Matka w Belgii — Kiedy Polska to za mało

Matka w Belgii — Kiedy Polska to za mało Image

Matka w Belgii — Kiedy Polska to za mało

Holen­der! Znowu budzik nie zadz­wonił! Co ja mam z tym tele­fonem! No tak, zdechł. Pewnie znowu Nati mi rozład­owała baterie, jak nie widzi­ałam, że dopadła do smart­fona. Cią­gle tylko piti i pipał* jej w głowie! Dobra, szy­bko, dzieci wstawać, bo spóźn­imy się do szkoły! Dobrze, że mam samochód, pod­skoczymy do szkoły, bo na auto­bus już nie zdąży­cie. Co? Chcesz kanap­kę? A z czym? Kiełbasa z ketchu­pem? Wyk­luc­zone! I nie, nie kupisz sobie chip­sów! Tak Kiniu? Nie, nie będzie dziś fry­tek na obi­ad. Fry­t­ki to nie obi­ad. Nie Nati, row­erkiem nie jedziemy do szkoły. Szy­bko, szy­bko, wychodz­imy…

Ufff, udało się! 2/3 stanu dzieci w ośrod­kach eduka­cyjnych, 1/3 śpi. Czas na ciepłą kawę i pracę. Dziś, moi drodzy, dowiecie się, że jed­nak fry­t­ki to obi­ad, gofry to dobry pomysł na tort i wypełnie­nie kanap­ki, a nawet, że w kra­ju w miarę wol­nym i postępowym, jak Bel­gia, w szkole nie tylko chip­sów się nie kupi, ale nawet przynosić ich nie moż­na. Zapraszam wraz z Mag­daleną B-P, matką dwóch nas­to­latek i trzylet­niego syna, na fla­mandzką wieś!

Moniowiec: Od kiedy jesteś za granicą i dlaczego?
Mag­dale­na B-P: W Bel­gii jesteśmy pon­ad 2 lata. Pier­wsze pół roku mieszkaliśmy w stol­i­cy. Potem prze­nieśliśmy się na wieś, czyli do zupełnie innego świa­ta. Bel­gia bowiem to osobli­wy kraj. Mały ale podzielony na kil­ka regionów, w których obow­iązu­ją inne języ­ki urzę­dowe, inne prawa, a ludzie z poszczegól­nych regionów wza­jem­nie za sobą nie przepada­ją.
Wyjechal­iśmy z Pol­s­ki w poszuki­wa­niu lep­szego życia, pra­cy i szans na przyszłość dla naszych pociech i chy­ba znaleźliśmy to wszys­tko.

Moniowiec: Co Cię zdzi­wiło na miejs­cu?
Mag­dale­na B-P: W Bel­gii cią­gle mnie coś dzi­wi i zaskaku­je. Zwyk­le pozy­ty­wnie. Choć to też kwes­t­ia ogól­nego nastaw­ienia – u mnie szk­lan­ka jest zwyk­le do połowy peł­na, a wsze­lakie nowoś­ci czy odmi­en­noś­ci odbier­am pozy­ty­wnie.

Pier­wsza rzecz, która była dla mnie zjawiskiem niecodzi­en­nym, nowym i niesamow­itym, to fakt, że na uli­cy jed­nego dnia mogłam spotkać ludzi z całego świa­ta. O Bruk­seli mówi się cza­sem Wieża Babel i odd­a­je to doskonale atmos­ferę tego mias­ta. Na uli­cy, w sklepach, na przys­tankach usłyszysz roz­mowy prowad­zone po fran­cusku, nider­landzku, ang­iel­sku, pol­sku, chińsku, arab­sku, rosyjsku, hisz­pańsku, por­tu­gal­sku i w wielu innych językach. Spotkasz ludzi w najróżniejszych kolorach skóry i w najdzi­wniejszych ubra­ni­ach. Co istotne jeden drugiemu się nie dzi­wi. No, może z wyjątkiem nowo przy­byłych, jakim to osob­nikiem byłam ja 2 lata temu; w związku z czym niemal z otwartą buz­ią patrzyłam na ten kolorowy tłum.

Idąc dalej tą samą ulicą znowu się dzi­wię, bowiem led­wie dochodzę do prze­jś­cia do pieszych, już sznury aut po obu stronach się zatrzy­mu­ją. Z Pol­s­ki pamię­tam, że po 10-min­u­towym oczeki­wa­niu na łaskę jakiegoś kierow­cy trze­ba było prze­biec z dzieck­iem na ręku, by nie zostać prze­jechanym albo co najm­niej zwyzy­wanym przez kierow­ców. Mój główny środek trans­portu to row­er i na drodze czu­ję się wyjątkowo bez­piecznie, bo w Bel­gii row­erzyś­ci są świę­toś­cią (cza­sem aż do prze­sady). Gdy ma się dzieci porusza­jące się samopas na row­er­ach, człowiek ten fakt bard­zo doce­nia.

A pro­pos row­erów… Na początku wrześ­nia, gdy odprowadza­łam moją 12-latkę idącą pier­wszy raz do szkoły śred­niej, zdzi­wiła mnie ilość młodzieży dojeżdża­jącej do szkoły na row­erze. Tego nawet nie da się opowiedzieć, to trze­ba było zobaczyć. 10 min­ut przed dzwonkiem dosłown­ie z wszys­t­kich stron świa­ta, z każdej ulicz­ki w okol­i­cy szkoły nad­jeżdża­ją row­erzyś­ci, set­ki uczniów w wieku od 3 do 18 lat plus rodz­ice i dzi­ad­kowie z pociecha­mi w fote­likach. Więk­szość w kamizelkach odblaskowych, co daje efekt nieziem­s­ki. Tutaj dzieci i nauczy­ciele częs­to dojeżdża­ją do szkoły nawet po 10 kilo­metrów na row­er­ach.

Kole­j­na rzecz – ludzie w wieku mojej bab­ci, czyli 80-latkowie, swo­bod­nie posługu­ją się kom­put­era­mi, wysyła­ją mejle, szuka­ją infor­ma­cji etc, jeżdżą też auta­mi.

I jeszcze jed­na rzecz, która mnie zaskoczyła niezmiernie — szkoła. Całkowicie inna pod każdym wzglę­dem od pol­skiej. Nie zmienia się butów. Jest zakaz przynoszenia i/lub uży­wa­nia tele­fonów, tabletów i itp., jest zakaz przynoszenia chip­sów, cukierków i napo­jów innych niż woda, mleko i soki owocowe. Wszys­tkie dzieci od 2,5 do 18 lat siedzą w szkole po 7 godzin, codzi­en­nie od 8.30 do 15.30, z wyjątkiem środy, kiedy lekc­je są tylko do połud­nia. W pod­stawów­ce nie ma planu lekcji. Są tylko 2 prz­er­wy, w tym jed­na godzin­na pod­czas której dzieci obow­iązkowo baw­ią się na dworze, nawet jak leje jak z cebra. Mogą też iść do domu na obi­ad.

Moniowiec: Jak bel­gi­js­ki port­fel odczuwa codzi­enne zakupy? Czy Bel­gia to dro­gi kraj do życia?
Mag­dale­na B-P: Życie w Bel­gii wyda­je się być dia­bel­nie dro­gie, gdy porównu­je­my ceny z pol­ski­mi i przelicza­my wszys­tko na złotów­ki. Jed­nak zara­bi­a­jąc w euro i płacąc w euro patrzy się na to inaczej. Tanio nie jest, jed­nak w porów­na­niu z Pol­ską to, moim zdaniem, i tak raj. Chleb kosz­tu­je śred­nio 2 euro za boch­enek (800g), czy przelicza­jąc na pol­ską walutę to będzie 8 zetów – sza­leńst­wo, praw­da? Jed­nak tutaj to tylko 2 euro, czyli jak w Polsce 2 złote. Mleko UHT około 1 euro/litr – zna­jdziemy i tańsze i droższe – zależy od sklepu i rodza­ju pro­duk­tu.

Ceny ben­zyny są zwyk­le iden­ty­czne jak w Polsce. Choć bywa, że tu w Bel­gii jest taniej niż w PL. I to jest bard­zo istot­na infor­ma­c­ja. My za jed­ną dniówkę leje­my pełny bak. W Polsce na pełny bak mąż pra­cow­ał (w tym samym zawodzie) około 2–3 tygod­ni. Dlat­ego tutaj sporo podróżu­je­my, bo jest tanio, na tym baku robimy prze­cież praw­ie 1000 km.

Utrzy­manie samo­chodu jest tu dosyć dro­gie. Zasad­nic­zo opła­ca się mieć mały i nowy samochód, najwyżej 5 let­ni. Gdyż w innym wypad­ku podatek może być powala­ją­cy. Im starsze auto, im więk­szy sil­nik i na więcej osób zare­je­strowane, tym podatek więk­szy (my za 15letnią, sześ­cioosobową mazdę z 2.5l sil­nikiem pła­cil­iśmy praw­ie 900 euro podatku na rok). Naprawy i częś­ci też są bard­zo dro­gie.

Wielu ludzi podróżu­je tu też pub­liczny­mi środ­ka­mi komu­nikacji, bo połączenia są bard­zo dobre, z tym, że auto­busy częs­to się spóź­ni­a­ją nieste­ty. Bile­ty wielo­prze­jaz­dowe, abona­men­ty miesięczne, półroczne, roczne itp., pozwala­ją sporo zaoszczędz­ić. Pociąga­mi dzieci do 12 lat podróżu­ją za dar­mo, w auto­busach jest za dar­mo do 6ciu lat. Przy czym mając bilet miesięczny za 25 euro (są też np. roczne za 90 euro) dzieci mogą jeźdz­ić wszędzie, gdzie tylko autobusy/tramwaje danej firmy jeżdżą, czyli co najm­niej po połowie kra­ju.

Mieszkanie i opłaty są dosyć dro­gie. Ceny mieszkań są bard­zo zróżni­cow­ane. Zależą od regionu i lokaliza­cji. Na pewno na wsi jest taniej niż w mieś­cie, a i w mieś­cie są dziel­nice tańsze i droższe. My np. wyna­j­mu­je­my dość duży dom z ogro­dem na wsi za 750euro/miesiąc. Jed­nak w niek­tórych miejs­cach za tą kwotę nawet stu­dio może być ciężko wyna­jąć. Jed­nak myślę, że za 600–700 euro ładne mieszkanie 2 poko­jowe da się znaleźć, może nawet ume­blowane. Ostat­nio dowiedzi­ałam się, że mając psa lub kota wyna­ję­cie mieszka­nia może być nie lada prob­le­mem, gdyż zwyk­le właś­ci­ciele nie życzą sobie zwierząt w mieszka­niu i to jest zawarte w umowie. Istotne jest też, że przy wyna­j­mowa­niu mieszka­nia trze­ba wpłacić kaucję w wysokoś­ci 2-miesięcznego czyn­szu i to jest zwyk­le spo­ra kwo­ta dla nowo przy­byłych.

Za to mieszkanie moż­na sobie tutaj bard­zo tanio ume­blować. Są bowiem sieci sklepów z rzecza­mi uży­wany­mi, gdzie całe kom­ple­ty mebli moż­na nabyć za kilka­dziesiąt euro. Są to sklepy np. kring­winkel lub troc, których adresy moż­na znaleźć w Internecie. Zna­jdzie się tam nie tylko meble, ale też zabaw­ki, ubra­nia, deko­rac­je, książ­ki, pły­ty, AGD, talerze, kub­ki, mis­ki etc.

Wysokość miesięcznego lub kwartal­nego abona­men­tu za prąd, gaz, wodę usta­lana jest w zależnoś­ci od iloś­ci ludzi w mieszka­niu. Nas koniec roku jest rozlicze­nie, czyli nad­pła­ta lub dopła­ta. Jest do wyboru po kilku dostaw­ców, którzy mają zróżni­cow­ane ceny.

Do tego dochodzi jeszcze Inter­net-telewiz­ja-tele­fon. Naj­tańsze paki­ety już za ok. 40 euro/mc, jed­nak przy wyższych abona­men­tach są np. dar­mowe roz­mowy do Pol­s­ki, nie­lim­i­towany Inter­net powyżej 20Mb/s, dar­mowe tele­fony komórkowe z niskim abona­mentem i inne tam bajery, zależnie od firmy.

Odzież najlepiej kupować pod­czas wyprzedaży let­nich i świątecznych. Wtedy markowe rzeczy kupimy za niewielkie pieniądze, Myślę, że niejed­nokrot­nie taniej niż w Polsce. Ogól­nie jed­nak ubra­nia i obuwie wyda­je mi się być droższe niż w Polsce, ale może dlat­ego, że nie ma tu tyle sklepów z „chińszczyzną” (u nas na prow­incji prak­ty­cznie nie ma takich wcale, tylko w dużych mias­tach), a w małych butikach to i w Polsce prze­cież nie tanio i chy­ba mniej „okazji”.

Moniowiec: Sko­ro jesteśmy przy zaku­pach to co trze­ba włożyć do koszy­ka w super­marke­cie, by ugo­tować bel­gi­jskie dania?
Mag­dale­na B-P: Bel­gia to kraj fry­tek, gofrów, piwa i czeko­la­dy. Fry­t­ki, gofry i naleśni­ki są dobre na każdą okazję. Na przyję­ci­ach urodzi­nowych pop­u­larne są naleśni­ki lub gofry zami­ast tor­tu – na tym ustaw­ia się świecz­ki. Fry­t­ki z majonezem lub naleśni­ki z cukrem to częs­to jedy­na rzecz, jaką dziecko zostanie poczęs­towane na przyję­ciu u koleżan­ki. Jed­nak gofry to też dobre nadzie­nie do kanap­ki szkol­nej. Tak, krom­ka chle­ba-gru­by gofer lub lub ciast­ka mark­izy – krom­ka chle­ba i to jest kanap­ka. Inny ciekawy szkol­ny zestaw to słod­ka maślana buł­ka z wędliną. Kiełbas­ki frank­furter­ki pole­wane mio­dem lub kanap­ki z sala­mi w zestaw­ie z gorzką czeko­ladą.

Moniowiec: Jak spędza wol­ny czas statysty­czny Belg?
Mag­dale­na B-P: Charak­terysty­czną rzeczą (przy­na­jm­niej we Flan­drii) bez wąt­pi­enia jest ruch i imprezy. Bard­zo pop­u­larne jest tu bie­ganie i jaz­da row­erem. Spo­tykam co dnia dziesiąt­ki bie­gaczy i set­ki row­erzys­tów – dzieci, młodzi, bab­cie i dzi­ad­kowie – bie­ga­ją, jeżdżą kon­no lub na row­er­ach, spaceru­ją. Więk­szość dzieci należy do jakiegoś klubu – pił­ka noż­na, judo, jeździect­wo, skau­ci, boks, tenis itd. Jak nie sport to znowu muzy­ka – instru­men­ty, taniec, śpiew. W tych wszys­t­kich akademi­ach i klubach są tylko zwyk­le sym­bol­iczne opłaty, bo państ­wo wiele finan­su­je.

A imprezy? U nas we Flan­drii chy­ba każ­da potrawa ma swo­je świę­to. Tak więc jest fes­tyn fry­tek, fes­tyn gofrów, fes­tyn piekarzy, rzeźników, piwa, spaghet­ti, małży, pizzy itp. To wszys­tko po kolei w jed­nej gminie przez cały rok. Do tego świę­tu­je się razem jakieś rocznice chórów, szczud­larzy, moto­cyk­listów i innych orga­ni­za­cji. Są też „ker­misy”, czyli odpowied­ni­ki pol­s­kich dni mias­ta czy gminy, tylko, że tu zwyk­le trwa­ją tydzień. Urodziny to też waż­na okaz­ja – świę­tu­ją dzieci i dorośli. W sum­ie każ­da okaz­ja jest dobra do zor­ga­ni­zowa­nia imprezy i Fla­mandowie robią to z wielką chę­cią i radoś­cią. Lubią się baw­ić. Co dla mnie ważne – piją przy tym sporo alko­holu, ale się masowo nie upi­ja­ją w tru­pa jak w Polsce. Jak dotąd przez 2 lata nie widzi­ałam ani razu pijanego człowieka, który by nie mógł ustać na nogach (może aku­rat w takim dzi­wnym miejs­cu mieszkam?).

Moniowiec: Czym różni się wychowanie w Bel­gii? Two­je dzieci noszą pol­skie cza­pecz­ki?
Mag­dale­na B-P: Odnoszę wraże­nie, że Bel­go­wie wychowu­ją swo­je dzieci bard­zo po moje­mu. Nie chucha­ją na nie za bard­zo. Maluchy – nawet takie kilku­ty­god­niowe — nos­zone są w cien­kich ubrankach, bez cza­pek i z goły­mi łap­ka­mi także jesienią i wios­ną, a nie raz i w zimie (tu nie ma mrozów ale bard­zo duża wilgo­t­ność ). Starsza­ki całą zimę chodzą w tramp­kach i z goły­mi noga­mi do szkoły (w rybaczkach lub kieck­ach) – moich córek nie wyłącza­jąc. Dzieci baw­ią się w kałużach, turla­ją się w mar­cu po traw­ie, włażą na drze­wa, cza­sem spada­ją z nich. Ze szkoły wraca­ją cza­sem brudne jak dzikie świnie, z obdar­ty­mi kolana­mi i rozk­was­zonym nosem i to jest rzecz nor­mal­na. Bo dorośli powala­ją im być dzieć­mi i odkry­wać świat.

