Matka na Tajwanie — Kiedy Polska to za mało

Matka na Tajwanie — Kiedy Polska to za mało Image

Matka na Tajwanie — Kiedy Polska to za mało

W obec­nych cza­sach jak coś nie jest chiń­skie to na bank po­wsta­ło na Taj­wa­nie albo w In­diach. Do­ty­czy to nie tyl­ko pla­sti­ko­wych pod­ró­bek, za­ba­wek czy tek­sty­liów, ale tak­że naj­lep­szej ja­ko­ści elek­tro­ni­ki. Wła­śnie na Taj­wa­nie w po­nad 2,5 mi­lio­no­wym mie­ście por­to­wym miesz­ka Mag­da, blo­ger­ka z gong-zhu-majia.blogspot.com.

taiwan4

Kon­fa­bu­la: Dla­cze­go aku­rat tą część świa­ta wy­bra­łaś na swój dom?
Mag­da: Za gra­ni­cą prze­by­wam od 2011 roku – i od po­cząt­ku tra­fi­łam dość eg­zo­tycz­nie, a mia­no­wi­cie na Taj­wan. To taka mała wy­spa po­mię­dzy Fi­li­pi­na­mi, Ja­po­nią i Chi­na­mi, o dość cie­ka­wym sta­tu­sie po­li­tycz­nym (bo niby to osob­ne pań­stwo, a jed­nak nie do koń­ca). Po­je­cha­łam tam na se­me­stral­ną wy­mia­nę stu­denc­ką, po któ­rej wie­dzia­łam że choć­by „nie­wia­do­mo­co” mu­szę tam wró­cić, bo pół roku ja­kie było mi dane tam spę­dzić nie tyl­ko roz­bu­dzi­ło mój ape­tyt na eg­zo­ty­kę, ale ja­wi­ło się jako sześć mie­się­cy ab­so­lut­nej bez­stre­so­wo­ści i wy­lu­zo­wa­ne­go ży­cia z dala od pro­za­icz­nych pro­ble­mów dnia co­dzien­ne­go w sza­ro­bu­rej pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści.
Po ukoń­cze­niu stu­diów, pół roku po tym­cza­so­wym po­że­gna­niu z Ihla For­mo­sa – pa­ko­wa­łam znów wa­liz­kę, usi­łu­jąc upchać w 23 ki­lo­gra­mach wszyst­ko co mi bę­dzie po­trzeb­ne na czas nie­okre­ślo­ny po­by­tu w por­to­wym mie­ście Ka­oh­siung… Oczy­wi­ście pla­no­wa­łam, że na­uczę się chiń­skie­go w dwa lata, znaj­dę pra­cę, może i mi­łość, ale moje pla­ny zo­sta­ły zwe­ry­fi­ko­wa­ne dość szyb­ko. Chiń­skie­go będę się uczyć do koń­ca ży­cia i do trum­ny pew­nie za­żą­dam za­pa­ko­wa­nia pod­ręcz­ni­ka i słow­ni­ka, żeby w za­świa­tach mieć moż­li­wość dal­szej roz­ryw­ki z tym trud­nym ję­zy­kiem. Pra­ca… Cóż, z pra­cą nie jest lek­ko – nie­ste­ty, moce ukła­du Schen­gen gwa­ran­tu­ją­ce­go swo­bo­dę prze­pły­wu to­wa­ru, usług, lud­no­ści i go­tów­ki nie się­ga­ją do Azji, więc trze­ba się zmie­rzyć z za­da­niem zdo­by­cia wizy pra­cow­ni­czej lub za­jąć się dzia­łal­no­ścią za­rob­ko­wą w sza­rej stre­fie, z wi­szą­cym nad gło­wą ry­zy­kiem de­por­ta­cji. A mi­łość – ehmmm, choć żar­to­bli­wie mó­wię, że szu­kam męża wśród Chiń­czy­ków, bo są ich mi­lio­ny więc może się ja­kiś tra­fi – to jed­nak Azja­ci są po pierw­sze nie­śmia­li, po dru­gie za­pra­co­wa­ni od rana do nocy, a po trze­cie oby­cza­jo­wo jed­nak dzie­lą nas ty­sią­ce mil. Krót­ko – nie­ste­ty, nie spo­tka­łam jesz­cze ta­kie­go osob­ni­ka, któ­ry po­tra­fił­by jeść jak czło­wiek, bez sior­ba­nia z mla­ska­niem, i jesz­cze spra­wił, że moje ser­ce za­bi­je szyb­ciej. Wszyst­ko przede mną.
Co ro­bię na Taj­wa­nie? Przede wszyst­kim uczę się – ję­zy­ka, kul­tu­ry, ży­cia co­dzien­ne­go w Azji, cza­sem do­ryw­czo zaj­mę się ja­kimś na­ucza­niem an­giel­skie­go lub za­da­wa­niem szy­ku jako pięk­na bla­da twarz. Skąd mam za­tem pie­nią­dze na taj­wań­skie bez­tro­skie ży­cie? Oprócz tego, że je­stem księż­nicz­ką z imie­nia i przy­zwy­cza­jeń, w wa­ka­cje i fe­rie zi­mo­we pra­cu­ję w Eu­ro­pie, opro­wa­dza­jąc chiń­skie wy­ciecz­ki po bez­kre­snych ru­bie­żach Skan­dy­na­wii i wpro­wa­dzam sko­śno­okich tu­ry­stów w 
taj­ne taj­ni­ki ta­jem­nic nor­we­skich lamp po­grom­ców nie­dzwie­dzi.

taiwan8

Kon­fa­bu­la: Taj­wan to zu­peł­nie od­mien­na kul­tu­ra od pol­skiej. Co Cię zdzi­wi­ło – po­zy­tyw­nie i ne­ga­tyw­nie?
Mag­da: To za­le­ży. Po­cząt­ko­wo dzi­wi­ło mnie wszyst­ko, bo prze­cież je­że­li po­dróż do Ja­po­nii to jak wy­ciecz­ka na Mar­sa (bo nic nie jest ta­kie jak po­win­no a do­oko­ła śmi­ga­ją małe żół­te lu­dzi­ki z wiel­ki­mi głów­ka­mi, świer­go­lą­ce w dziw­nym na­rze­czu), to Taj­wan jest tyl­ko rzut be­re­tem od koń­ca świa­ta.
Wiel­kie zdzi­wie­nia opi­sy­wa­łam na blo­gu… Zde­rze­nie z taj­wań­ską biu­ro­kra­cją przy oka­zji wy­ra­bia­nia ‚uwa­ga!, kar­ty do bi­blio­te­ki czy ab­so­lut­nie ar­cy­skom­pli­ko­wa­ne po­tycz­ki przy za­ło­że­niu kon­ta w ban­ku, roz­ma­ite aspek­ty pro­ble­mów ko­mu­ni­ka­cji mię­dzy­ludz­kiej w świe­cie, w któ­rym nie wol­no po­wie­dzieć „nie”. Roz­ma­ite
ga­dże­ty z se­rii cute uro­czo – czy­li na­wet pa­pier to­a­le­to­wy i to­reb­ka na wy­mio­ty mu­szą być we wzo­rek, ko­niecz­nie kre­sków­ko­wy i ró­żo­wy. Albo za­ku­py w zwy­kłym osie­dlo­wym su­per­sa­mie, gdzie moż­na ku­pić i fa­jer­wer­ki, i łap­ki na my­szy i wi­bra­to­ry.
Ne­ga­tyw­nym od­kry­ciem oka­za­ły się – pro­ble­my ze zro­zu­mie­niem chiń­skiej idei przy­jaź­ni i ko­le­żeń­stwa, oraz fakt, że
Taj­wan po­sia­da smog i inne roz­licz­ne za­nie­czysz­cze­nia gra­su­ją­ce w po­wie­trzu. O ka­ra­lu­chach wiel­ko­ści pal­ca wska­zu­ją­ce­go od­wie­dza­ją­cych lu­dzi o każ­dej po­rze dnia i nocy nie wspo­mi­na­jąc.
Po trzech la­tach przy­wy­kłam i dzi­wi mnie już tyl­ko uła­mek tego, co wy­wo­ły­wa­ło wiel­kie oczy i sap­nię­cia peł­ne eks­cy­ta­cji na po­cząt­ku po­by­tu. Bez mru­gnię­cia okiem wy­wi­jam pa­łecz­ka­mi wcią­ga­jąc ma­ka­ron z brą­zo­wym so­sem wy­glą­da­ją­cym co­kol­wiek to­a­le­to­wo – waż­ne że jest smacz­ny, a do­dat­ko­wo za­gry­zam to da­nie zie­lo­ną buł­ką o sma­ku zie­lo­nej her­ba­ty. Ka­ra­lu­chy roz­dep­tu­je, śmie­ci cho­wam do za­mra­żal­ni­ka i wy­no­szę je o 21 na wie­czor­ną śmie­ciar­kę, gdy ła­pie mnie prze­zię­bie­nie – piję wię­cej wody i za­kła­dam ma­secz­kę chi­rur­gicz­ną w we­so­łe wzor­ki, nie wi­dzę nic bul­wer­su­ją­ce­go w fak­cie że ktoś wła­śnie
za­par­ko­wał sku­ter na środ­ku pa­sów, albo że na tym sku­te­rze je­dzie pies, czte­ro­oso­bo­wa ro­dzi­na z za­ku­pa­mi, albo dwóch pa­nów ta­cha­ją­cych jesz­cze lo­dów­kę. This is Taj­wan, ju noł. Taki mamy kli­mat.

taiwan10

Kon­fa­bu­la: Jak wy­glą­da od stro­ny fi­nan­so­wej ży­cie na Taj­wa­nie?
Mag­da: Ce­no­wo, ży­cie na Taj­wa­nie jest po­dob­ne do pol­skie­go. Dzien­nie na je­dze­nie wy­da­ję oko­ło 20 zł (nie mam kuch­ni, nie go­tu­ję więc sto­łu­ję się w roz­licz­nych ja­dło­daj­niach i knajp­kach). Oczy­wi­ście są rze­czy dużo droż­sze – czy­li im­por­to­wa­ne, ale z ko­lei cała masa to­wa­rów jest ta­nia jak przy­sło­wio­wy barszcz.
Za­sko­czyć może kwe­stia cen elek­tro­ni­ki – wca­le nie jest ta­niej, a wręcz spo­ro dro­żej, choć Taj­wan to kraj pro­du­cen­tów np. lap­to­pów Acer, Asus i MSI czy te­le­fo­nów HTC. Szyb­ko roz­wia­łam na­dzie­ję zna­jo­mych na ta­nie no­wo­cze­sne lap­to­py przy­sy­ła­ne do Pol­ski. Ubra­nia – po­dob­nie jak w Pol­sce, acz­kol­wiek pro­ble­mem dla mnie jest roz­mia­rów­ka, bo choć w Pol­sce miesz­czę się w ka­te­go­riach śred­nie­go wzro­stu i szczu­płej syl­wet­ki, to na Taj­wa­nie wpa­dam w ka­te­go­rię spa­sio­nej ży­ra­fy.
Je­śli chcie­li­by­śmy po­rów­nać ceny tak po­spo­li­tych to­wa­rów jak chleb czy mle­ko, to mo­że­my się zdzi­wić. Tu są to pro­duk­ty sto­sun­ko­wo dro­gie, bo za­gra­nicz­ne. Chleb to­sto­wy pod­łe­go sor­tu to oko­ło 5–7 zł za bo­che­nek, litr mle­ka roz­ra­bia­ne­go z prosz­ku i sma­ku­ją­ce­go zu­peł­nie ina­czej niż mle­ko to ja­kieś 10–12 zł, zaś szklan­ka mle­ka pro­sto od kro­wy to na po­ka­zo­wej kro­wiej far­mie oko­ło 8 zł.
Ben­zy­na jest ta­nia, bo po­ni­żej 4zł za litr, przy czym na Taj­wa­nie naj­po­pu­lar­niej­sza (i naj­tań­sza) jest ben­zy­na sku­te­ro­wa 86 oktan. Nie spo­tka­łam się z au­ta­mi LPG, ale nie zna­czy to że ich nie ma. Bi­let jed­no­ra­zo­wy to 1,50 PLN stu­denc­ki, bi­let w me­trze kosz­tu­je od 3 do 5 zł w za­leż­no­ści od tego, jak da­le­ko je­dzie­my.
Miesz­ka­nie – moje, tuż obok uczel­ni kosz­tu­je 600 zł plus prąd i woda. Miesz­kam w czymś w ro­dza­ju stu­dio, ale bez kuch­ni. Mam przy­zwo­icie wy­po­sa­żo­ny po­kój i ła­zien­kę. Zna­jo­mi wy­na­ję­li miesz­ka­nie 3 po­ko­jo­we, z kuch­nią, ale da­lej od uczel­ni i pła­cą 1200 zł plus opła­ty – przy czym me­dia są tań­sze niż w Pol­sce.

taiwan2

Kon­fa­bu­la: Co naj­le­piej jeść bę­dąc na Taj­wa­nie, sko­ro chleb i mle­ko – czy­li moja pod­sta­wa die­ty – to pro­duk­ty im­por­to­wa­ne?
Mag­da: O chiń­skim je­dze­niu moż­na by pi­sać i pi­sać, ge­ne­ral­nie Taj­wań­czy­cy upra­wia­ją kul­tu­rę żer­ną (stan­dar­do­we py­ta­nie po wi­zy­cie w do­wol­nym miej­scu na wy­spie – a ja­dłeś da­nie X, to tam­tej­szy spe­cjał?). Mo­imi ulu­bio­ny­mi po­tra­wa­mi są: hot­pot /huoguo czy­li ro­so­łek w któ­rym we­dle uzna­nia go­tu­je się do­wol­ne do­dat­ki, mię­sne i wa­rzyw­ne. Dru­gie miej­sce zaj­mu­ją pie­roż­ki, sma­żo­ne lub go­to­wa­ne na pa­rze, z ty­sią­cem far­szów (uwiel­biam mię­sno-ce­bu­lo­wy lub pi­kant­ny we­ge­ta­riań­ski, nie mó­wiąc już o kre­wet­kach). Taj­wań­czy­cy szcze­gól­nie dum­ni są z cia­stek z far­szem ana­na­so­wym (też mniam) oraz zna­nej też u nas bub­ble tea, wy­na­le­zio­nej wła­śnie na Taj­wa­nie. Ty­dzień zaś uzna­ła­bym za stra­co­ny, gdy­bym nie wy­bra­ła się ze trzy razy na lody – czy­li kru­szo­ny lód z ka­wa­ła­mi owo­ców.
Pew­nie każ­dy, kto uda się na Taj­wan, prze­ży­je też bliż­sze lub dal­sze spo­tka­nie ze słyn­nym śmier­dzą­cym tofu… ale tego nie będę po­le­cać, bo sama nie mia­łam od­wa­gi po­dejść na od­le­głość kon­sump­cyj­ną.

taiwan9

Kon­fa­bu­la: Jak wy­glą­da ży­cie prze­cięt­ne­go Taj­wań­czy­ka?
Mag­da: Przede wszyst­kim drzem­ka i wy­żer­ka. Drzem­ka – obo­wiąz­ko­wo w po­łu­dnie, pod­czas prze­rwy na lancz. Drze­mią star­cy, dzie­ci i stu­den­ci. Ucznio­wie szkół śred­nich obo­wiąz­ko­wo mu­szą prze­spać się w cią­gu dnia. Se­rio! Nie po­win­no to dzi­wić, bo za­ję­cia w szko­łach za­czy­na­ją się wcze­śnie rano i trwa­ją do 16 dla pod­sta­wó­wek, a star­sze dzie­cia­ki ślę­czą nad lek­cja­mi i do 21, z cze­go część od­by­wa się nor­mal­nie w szko­le, a część w tzw. bu­xi­ba­nach, czy­li czymś w ro­dza­ju cen­trów ko­re­pe­ty­cyj­nych gdzie idzie się za­raz po szko­le i utrwa­la ma­te­riał po­zna­ny pod­czas lek­cji.
Wy­żer­ka – czy­li kon­sump­cja wsze­la­ka, też to­czy się do póź­niej nocy. Po zmro­ku otwie­ra­ją się tzw „noc­ne tar­gi”, gdzie sto­iska z ja­dłem prze­pla­ta­ją się z tymi ciu­cho­wy­mi, ga­dże­to­wy­mi i ty­po­wo jar­marcz­ny­mi. Taj­wań­czy­cy uwiel­bia­ją snuć się po ta­kim maj­da­nie cia­sno za­pcha­nym bud­ka­mi ze wszyst­kim, przy­glą­dać się no­wo­ściom to­wa­ro­wym i oczy­wi­ście co nie­co prze­ką­sić, w co dru­gim stra­ga­nie.

