skiej, ale tak­że ku­zy­nów, cio­tek, ku­zy­nów cio­tek itd. W piąt­ki od­by­wa­ją się hucz­ne ro­dzin­ne im­pre­zy, z mnó­stwem je­dze­nia, np. tra­dy­cyj­ne­go mach­bo­os (ryż, ja­gnię­ci­na i wa­rzy­wa), ale za to bez pi­cia. Al­ko­ho­lu, któ­ry wpraw­dzie nie jest za­ka­za­ny ofi­cjal­nie, ra­czej się nie pije. Te­raz, w cza­sie wio­sny arab­skiej pią­tek stal się tak­że sy­no­ni­mem bi­ja­tyk mło­dych lu­dzi. Tak jak u nas, w Pol­sce mecz pił­kar­ski bez za­dy­my to coś dziw­ne­go, tak w Ma­na­mie pią­tek bez bi­ja­tyk i ma­ni­fe­sta­cji to nie piątek.

Mo­nio­wiec: Ba­łaś się wojny?
Lid­ka: Ja­sne! Kto by się nie bał, gdy ape­lo­wa­no o ku­po­wa­nie wody i kon­serw na za­pas, nad gło­wa­mi co chwi­lę śmi­ga­ły my­śliw­ce, okna za­kle­ja­li­śmy ta­śmą. Kie­dyś, pod­czas po­wro­tu z jed­nych ta­kich przy­mu­so­wych za­ku­pów usie­dli­śmy w kuch­ni wy­peł­nio­nej po brze­gi wodą i pusz­ka­mi i pró­bo­wa­li­śmy so­bie przy­po­mnieć, czy cze­goś jesz­cze nie ku­pi­li­śmy. Na­gle mąż krzyk­nął „O kur­cze, a wina nie ku­pi­li­śmy!”. Woj­na na bogato!

Mo­nio­wiec: Jak kształ­tu­ją się ceny w skle­pach, sko­ro śred­nia pen­sja w prze­li­cze­niu to 1300 $?
Lid­ka: Ta­nio. Przyj­mij­my że 1 di­nar= 1000 fil­sów = 2,5 $. Przy­kła­do­wo chleb, taki w ro­zu­mie­niu za­chod­nim to mniej niż je­den di­nar, po­pu­lar­ne za­mien­ni­ki czy­li pod­pło­my­ki kosz­tu­ją pół di­na­ra, litr ben­zy­ny to 90 fil­sów (90 gro­szy pol­skich!), a wy­na­jem trzy­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia to koszt 350–400 di­na­rów. Elek­tro­ni­ka jest w po­dob­nych ce­nach, jed­nak trze­ba pa­mię­tać, że jest tu inna wtycz­ka niż np. w Polsce.

Mo­nio­wiec: Cze­mu nie przy­je­cha­łaś z ja­kąś cy­ster­ną z pa­li­wem? By­ła­byś bogata!
Lid­ka: Pew­nie tak, wi­dząc co dzie­je się tu na sta­cjach pa­liw z ce­na­mi. Może dla­te­go tu dużo się cho­dzi jed­nak. W Bah­raj­nie sa­mo­cho­dem je­dzie się na­wet do miej­sca od­da­lo­ne­go o 10 m!

Mo­nio­wiec: Z ta­ki­mi ce­na­mi to lu­dzie chy­ba są bogaci!
Lid­ka: Tak, nie­zmier­nie. I na­sta­wie­ni na kon­su­mo­wa­nie dóbr aż za­nad­to. To kraj no­wo­bo­gac­kich. Kla­sa bied­na tu nie ist­nie­je. Wszy­scy żyją z wy­do­by­cia lub prze­ro­bu ropy i gazu, tro­chę lu­dzi pra­cu­je w usłu­gach, szcze­gól­nie ban­ko­wych. Każ­dy, na­praw­dę każ­dy ma służ­bę do sprzą­ta­nia i gotowania.

Mo­nio­wiec: Sko­ro nie ma bied­nych, to kto jest tą służbą?
Lid­ka: Imi­gran­ci. Naj­czę­ściej z In­dii czy Ban­gla­de­szu. Ogól­nie dużo tu in­nych na­ro­do­wo­ści, szcze­gól­nie Azja­tów, tro­chę jest Bry­tyj­czy­ków. Wła­ści­wie każ­dy an­giel­sko­ję­zycz­ny ob­co­kra­jo­wiec o bia­łej skó­rze na­zy­wa­ny jest An­gli­kiem, ja też.

