Całkiem poważnie

Słoneczko

Znałam ją dość długo. Była zdziwiona, że chcę trzeciego dziecka. Gdy okazało się, że ona także jest w ciąży, nie powiedziała o niej długo nikomu. Nie chciała. Bała się. Zrobiła wszystkie potrzebne badania. Dopiero wtedy oznajmiła światu dlaczego nagle przestała pić kawę, ma zmienne humory i urosły jej piersi.

– Rozumiesz, nie mogłam wcześniej – powiedziała do mnie, kiedy zapytałam czemu tak długo się tajniaczyła. Nie rozumiałam. Widocznie było to po mnie widać, bo ciągnęła dalej.
– Gdyby okazało się, że płód jest uszkodzony czy ma jakąś nieuleczalną chorobę, usunęłabym.


Arti właśnie miał zakładane okulary przed naświetlaniem. Wyglądał w nich trochę jak nurek. Pielęgniarka już miała go położyć w łóżeczku, gdzie świeciła niebieska lampa przyspieszająca zanik żółtaczki niemowlęcej, gdy zawył alarm. Pospiesznie oddała dziecko w moje ręce, a ja utuliłam.

Nie byliśmy na neonatologii sami. Sala była mała, pełna inkubatorów i sprzętu, których nazw nie dane było mi nawet poznać, i chwała Bogu!, ani pewnie których nie dałabym rady zapamiętać. Na środku stało jedno mocno przechylone do pionu stanowisko. Na nim, niczym na leżaku, znajdowała się ona, pieszczotliwie nazwana przez personel – Słoneczko. Najczęściej uśmiechała się przez sen. Z jej noska wychodziła rurka, podobnie jak z rączek. Popodłączana do różnej aparatury wydawała się taka malutka. Bałam się, że zaplącze się w tych kabelkach. Naprzeciwko świeciła lampa, a ona, niczym mały kurczaczek, grzana była jego światłem.

Dziś coś się działo. Jej alarm zapiszczał. Pielęgniarka szybkim ruchem sprawdziła rurki. Musiała jedną przygnieść. Fałszywy alarm.

Następną dobę spędziliśmy razem: ja, Arti w swoim solarium i Słoneczko pod lampą. Do Słoneczka nie przychodził nikt. Osoba, która ją urodziła, wyszła ze szpitala bez niej. Mam tylko nadzieję, że podpisała odpowiednie papiery zrzekając się praw do swojego dziecka.


Ania patrzyła małymi czarnymi oczkami przez kraty łóżeczka za każdym razem, gdy ktoś z rodziców przechodził szpitalnym korytarzem do kuchni. Oczy często były zapłakane. Rodzice zawsze cudzy. Była spokojna tylko wtedy, gdy przychodziła do niej pielęgniarka lub przebywała z innym dzieckiem w pokoju. Bo wtedy przebywała w tym pokoju jakaś mama. Jej mama dawno nie odwiedziła córki. Ania wie, że już nie wróci.

Nie dziwię się tym matkom. Kto normalny pokochałby chore dziecko, prawda? Tylko ktoś chory, chory z miłości.

Fot. Johnnatan D. Anderson, CC BY-ND 2.0