taiwan7

Kon­fa­bu­la: Jacy są Taj­wań­czy­cy?
Mag­da: Dla Taj­wań­czy­ka naj­waż­niej­sze jest to żeby nie utra­cić twa­rzy, a na­wet zy­skać nową, lep­szą. Czy­li, żeby wy­glą­dać na bo­gat­sze­go niż w rze­czy­wi­sto­ści. Pol­skie za­staw się a po­staw się by­ło­by tu do­brze ro­zu­mia­ne.
Jak każ­dy na­ród Taj­wań­czy­cy mają swo­je przy­zwy­cza­je­nia. Fa­tal­nie jak mla­ska­nie, je­dze­nie z otwar­tym dzio­bem, sior­ba­nie i wcią­ga­nie smar­ków z nosa gdzieś do mó­zgu czy po­zy­tyw­ne jak sza­cu­nek dla star­szych osób, po­li­cjan­tów, na­uczy­cie­li, żoł­nie­rzy, pie­lę­gnia­rek itp.

taiwan5

Kon­fa­bu­la: Jak wy­cho­wu­je się tu dzie­ci?
Mag­da: Dzie­cia­ki taj­wań­skie są bar­dzo grzecz­ne. Nie py­sku­ją na­uczy­cie­lom, uczą się kar­nie na pa­mięć ksią­żek. Nie mnie oce­niać czy to złe czy do­bre – ale zu­peł­nie ina­czej wcho­dzi się do taj­wań­skiej szko­ły z 35 oso­bo­wy­mi kla­sa­mi, niż do mał­piar­ni zwa­nej pol­ską podstawówką/gimnazjum/liceum. Tro­chę dla mnie za­ska­ku­ją­cy był fakt, że dzie­cia­ki się nie ba­wią, a naj­więk­szą na­gro­dą dla 12-lat­ków było, uwa­ga!, moż­li­wość swo­bod­ne­go po­ry­so­wa­nia so­bie mar­ke­ra­mi na ta­bli­cy. I to, że na­uczy­ciel za­wsze ma ra­cję, na­wet gdy nie ma ra­cji.
Dzie­ci wie­dzą, że nie mogą za­wieść ro­dzi­ców i resz­ty przod­ków, nie mogą spro­wa­dzić wsty­du na ro­dzi­nę. Czę­sto się zda­rza, że pod jed­nym da­chem miesz­ka­ją ro­dzi­ny wie­lo­po­ko­le­nio­we, w myśl chiń­skie­go wie­rze­nia, że im wię­cej ge­ne­ra­cji, tym więk­sze bło­go­sła­wień­stwo i szczę­ście zsy­ła­ne przez bo­gów.
Tra­dy­cyj­nie naj­star­szy syn musi za­jąć się ro­dzi­ca­mi, odzie­dzi­czyć ro­dzin­ną fir­mę lub zgro­ma­dzić for­tu­nę któ­ra za­pew­ni ne­sto­rom rodu god­ną i wy­god­ną sta­rość. Stąd ol­brzy­mi na­cisk na po­sia­da­nie po­tom­ka płci mę­skiej – moja ko­le­żan­ka ma 5 ro­dzeń­stwa, bo dziad­ko­wie „za­chę­ca­li” ro­dzi­ców do pło­dze­nia ko­lej­nych dzie­ci, aż w koń­cu po­ja­wił się wnuk.

taiwan6

Kon­fa­bu­la: Jak Po­la­cy są tam po­strze­ga­ni?
Mag­da: Po­la­cy i Pol­ska są sła­bo roz­po­zna­wal­ni na Taj­wa­nie. Na pew­no Taj­wań­czy­cy zna­ją ze sły­sze­nia na­zwi­ska Szo­pe­na, Wa­łę­sy i Szym­bor­skiej, fa­scy­na­ci ko­szy­ków­ki ko­ja­rzą Mar­ci­na Gor­ta­ta a sym­pa­ty­cy te­ni­sa Agniesz­kę Ra­dwań­ską. Ge­ne­ral­nie – mnie py­ta­no (star­sze po­ko­le­nie) czy Pol­ska jest ko­mu­ni­stycz­nym kra­jem, czy w zi­mie w ogó­le wy­cho­dzi­my z domu, bo jest u nasz strasz­nie zim­no i czy to praw­da, że zimą pi­je­my wy­łącz­nie wód­kę żeby nie za­mar­z­nąć. Ja­kiś czas temu fu­ro­rę ro­bił Syl­we­ster War­dę­ga i jego fil­mi­ki w któ­rych na przy­kład ob­ma­cu­je ko­bie­ty na uli­cy pod pre­tek­stem ba­da­nia pier­si (oooo, nie­śmia­li Taj­wań­czy­cy mogą o czymś ta­kim wy­łącz­nie po­ma­rzyć) – ale całe szczę­ście była to sła­wa krót­ko­trwa­ła.
O pro­mo­cję Pol­ski dba Po­lo­nia taj­wań­ska. Miesz­kań­cy Ka­oh­siung zna­ją do­sko­na­le pol­skie szar­lot­ki Giny (czy­li Gra­ży­ny), miesz­kań­cy pół­noc­nej czę­ści piel­grzy­mu­ją, by od­wie­dzić sto­isko pana An­drze­ja na noc­nym tar­gu w Zhon­gli, gdzie sprze­da­je swo­je wy­pie­ki. Przez dłu­gi czas w pro­gra­mie po­świę­co­nym ob­co­kra­jow­com (for­mu­ła po­dob­na do na­sze­go „Eu­ro­pa da się lu­bić” nada­wa­nym w po­rze nie­złej oglą­dal­no­ści po­ja­wia­ła się pani Ewa Le­wiń­ska – ulu­bie­ni­ca zwłasz­cza mę­skiej czę­ści pu­blicz­no­ści, świet­nie mó­wią­ca po chiń­sku i po­dzi­wia­na za umie­jęt­no­ści ku­li­nar­ne oraz po­czu­cie hu­mo­ru. Inna Po­lka – Do­ro­ta Wer­nik-Chen jest bar­dzo sza­no­wa­ną na Taj­wa­nie spe­cja­list­ką w dzie­dzi­nie ho­me­scho­olin­gu. Z ko­lei jej cór­ka Zo­sia jest czę­sto za­pra­sza­na do roz­ma­itych pro­gra­mów te­le­wi­zyj­nych i talk­show, jest też dość wzię­tą mo­del­ką, a kie­dyś na­wet re­pre­zen­to­wa­ła Taj­wan w łyż­wiar­stwie fi­gu­ro­wym.

taiwan3

Kon­fa­bu­la: Ja­kie zda­rze­nie wspo­mi­nasz z naj­więk­szym uśmie­chem?
Mag­da: Było ich mnó­stwo. Chy­ba naj­bar­dziej bawi mnie to, kie­dy na za­ku­pach za­pra­gnę­łam po­chwa­lić się zna­jo­mo­ścią chiń­skie­go... i trosz­kę mi nie wy­szło.

Fot. bry­an…, CC BY-SA 2.0


Je­śli lu­bisz po­dróże z pal­cem po ma­pie, co śro­dę za­pra­szam na wy­prawę z jed­ną z Pol­ek miesz­ka­ją­cych za gra­nicą. Wpi­sy już pu­bli­ko­wane znaj­dzie­cie tu.

Autor | moniowiec Komentarze | 6 Data | 6 lipca 2016

kategorie i tagi

W kategorii: Wywiady

Otagowano:

  • Bar­dzo eg­zo­tycz­ne miej­sce jak dla mnie 🙂

  • Po­dzi­wiam Po­lki, któ­re żyją w tak eg­zo­tycz­nych miej­scach! Kie­dyś roz­ma­wia­łam z blo­ger­ką i mat­ką miesz­ka­ją­cą w La­osie i jej opo­wie­ści były fa­scy­nu­ją­ce!

  • Za­ko­cha­łam się w opi­sie Taj­wa­nu… No do­bra, za­ko­cha­łam się głów­nie w żar­ciu, ale i tak chęt­nie bym tam po­je­cha­ła. I po­dzi­wiam, bo ja bym się bała tak rzu­cić wszyst­ko i tyle ki­lo­me­trów od domu żyć, stu­dio­wać… No to nie dla mnie, ale po­dzi­wiam ogrom­nie 🙂

  • Nie ro­zu­miem cze­mu uwa­żasz się za blo­ger­kę przez małe „b”. Blog jest na­praw­dę przez duże „B” 🙂