Prawie dwadzieścia lat temu obiecałam sobie (i mężowi), że pojedziemy w Bieszczady w podróż poślubną. I nie wyszło.Podróż, nie ślub, bo do niego akurat doszło. Teraz, po latach, mam ochotę czasem rzucić wszystko i w nie wyjechać. Nawet jeśli mam w te góry jeszcze dalej niż bohaterka książki „Szeptun” Tomasza Betchera.
Po co wyjeżdżać w Bieszczady?
Powodów może być wiele. Dla Julii wypoczynek w górach były prezentem od rodziców. Kobiecie i jej rodzinie należało się trochę wolnego w głuszy i, być może, jakieś tajemnicze, roślinne remedium na problemy. Na rozsypujące się małżeństwo, chorobę skóry syna i traumę nastolatki. Zmiana otoczenia i specyfiki znanego zielarza – przecież nie mogło nic pójść źle, prawda?
Na jak długo wyjeżdżać w Bieszczady?
Nauczycielka z Gdyni, czyli Julia, mogła właściwie poświęcić na wakacje całe, nomen omen, wakacje. Dokładnie jednak wiedziała, że nie powinna się narzucać. Co innego mieszkanie na kwaterze, bo zepsuł się samochód, a co innego spędzenie dwóch tygodni u nieznajomego samotnego faceta, który nie do końca ma dobrą opinię w okolicy. Bo ten, którego dane znaleźć można było w sieci pod adresem, pod który pojechała, już, niestety, nie przyjmował letników.
Co można spotkać na bieszczadzkich ścieżkach?
W lesie, jak to w lesie, spotkać można wiele. Dzikie zwierzęta, kleszcze, borowinę i termalne źródła, mieszkańców okolicznych wiosek, wczasowiczów, kłusowników, duchy powstańców, zniszczone i opuszczone wioski, kwiat paproci, błędne ognie, Cyganów, szeptuna, miłość, spokój, spełnienie i zrozumienie… Czym trasa bogata!
A może zostać tu na stałe?
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej? Niby tak, ale co, jeśli to właśnie w domu jest najwięcej problemów? Bullying w szkole, zdrada małżeńska, choroba cywilizacyjna. Przecież dom można stworzyć wszędzie tam, gdzie jesteśmy, prawda? Tomasz Betcher zręcznie manewruje między elementami magicznymi, a codziennymi problemami, nie wpadając przy tym w gatunek fantasy. To przede wszystkim romans z nutką słowiantasy (przemiły termin, który przyswoiłam sobie na ostatnich Poznańskich Targach Książki), wszak mamy tu znachora i słowiańskie wierzenia, ale są one ledwo widoczne wśród czasem brutalnej i niegodziwej codzienności małych górskich, tak jak Bukowy Młyn koło Dukli, miejscowości.
Albo zostać przy książce!
Och, chciałabym choć na tydzień rzucić wszystko i wyjechać w taką głuszę. Z borowiną i gorącymi źródłami, choć szeptun mi niepotrzebny, ale już jego nalewkami nie pogardzę! Ale zostaje mi raczyć się książką. Dobrą książką o współczesnych problemach i niestandardowych sposobach ich rozwiązania. Bo ileż to znamy zbuntowanych nastolatek, które trapi jakaś mniejsza lub większa trauma. Ile jest dzieci z ciężkim AZS czy związków, które nie przetrwały próby wyjazdu zagranicznego za chlebem jednego z rodziców? Ilu znamy obcokrajowców, którzy mają problemy z akceptacją ich związków z Polakami/Polkami czy stereotypami związanymi z narodowością? To tematy z niejednego polskiego podwórka, niejednego polskiego domu. Niektóre bliskie też mi. Warto sięgnąć po lekturę, bo znajdziemy w niej przede wszystkim ukojenie.