Mo­nio­wiec: Bah­rajn to kraj is­lam­ski. Jak pod­cho­dzą tam do in­nych religii?
Lid­ka: Jest to je­den z nie­licz­nych kra­jów Za­to­ki Per­skiej, któ­ry jest cał­ko­wi­cie to­le­ran­cyj­ny. To tu po­wstał pierw­szy ko­ściół dla chrze­ści­jan. Z po­wo­du du­żej róż­no­rod­no­ści de­mo­gra­ficz­nej tak­że jest dużo re­li­gii. I cza­sem z tego po­wo­du są śmiesz­ne sy­tu­acje. Kie­dyś ze zna­jo­my­mi gril­lu­jąc w ogro­dzie za­pa­li­li­śmy po­chod­nie od­stra­sza­ją­ce ko­ma­ry. Na­stęp­ne­go dnia są­siad za­py­tał, czy je­ste­śmy Czci­cie­la­mi Ognia. My na to że nie, bo nie wie­dzie­li­śmy o co cho­dzi. „A, bo wczo­raj tak świę­to­wa­li­ście przy otwar­tym ogniu…” — od­rzekł sąsiad.

Mo­nio­wiec: Wiem, że Po­la­ków tam jak na le­kar­stwo, nie ma więc pol­skich skle­pów. Co za­bie­rasz ze sobą ja­dąc z kra­ju przodków?
Lid­ka: Przede wszyst­kim miód, zio­ła, bo są bar­dzo dro­gie i mało do­stęp­ne, raj­sto­py, bo są dro­gie i kiep­skiej ja­ko­ści, kieł­ba­sa – bo nie ma jak to z Pol­ski! Ja­dąc do Pol­ski przy­wo­żę przy­pra­wy – mają zu­peł­nie inny smak i za­pach. W pre­zen­cie nie moż­na przy­wieźć nic al­ko­ho­lo­we­go, ale sło­dy­cze, na­wet wi­śnie w cze­ko­la­dzie (z al­ko­ho­lem!) już są mile wi­dzia­ne. Bah­rajn­czy­cy bar­dzo lu­bią słod­ko­ści! Do­brze wi­dzia­ny jest też orien­tal­ny dla nich bursztyn.

Mo­nio­wiec: Przy­po­mi­nasz so­bie ja­kieś śmiesz­ne sy­tu­acje zwią­za­ne z od­mien­ną kulturą?
Lid­ka: Całą masę! Naj­czę­ściej za­po­mi­na­łam, że ko­bie­ty i męż­czyź­ni są tu bra­ni pod uwa­gę nie jako mał­żeń­stwo lecz od­dziel­nie. Pew­ne­go dnia otrzy­ma­łam za­pro­sze­nie od ko­le­żan­ki na arab­ski ślub. Był na­stęp­ne­go dnia. Pod­eks­cy­to­wa­na wie­czo­rem roz­ma­wia­łam więc z inną arab­ską ko­le­żan­ką o tym, że tak szyb­ko, że mu­szę ku­pić ko­szu­lę mę­żo­wi itd. Na co ona spytała:
— A kto do­stał to zaproszenie?
— No ja – odrzekłam.
— To TY idziesz na we­se­le, nie on – od­po­wie­dzia­ła Arabka.
W ten spo­sób do­wie­dzia­łam się, ze im­pre­zy we­sel­ne tak­że są niekoedukacyjne.

Po­dob­nie było z wi­zy­tą w re­stau­ra­cji. Za­chę­ce­ni tym, że w lo­ka­lu są kel­ne­rzy i kel­ner­ki, we­szli­śmy ra­zem, za­mó­wi­li­śmy wino i cze­ka­li­śmy na za­mó­wie­nie. Wte­dy pod­biegł do nas tro­chę zde­ner­wo­wa­ny wła­ści­ciel, któ­ry był Azja­tą, i po­wie­dział, że to lo­kal tyl­ko dla ko­biet i nie­ste­ty, ale męż­czy­znom wstęp wzbroniony.

Fot. Ha­rold He­in­dell Te­ja­da, CC BY-ND 2.0


Je­śli lu­bisz po­dróże z pal­cem po ma­pie, co śro­dę za­pra­szam na wy­prawę z jed­ną z Pol­ek miesz­ka­ją­cych za gra­nicą. Wpi­sy już pu­bli­ko­wane znaj­dzie­cie tu.

Autor | moniowiec Komentarze | 1 Data | 9 września 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Wywiady

Otagowano: