Bez odporności

Bez odporności Image

Bez odporności

Kiedy Nati była jeszcze wierz­ga­ją­cym niemowlakiem, trafil­iśmy do szpi­ta­la. Atopowe zapale­nie skóry było tak silne, że mała dra­pała się do krwi, nie mogła spać, płakała przez sen. Emolien­ty, maś­ci, a nawet spec­jalne mokre opa­trun­ki nie dawały rady. Do tego moja dieta karmiącej mat­ki okaza­ła się niewystar­cza­ją­ca.

W szpi­talu w Szczecinie, najbliższym mi odd­ziale aler­gicznym dla dzieci, dostal­iśmy dwu­osobową salę. Z racji tego, że cór­ka była na pier­si i budz­iła się jeszcze noca­mi na jedze­nie nie było innej opcji.

Pier­wszą dobę spędz­iłyśmy same. Było cicho i spoko­jnie. Drugiego dnia dołączyła do nas mama z żywym 2,5-latkiem. Dla niej szpi­tal był jak dom. Wiedzi­ała co i gdzie załatwić, gdzie jest najbliższy, a gdzie naj­tańszy sklep, gdzie moż­na postaw­ić samochód, by był blisko i by nie został ani odholowany, ani by nie płacić za park­ing. W tor­bie miała przy­go­towany prowiant, kubek, sztućce – coś, o czym nawet nie pomyślałam.

Przy które­jś z kolei wspól­nej kaw­ie, gdy już znałyśmy swo­je imiona, rodziny i powody poby­tu na odd­ziale, zapy­tała mnie czy mam inne dzieci. Przy­taknęłam i pokaza­łam zdję­cia w komórce, na których Kinia i Arti szcz­erzą się do aparatu. Kobi­eta zamilkła. Przełknęła szy­bko łyk kawy, oczy jej się lekko zaszk­liły i rzekła:
— Kubuś to moje piąte dziecko, ale pier­wsze, które tak dłu­go żyje.

Początkowo nie wiedzi­ałam co powiedzieć. Spodziewałam się, że kobi­eta miała prob­lem z donosze­niem ciąż. Ale ona mówiła dalej.
— Kiedy urodz­ił się pier­wszy syn, sza­lałam z mężem ze szczęś­cia. Każ­da mat­ka, rodzą­ca zdrowe dziecko, 10 punk­tów w skali Apgar, jest fontan­ną radoś­ci. Ale szy­bko zabrakło mi w tej fontan­nie wody. Nie wyszłam z dzieck­iem ze szpi­ta­la. Dostał zapale­nia płuc od wód płodowych. Zmarł po miesiącu upor­czy­wej wal­ki o życie. Mąż osi­wiał w jeden dzień, a ja nie mogłam sobie darować, bo może coś w ciąży zro­biłam nie tak.
Kole­j­na był cór­ka. Całą ciążę dbałam o siebie. Dieta, wit­a­miny, tran, spac­ery, szkoła rodzenia. Zro­biłam wszys­tko, ale ze stre­su urodz­iłam miesiąc wcześniej. Malut­ka zaraz­iła się gronkow­cem, zmarła tydzień po porodzie.
Myśleliśmy, że to jakieś fatum, że to tylko głupi zbieg okolicznoś­ci. Wiado­mo, dzieci umier­a­ją od gronkow­ca czy zapale­nia płuc. Spróbowal­iśmy jeszcze raz. Tym razem bliźnię­ta, chłop­cy. Nimi, o dzi­wo, nacieszyłam się najbardziej. Chuchałam i dmuchałam na nie, by nie miały nawet katarku. Były takie słod­kie. Zmarły przed roczkiem. Zaraz­iły się ospą.
Wtedy coś we mnie pękło. Nie mogłam być aż tak złą matką, że żadne z moich dzieci w tych cza­sach nie doży­wało nawet pier­wszych urodzin. Po roz­mowie z lekarzem i pedi­atrą moich dzieci zbadałam się pod kątem chorób gene­ty­cznych.

Tu prz­er­wała, by napić się kawy. Dłu­go patrzyła smut­no w okno, gładząc głowę śpiącego obok chłopczy­ka.
— Jestem złą matką! — wyrzu­ciła z siebie nagle — Jestem nosi­cielem wady gene­ty­cznej! Mi nic nie jest, ale każde moje dziecko skazu­ję na śmierć! Dzię­ki moje­mu genowi dzieci miały zerową odporność. Rozu­mie pani? ZERO! Nic bym nie pomogła! Żadne leki z apte­ki, żadne wspo­ma­gacze odpornoś­ci, żaden tran czy wit­a­m­i­na, cuda i wian­ki. NIC!

Rozpłakała się cicho. Na tyle cicho, by nie obudz­ić syn­ka. Otarła łzy rękawem szlafro­ka i ciągnęła dalej:
— Ale lekarze dali mi szan­sę. Dokład­nie 30%. Tyle miałam, by genu nie przekazać. Spróbowal­iśmy. To prze­cież więcej niż szanse totolot­ka, praw­da?
Chy­ba ter­az pani rozu­mie, dlaczego jestem tutaj. Kubuś należy do tych 70%. Tyle, że ter­az wiemy od urodzenia, z czym wal­czymy. Tak, jesteśmy stały­mi bywal­ca­mi szpi­ta­la, każdy katar jest dla niego zabójczy, ale odpowied­nia ter­apia spraw­ia, że jego odporność na dzień dzisiejszy wynosi już 10% i rośnie. Mamy szan­sę.

Dwa dni później oby­d­wie zostałyśmy wyp­isane. Ja miałam staw­ić się za miesiąc z wynika­mi testów krwi Nati i na wiz­ytę kon­trol­ną.

Wiz­y­ta kon­trol­na przy­padła miesiąc później. Czeka­jąc na panią dok­tor zobaczyłam na kory­tarzu zna­jomy szlafrok w Spi­der­mana gonią­cy inny, niez­nany mi szlafrok. Zawołałam:
— Kuba! Kubuś!
Chłopczyk przys­tanął. Pod­szedł nieśmi­ało.
— Kuba, pamię­tasz nas? – tu pokaza­łam śpiącą w fote­liku Nati. Przy­taknął i gdzieś pobiegł. Za chwilę ciągnął swo­ją mamę za rękę. Kobi­eta pogładz­iła rączkę Nati. Malut­ka sap­nęła lekko przez sen.
— Ład­ną ma już skórę – zagadała – My też mamy się lep­iej. Jest nowa ter­apia, słup­ki idą w górę. Wprawdzie ter­az wal­czymy z zapale­niem płuc, ale jesteśmy na dobrej drodze. Jeszcze będzie grać w piłkę. Kupię mu ją na urodziny. Zro­bię wszys­tko, by ich dożył.

Wpis zaw­iera link i baner pro­mo­cyjny.

Fot. CMRF Crum­lin, CC BY 2.0

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 28 września 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Dla dorosłych

Otagowano: