Całkiem blogowo

Czy bloger może być przyjacielem?

Dziw­nie jest być blo­ge­rem. Wyobraź sobie, że czy­tasz o kimś napraw­dę wie­le. Sta­je się on Two­im wir­tu­al­nym przy­ja­cie­lem: na FB dowia­du­jesz się gdzie był na waka­cjach, jesz śnia­da­nie razem z jego jajecz­ni­cą wrzu­co­na na Insta­gram, na blo­gu czy­tasz pora­dy z jego życia, oglą­dasz śmiesz­ne fil­mi­ki z nim w roli głów­nej na Sna­pie czy daily vlo­ga na YT. Taki wir­tu­al­ny przy­ja­ciel, ktoś, z kim konie kraść moż­na.

Pew­ne­go dnia zamy­kasz swo­je­go lap­to­pa, bie­rzesz kurt­kę wiszą­ca na krze­śle czy pocią­gasz szmin­ką usta. Idziesz na spo­tka­nie ze zna­jo­my­mi. Oni wyba­czą, że Two­ja sukien­ka pamię­ta jesz­cze cza­sy ślu­bu wuj­ka Zdzi­cha, a pla­ma po winie, któ­re wyla­ła na nią cio­cia Kry­sia nadal lek­ko pod słoń­ce jest widocz­na. Nie będzie im prze­szka­dzać czy dziś masz wło­sy cze­sa­ne wia­trem albo jadłaś przed chwi­lą piz­zę z sosem czosn­ko­wym i pora­to­wa­łaś się tyl­ko mię­tów­ką. To przy­ja­cie­le.

Kie­dy pod­cho­dzisz do nich masz sza­lo­ną ocho­tę rzu­cić się im na szy­ję, uca­ło­wać w poli­czek, pokle­pać po ple­cach. Wiesz, tak jak to robią praw­dzi­wi przy­ja­cie­le. Sęk w tym… że oni nie są praw­dzi­wi. To Ty ich znasz od pod­szew­ki, a wła­ści­wie na tyle, na ile Ci pozwo­li­li, a Ty jesteś dla nich tyl­ko kimś, kto cza­sem zaga­da, sko­men­tu­je, da laj­ka czy suba. Bo są blo­ge­ra­mi.

Wła­śnie tak się czu­je na blo­ger­skich spo­tka­niach. Niby sto­isz w dłu­giej kolej­ce do reje­stra­cji pra­wie godzi­nę, toczysz roz­mo­wy o wszyst­kim i niczym z oso­bą sto­ją­cą jed­no miej­sce przed Tobą, a tak napraw­dę niko­go nie znasz. No, może kogoś z tego tysią­ca. Ale czy znasz go napraw­dę? Czy masz szan­sę na nie­go wpaść choć­by spie­sząc się z jed­nej pre­lek­cji na kolej­ny warsz­tat?

SeeBlog­gers to naj­więk­sze spo­tka­nie blo­ge­rów i vlo­ge­rów w Pol­sce. 1000 osób, 9 stref tema­tycz­nych, masa warsz­ta­tów i pane­li, milion nie­spo­dzia­nek. Nazwi­ska-iko­ny wśród pro­wa­dzą­cych. Wie­dza, któ­rej nie ogar­niesz, a i tak będziesz mieć nie­do­syt. Wyda­rze­nie, któ­re jesz­cze nie raz będziesz wspo­mi­nać, a wie­dzę – uży­wać.

Mię­dzy tymi poważ­ny­mi rze­cza­mi jak zasię­gi, kom­po­zy­cja w foto­gra­fii, SEO czy miej­sce poli­ty­ki w blo­gos­fe­rze jest jesz­cze after­par­ty. Czas, kie­dy moż­na bez pośpie­chu poga­dać (dzię­ki Ścin­ki­ja­ścin­ki!), zbłaź­nić się nie­zna­jo­mo­ścią twa­rzy (sor­ki Mat­ko Nie­ide­al­na), wyska­kać na całe­go przy muzy­ce, któ­rą się nie lubi i wypić to, cze­go wcze­śniej się nie piło jesz­cze.

Czas, kie­dy jakoś bar­dziej wypa­da rzu­cić się nie­zna­jo­me­mu na szy­ję. A może to przez ten alko­hol?

Mówi się, że trze­ba z kimś zjeść becz­kę soli, by pozo­stał naszym przy­ja­cie­lem. Może w blo­gos­fe­rze trze­ba zali­czyć kil­ka takich even­tów, wita­jąc się na każ­dym z tymi samy­mi oso­ba­mi, by osią­gnąć taki sam efekt? Nie wiem, byłam zale­d­wie na kil­ku. Ale już mam do kogo wycią­gnąć dłoń na powi­ta­nie.

Osob­ne podzię­ko­wa­nia kie­ru­ję w stro­nę Żane­ty. Za wszyst­ko! Było BOMBOWO!