12-lat­ki w Bel­gii dosta­ją już dowód oso­bisty i idą do śred­niej szkoły, gdzie samodziel­nie muszą się dostać auto­busem, pociągiem lub na row­erze. W Bel­gii więc dwu­nas­to­latek musi być samodziel­ny i odpowiedzial­ny, bo mamu­sia nie odprowadza go do szkoły ani nie jeździ gim­busem – musi sam o siebie zad­bać, wsiąść do właś­ci­wego auto­busu lub pociągu o właś­ci­wej porze, prze­jechać row­erem samodziel­nie przez zatłoc­zone mias­to, wró­cić samodziel­nie do domu. W Bel­gii o ósmej rano jeszcze jest ciem­no a i o szes­nastej też już zmrok zapa­da i mało­laty jeżdżą do szkoły po ciemku cza­sa­mi.

Moniowiec: Bel­gia w sum­ie nie jest tak strasznie daleko. Co warto zabrać ze sobą, bo braku­je Ci w sklepach, by czuć się jak w domu?
Mag­dale­na B-P: Przez pier­wsze dni miałam wraże­nie, że tu w ogóle nic nie ma z tego, co było mi potrzeb­ne. Na szczęś­cie okaza­ło się, że to wszys­tko kwes­t­ia zna­jo­moś­ci języ­ka i wiedzy, gdzie, co moż­na kupić i co się z czym je. Przy pier­wszej (i jedynej) wiz­y­cie w Polsce zro­bil­iśmy sobie długą listę rzeczy do kupi­enia. W tym roku jechał mąż sam i gdy zapy­tał, co przy­wieść z Pol­s­ki, ja po długich rozmyśla­ni­ach stwierdz­iłam ku swo­je­mu zdzi­wie­niu, że w sum­ie to nic nie potrze­bu­ję już z Pol­s­ki. Wszys­tko zna­j­du­ję na miejs­cu, bo metodą prób i błędów odkryłam różne zami­en­ni­ki. Do pol­skiego sklepu jeźdz­imy cza­sem po kiszone ogór­ki, bo tu nie ma (w Bruk­seli moż­na kupić w Car­refourze), mąż lubi „swo­jską” kiełbasę to też tylko pol­s­ki sklep. No i jeszcze biały ser w kostkach. Jed­nak do „rus­kich pierogów” kupu­ję ser grec­ki i nie widzę różni­cy w smaku. Serników nie piekę, więc mi ten brak nie przeszkadza. Zresztą mam nie daleko gospo­darst­wa mleczne to mogę sobie kupić mleko i ser zro­bić, gdy­by potrze­ba naszła. Nie ma korzenia pietrusz­ki, ale jest sel­er. Ryby są bard­zo dro­gie. Nie ma czeko­lad i ciastek z nadzie­niem innym niż kakaowe, karmelowe i wanil­iowe (cza­sem kokosowe są). Nie ma kaszy jęczmi­en­nej ale jest pszenicz­na. Niek­tóre pro­duk­ty mają inne właś­ci­woś­ci np. kasz­ki Nes­tle, kost­ki knorr – zupełnie inne w Polsce niż tu (w Polsce lep­sze w smaku), ale to kwes­t­ia przyzwycza­je­nia. Chleb smaku­je zupełnie inaczej – nie mogłam się przyzwycza­ić, ale z kolei nie smaku­je mi pol­s­ki (nawet ten dawniej ulu­biony). Warto wiedzieć, że na wsi­ach rol­ni­cy sprzeda­ją prz­eróżne warzy­wa, mleko, jaja, miód i moż­na kupić to wiele taniej niż w sklepach. Przykład­owo ziem­ni­a­ki 5 euro za 25 kilo­wy worek, pod­czas gdy w sklepie to i 4 euro za kilo.

Uważam że to wszys­tko kwes­t­ia przyzwycza­je­nia i potrzeb indy­wid­u­al­nych. Wielu Polaków nie wyobraża sobie życia bez pol­skiego jedzenia, niek­tórzy nawet cuki­er i mąkę kupu­ją w pol­s­kich sklepach, jed­nak, moim zdaniem, nie ma żad­nej różni­cy w tego typu pro­duk­tach. W każdym bądź razie w dużych mias­tach są pol­skie sklepy więc nie trze­ba taszczyć wszys­tkiego z Pol­s­ki.

Moniowiec: Jak Pola­cy są postrze­gani w Bel­gii?
Mag­dale­na B-P: Pola­cy chy­ba w więk­szoś­ci kra­jów postrze­gani są częs­to nieste­ty przez pryz­mat „naszych” zbirów, nier­obów i dar­moz­jadów, którzy „pracu­ją” co dnia na dwor­cach, lot­niskach i innych tego typu okoli­cach na opinię o nas chle­jąc piwsko, przek­li­na­jąc, krad­nąc i demolu­jąc wszys­tko co się da. Tego, który pracu­je co dnia ucz­ci­wie, sys­tem­aty­cznie płaci rachun­ki, chodzi z dzieć­mi do parku i na plac zabaw prze­cież nikt nie zauważy, bo jest tacy jak inni, nor­mal­ny; pewnie więk­szość nawet nie wie, że aku­rat jest z Pol­s­ki, nikt go więc nie zapamię­ta i z tym kra­jem nie będzie kojarzył. Drani owszem. I stąd potem prob­le­my.

Bel­go­wie nie chcą cza­sem wyna­j­mować mieszkań Polakom, nie chcą zatrud­ni­ać Polaków, bo boją się rozró­by. Nie dalej jak w zeszłym tygod­niu o pol­s­kich kibi­cach pisały wszys­tkie gaze­ty, sprzedaw­com i właś­ci­cielom restau­racji zale­cano zamknię­cie sklepów i restau­racji w mieś­cie, do którego mieli przy­być. Ostrze­gali, że Pola­cy piją, krad­ną i niszczą. W takich momen­tach naprawdę wstyd i stra­ch się przyz­nawać do pochodzenia. Jed­nak poza taki­mi głupi­mi incy­den­ta­mi jest w porząd­ku.

Bel­go­wie są bard­zo ostrożni w sto­sunku do obcych. Musimy ich przekon­ać, że jesteśmy pra­cowici i ucz­ci­wi, no i przede wszys­tkim – o czym wielu zada­je się nie pamię­tać lub nie wiedzieć – musimy dos­tosować się do ich zasad, bo to my jesteśmy u nich gość­mi a nie odwrot­nie. Próżno oczeki­wać, że Belg będzie się uczył pol­skiego, pol­s­kich zasad, sprowadzał do sklepów pol­skie pro­duk­ty, bo jakaś pol­s­ka rodz­i­na właśnie się sprowadz­iła do wsi czy dziel­ni­cy. A mam wraże­nie, że niek­tórzy Pola­cy tego właśnie oczeku­ją i mają pre­ten­sje, że Bel­go­wie każą im się uczyć tute­jszego języ­ka, tute­jszego prawa, tute­jszych zwycza­jów, że nie pozwala­ją dzieciom mówić po pol­sku w szkole. Trzy­ma­jąc się tylko z Polaka­mi, mówiąc o tubyl­cach same niedo­bre rzeczy, nie chcąc się uczyć języ­ka, dzi­wią się, że Bel­go­wie nie trak­tu­ją ich jak przy­jaciół, jak swoich. No ciekawe czemu…?

Jed­nak Fla­mandowie – jako naród pra­cow­ity i ucz­ci­wy – doce­ni­a­ją pra­cow­itych i odpowiedzial­nych pra­cown­ików bez w wzglę­du na ich pochodze­nie. Gdy się przekon­a­ją, że jed­nak nie mamy „typowo pol­s­kich cech” (pijańst­wo, chamst­wo, złodziejst­wo) bard­zo chęt­nie się zaprzy­jaź­ni­a­ją.

Jed­no, czego na pewno braku­je, to rzetel­nych, dokład­nych infor­ma­cji o tym kra­ju podanych w języku pol­skim. W Internecie są tylko pod­sta­wowe infor­ma­c­je i to nie zawsze prawdzi­we albo nieak­tu­alne. Ter­az jestem w stanie dowiedzieć się praw­ie wszys­tkiego w języku nider­landzkim, ale na początku było bard­zo ciężko.

* Słown­iczek:
Piti – Kit­ty, kotek
Pipał — pił­ka


Je­śli lu­bisz po­dróże z pal­cem po ma­pie, co środę za­pra­szam na wy­prawę z jed­ną z Pol­ek miesz­ka­ją­cych za gra­nicą. Wpisy już pu­bli­ko­wane znaj­dzie­cie tu.

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 18 listopada 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Wywiady

Otagowano: