Nie mów do mnie misiu!

Nie mów do mnie misiu! Image

Nie mów do mnie misiu!

Moja mama częs­to mówiła do mojego taty per “Mis­iu”. Było to milutkie i pasowało bard­zo do niego —  w końcu był on raczej misiowa­tej pos­tu­ry i pogod­nego usposo­bi­enia. Jak prawdzi­wy miś.

Jaki był twój pier­wszy? Czy tak jak mój: wiel­ki, szorst­ki, z wielki­mi, czarny­mi oczy­ma? A może jak mój ostat­ni: mniejszy, trochę chud­szy, z prezen­tem w dłoni? Twój pier­wszy miś…

Idąc z dzieć­mi na przys­tanek auto­bu­sowy nie mogłam uwierzyć, że miś to nadal ulu­biony pluszak wielu dzieci. Każde dzierżyło w dłoni dum­nie swo­jego przy­ja­ciela – nieważne, czy był to pier­ws­zok­la­sista czy uczeń ostat­nich klas pod­stawów­ki. Dziś dzień plus­zowego misia, więc bezkarnie moż­na poprzy­tu­lać się pub­licznie do plusza­ka podarowanego zapewne w dziecińst­wie.

To, co pier­wsze, zapamię­tu­je się na dłu­go. Mimo tego nie znam jego imienia. Być może nie wpadłam na pomysł, by mu je nadać. Zro­biony był z fil­cu. Takiego samego jak dzi­ad­kowe fil­ca­ki – szarego i twardego. Był wiel­ki, praw­ie tak duży jak ja, ale za to cięższy. Nie wiem do dziś co w nim było: trociny czy kamie­nie. Nie dało się go pod­nieść. A może tam jakaś starowin­ka zaszyła cały swój dorobek i potem zapom­ni­ała, a ja nawet o tym nie wiedzi­ałam? Nie dowiem się już. Pan Filc, mój pier­wszy miś, trafił do szkoły. Pewnie do dziś służy zerówkow­ic­zom za worek treningowy.

Ostat­ni był od Ojca. Jeszcze w cza­sach, gdy o ojcost­wie nawet nie myślał, a jeśli już, to tylko, by go uniknąć. Był mię­ci­ut­ki, puchaty, miał piękne, brą­zowe oczy, kokardę na szyi i prezent w łap­kach. Taki prezent z prezen­tem.

Nie podobał mi się. Pier­wsze co zro­biłam, to oder­wałam pudełko i uwol­niłam łap­ki. Ter­az moż­na było się do niego spoko­jnie przy­tulić. Inna oso­ba, widząc mnie min­utę po otrzy­ma­niu plusza­ka w podarunku z noży­czka­mi w ręku, obraz­iła­by się. Nikt nie upięk­sza po swo­je­mu zabaw­ki w chwilę po otrzy­ma­niu. On zrozu­mi­ał. Ba, powiedzi­ał, że wiedzi­ał, że to zro­bię, bo mu samemu też nie podobał się miś z zaję­ty­mi łap­ka­mi, ale sam nie chci­ał nic zep­suć. Gdy Ojciec był w wojsku, miś musi­ał wypełnić pustkę i przy­tu­lać mnie co wieczór.

Kocham go! Jak się kogoś kocha, to zwyk­le nazy­wa pieszc­zotli­wie. On śmieje się, że to tylko dlat­ego, że nie zna się imienia. Wtedy właśnie wymyśla się określe­nia typu „żabko”, „rybko”, „słoneczko” czy „mis­iu”. Zapy­tałam jak mogę do niego mówić.
— Tylko nie mów do mnie mis­iu! — odpowiedzi­ał – Popa­trz na mnie. Czy ja wyglą­dam na misia?
Rzeczy­wiś­cie. Najwyżej miś-anorek­tyk.

Każdy ma swo­jego misia, do którego lubi się przy­tu­lać. Nawet jak nie chce, by go tak nazy­wano.

Fot. IQRemix, CC BY-SA 2.0

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 20 maja 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Dla dorosłych

Otagowano: