Całkiem poważnie

Pokój 201

Budy­nek był sta­ry, ponie­miec­ki, z czer­wo­nej cegły. Jesz­cze raz wzię­ła do ręki wymię­to­lo­ną kart­kę. „ul. Bocz­na 26, II pię­tro, pokój 201”. Tak, to zde­cy­do­wa­nie ten. Spoj­rza­ła w górę. Czy te zasło­nię­te role­tą okna to wła­śnie tam? Zanim doszła do wła­ści­we­go poko­ju musia­ła poko­nać tro­chę obskur­ną i wąska klat­kę scho­do­wą, na któ­rej przy­da­ło­by się lep­sze świa­tło, biu­ro mało zna­nej ubez­pie­czal­ni, gabi­net den­ty­stycz­ny i pra­cow­nię rekla­mo­wą. Widząc jej rekla­mę zaśmia­ła się cicho – któż widząc te jarzą­ce się lite­ry i cha­os na pla­ka­cie chciał­by u nich zamó­wić rekla­mę?

Drzwi od poko­ju 201 były poma­lo­wa­ne tą samą olej­ną far­bą co inne, klam­ka opa­da­ła rów­nie smęt­nie jak w poko­jach ościen­nych. Nic nie wyróż­nia­ło ich spo­śród innych w tym budyn­ku, a mimo to jej ser­ce zało­mo­ta­ło moc­niej, ręka zatrzy­ma­ła się w powie­trzu jak­by zasta­na­wia­ła się czy jest goto­wa prze­kro­czyć próg.

W sali pano­wa­ła cisza, mimo iż już kil­ka osób przy­by­ło. Krze­sła usta­wio­ne były wzdłuż ścia­ny. Zaję­ła jed­no miej­sce cze­ka­jąc na roz­wój zda­rzeń. Do sali weszły pło­chli­wie jesz­cze dwie oso­by zanim z impe­tem wpadł Kamil. Zna­ła go. Zacze­pił ją kie­dyś, gdy wra­ca­ła z pra­cy, cią­gnąc za rękę wyry­wa­ją­ce­go się przed­szko­la­ka. Tego dnia Kac­per był bar­dzo nie­grzecz­ny, ona bar­dzo zmę­czo­na, a zaku­py nader cięż­kie. Kac­per chciał chy­ba pod­nieść liść z chod­ni­ka albo kasz­ta­na, a ona szarp­nę­ła moc­no jego rękę. Może tro­chę za moc­no, dziec­ko zapła­ka­ło, ona nie wytrzy­ma­ła, szarp­nę­ła zno­wu, doda­jąc do całe­go obraz­ka soczy­stą wią­zan­kę. Na to wszyst­ko napa­to­czył się Kami. W tym samym czer­wo­nym sza­li­ku i z ze sto­ic­kim spo­ko­jem. Pomógł nieść zaku­py, by ona mogła spo­koj­nie dojść z synem za rękę do domu. Poroz­ma­wiał. Wrę­czył wizy­tów­kę i zapro­sił na copiąt­ko­we spo­tka­nie. Ile piąt­ków minę­ło od tego cza­su? Ile razy prze­cho­dzi­ła obok, zamiast skrę­cić w stro­nę drzwi? Ile razy szar­pa­ła jesz­cze Kac­pra za rękę, kie­dy wyry­wał się z żela­zne­go uści­sku? Ile razy popchnę­ła, by szyb­ciej wszedł do win­dy? Ile razy trzep­nę­ła ścier­ką, kie­dy krę­cił się w kuch­ni, gdy odle­wa­ła wodę z ugo­to­wa­ne­go maka­ro­nu?

Kamil szyb­ko rzu­cił czer­wo­ny sza­lik na biur­ko sto­ją­ce w kącie, kla­snął w dło­nie i przy­wi­tał zebra­nych weso­łym „Czo­łem!”. Potem popro­sił, by każ­dy wziął swo­je krze­sło i usta­wił je na środ­ku sali w kole, a sam usiadł na jedy­nym sto­ją­cym już na środ­ku. Nie­spiesz­nie przy­nio­sła krze­sło bli­żej Kami­la, jed­nak nie sia­dła zbyt bli­sko nie­go. Każ­dy przy­cze­pił sobie pla­kiet­kę z imie­niem na pier­si.

- Witam! Szcze­gól­nie miło mi dziś widzieć Tom­ka, któ­ry wró­cił z wcza­sów z rodzi­ną i Doro­tę, któ­ra jest z nami pierw­szy raz.
WI-TA-MY! — zakrzyk­nę­li pozo­sta­li, a Tomek wzru­szo­ny wstał i ukło­nił się. Doro­ta nie wie­dzia­ła co ma zro­bić. Naj­chęt­niej zabra­ła­by toreb­kę i rzu­ci­ła się do wyj­ścia. Nie było jed­nak cza­su, gdyż nagle wszy­scy zaczę­li poda­wać sobie dło­nie i pokle­py­wać po ramie­niu.
— Kto dziś podzie­li się swo­ją histo­rią? Kto jest goto­wy?

Zgło­si­ła się mło­da, na oko led­wo trzy­dzie­sto­let­nia kobie­ta. Ubra­na w dopa­so­wa­ne jean­sy, w bluz­ce pod­kre­śla­ją­cej biust i z nie­na­gan­nym maki­ja­żem. Doro­ta pomy­śla­ła, że jesz­cze kil­ka lat temu też mogła tak wyglą­dać i wes­tchnę­ła.
— Cześć, mam na imię Iza!
— Cześć Iza! — Doro­ta pod­sko­czy­ła aż na krze­śle, bo nie spo­dzie­wa­ła się tak gło­śne­go przy­wi­ta­nia.
— Nie powiem – dziec­ko to była wpad­ka. Ale za nic na świe­cie nie zmie­ni­ła­bym tego, że jestem mat­ką. Tyl­ko chy­ba jed­nak za szyb­ko to wszyst­ko. Wie­cie, moja Zoja ma już 15 lat, tyle co ja, kie­dy zaszłam z nią w cią­żę. Wia­do­mo, impre­za, jakiś nie­zna­jo­my, byłam mło­da i głu­pia. Sta­ram się więc, by ona nie popeł­ni­ła tego same­go błę­du. Wczo­raj stro­iłam się na spo­tka­nie z face­tem, bo pozna­łam kogoś, a Zoj­ka sie­dzia­ła w poko­ju i oglą­da­ła jakiś film. Gdy byłam już goto­wa, spy­ta­łam się jej jak wyglą­dam. Ona powie­dzia­ła, że źle, że powin­nam mieć dłuż­szą sukien­kę i o innym kro­ju. Chlap­nę­łam ją w twarz. Tak odru­cho­wo, nie spe­cjal­nie. Zde­ner­wo­wa­ła mnie. Oprzy­tom­nia­łam, kie­dy ze łza­mi w oczach, trzy­ma­jąc się za poli­czek wysy­cza­ła „I tak wyglą­dasz źle!”. Nie poszłam na rand­kę, całą noc przy­tu­la­łam się do cór­ki. Tak mi głu­pio…

Usia­dła. Zebra­ni zakla­ska­li, kil­ko­ro poki­wa­ło ze zro­zu­mie­niem gło­wą.
— Izo, bar­dzo dzię­ku­ję. Ktoś ma jesz­cze ocho­tę?
Zgło­sił się mały, łysie­ją­cy męż­czy­zna. Zanim wstał, zapa­lił jesz­cze papie­ro­sa, choć ręce widocz­nie mu drża­ły.
— Cześć! Nazy­wam się Adrian.
— Cześć Adrian! — huk­nę­li grom­kim chó­rem zebra­ni.
— Jestem ojcem dwój­ki dzie­ci, Gabry­sia i Robert mają 10 lat, są bliź­nia­ka­mi. Nie powiem – dłu­go na nie cze­ka­łem. Dłu­go byłem cier­pli­wy, ale po kil­ku latach sta­rań tra­ci­łem już cier­pli­wość. Ale uda­ło się, żona zaszła w cią­żę. I chy­ba z tej nie­cier­pli­wo­ści sam sta­łem się nie­cier­pli­wy. Wczo­raj, gdy Robert wró­cił z kolej­ną jedyn­ką i uwa­ga w dzien­nicz­ku, nie wytrzy­ma­łem. Zaczą­łem wygra­żać mu pasem, kaza­łem nawet prze­ło­żyć się przez krze­sło. Zaczą­łem porów­ny­wać do cichej i uczyn­nej sio­stry. I wte­dy zoba­czy­łem co ja tak napraw­dę robię. To samo, na co tyle razy narze­ka­łem, kie­dy byłem w jego wie­ku… — zapła­kał i siadł na krze­sło. Kamil pokle­pał go po ramie­niu i podał chu­s­tecz­kę.
— Adrian, jeste­śmy tu z Tobą! — zawo­ła­li inni zebra­ni. Adrian smęt­nie uśmiech­nął się i odpa­lił kolej­ne­go papie­ro­sa.
Po Adria­nie wsta­ła z krze­sła kolej­na oso­ba. Tym razem była to wyso­ka kobie­ta w jej wie­ku, z ład­nie zacze­sa­ny­mi w kok wło­sa­mi i w dopa­so­wa­nej ołów­ko­wej spód­ni­cy. Spraw­dzi­ła coś na tele­fo­nie i zaczę­ła mówić.
— Cześć, jestem Anna!
— Cześć Anno! — zakrzyk­nę­li zebra­ni.
— Pra­cu­ję w ban­ku jako ana­li­tyk. Nie­ła­twa, stre­su­ją­ca pra­ca. Cza­sem nie wyra­biam na zakrę­tach i wra­cam do domu, kie­dy moja nasto­let­nia cór­ka kła­dzie się spać. A prze­cież jestem dla niej całym świa­tem, od kie­dy jej ojciec posta­no­wił, że sekre­tar­ka jest jego miło­ścią życia i nas zosta­wił. Tego dnia, chy­ba był to zeszły czwar­tek, zno­wu mia­łam młyn w pra­cy, nie wyro­bi­łam norm, wie­dzia­łam, że tym razem nie będzie pre­mii. Oj, zła byłam, bo ta pre­mia mia­ła iść na opła­tę zajęć dodat­ko­wych mojej Reni. Z cze­go ja zapła­cę za angiel­ski? Ona jest taka uta­len­to­wa­na języ­ko­wo! Wście­kła i roz­ża­lo­na wró­ci­łam do domu, nala­łam sobie wina i zrzu­ci­łam sztyw­ny biu­ro­wy uni­form. I wte­dy przy­szła ona, cała w skow­ron­kach. Zaczę­ła coś o jakimś Dar­ku, o miło­ści, motyl­kach w brzu­chu. Nie mogłam słu­chać tego szcze­bio­tu. Wzię­łam ją ner­wo­wo za ramio­na, potrzą­snę­łam i rzu­ci­łam w twarz „Oni wszy­scy są tacy jak Twój ojciec, wyko­rzy­sta­ją i zosta­wią!”. Wyrwa­ła się, rzu­ci­ła we mnie tele­fo­nem i ucie­kła do swo­je­go poko­ju, a ja byłam goto­wa tyl­ko wykoń­czyć roz­po­czę­tą butel­kę wina. Ach, głu­pia jestem, ale co się powie­dzia­ło, to się nie cof­nie…

Anna usia­dła cięż­ko na krze­śle, z toreb­ki wycią­gnę­ła jakieś tablet­ki i szyb­ko łyk­nę­ła popi­ja­jąc wodą mine­ral­ną. Zro­bi­ła się cisza. Kamil spoj­rzał na zega­rek.
— Moi mili, nie­ste­ty nasza godzi­na wła­śnie dobie­ga koń­ca. Jesz­cze raz dzię­ku­ję wszyst­kim za przy­by­cie, a teraz prze­czy­taj­my razem 12 kro­ków… — to mówiąc wrę­czył ulot­kę Doro­cie, a pozo­sta­li powy­cią­ga­li swo­je. Nie mogła czy­tać. Po pierw­szym punk­cie zaszkli­ły jej się oczy i nic już nie widzia­ła.

Tego dnia Doro­ta wie­dzia­ła, że nie jest sama ze swo­imi pro­ble­ma­mi, że moż­na jesz­cze coś zro­bić. Po dro­dze wstą­pi po ulu­bio­ne cze­ko­la­do­we lody Kac­pra i zje­dzą je razem oglą­da­jąc „Fan­ta­stycz­ną szóst­kę” na DVD. „Tak, prze­kra­cza­jąc ten próg zro­bi­łam w koń­cu krok w odpo­wied­nią stro­nę” – pomy­śla­ła i peł­na nadziei zamknę­ła drzwi poko­ju 201, na któ­rym wid­niał szyld „Ano­ni­mo­wi Nie­do­sko­na­li Rodzi­ce – gru­pa wspar­cia”.

stopklapsomFot. Chri­sto­pher Mat­son, CC BY 2.0