Całkiem poważnie

Gdzie były służby?

Gdy Arti był noworodkiem, jak każda chyba matka oczekiwałam wizyty położnej i pediatry w moim domu. Wtedy denerwowało mnie to – bo jak to obca kobieta będzie mi łazić po mieszkaniu, wkładać nos w nie swoje sprawy, sprawdzać białą rękawiczką kurz na szafkach czy liczyć ilość łóżek. Teraz wiem, że nie taka jest intencja pierwszej wizyty, ale wtedy miałam taką jej wizję.

Przy kolejnych dzieciach odwiedziny służby zdrowia wydawało mi się zupełnie zbędne. Spokojnie sobie radzę, a z problemami zawsze mogłam podskoczyć (i korzystałam z tego) do pobliskiej przychodni. Na jednej z takich wizyt, na której także była obecna położna, zapytałam o ich sensowność w moim przypadku. Położna odpowiedziała mi wtedy coś, co dopiero po latach zweryfikowałam:
– Kochaniutka, Tobie nie są potrzebne te trzy refundowane przez NFZ wizyty. Dlatego często do normalnych matek przychodzimy raz, a kolejne wizyty to właśnie takie jak ta dziś. Ja, położna widzę dziecko zdrowe, zadbane, na szczepieniu. Ty, matka, nie narzekasz na depresje, zapalenia piersi czy problem z przystawianiem oraz na to, że musisz czas na mnie marnować. Wszyscy są więc zadowoleni. Ale są matki, którym te trzy wizyty to za mało. I często zdarza się tak, że do nich chodzimy częściej. Uczymy przewijać, karmić, pomagamy poradzić sobie w pierwszych dniach. Czasem jesteśmy co kilka dni! To właśnie ten czas, kiedy byłabym u Ciebie, przeznaczamy na matki dysfunkcyjne.

Mija kilka lat…

Wizyta kontrolna mojego dziecka. W poczekalni dziki tłum mam innych dzieci czekających na bilans lub szczepienie. Gorąco jak zawsze. W końcu to przychodnia dla dzieci, więc nie ma przewiewów itd. by maluszków nie owiało. W końcu korytarza jakaś matka goni roześmianego dwulatka, inna karmi niemowlaka piersią, a jeszcze inna karci ucznia, że nie przypomniał o obcięciu paznokci.

Wtedy właśnie pojawiła się ona. Młoda, pewnie 20-paroletnia, ubrana stosownie do pogody, czyli koszulka na ramiączkach i spódnica, choć trochę podniszczona. Włosy zaczesane, ale proszące o wodę i szampon, usta pomalowane, ale z zajadami. W foteliku samochodowym maluszek, zdrowo wyglądający chłopczyk. Taki, co to w przyszłości Pudzianem zostanie – kawał chłopa! Zapytała, kto ostatni, usiadła i zaczęła rozmowę z pierwszym oczekującym na wizytę. I wtedy spanikowała, bo dowiedziała się, ze trzeba rejestrować wizytę. To była jej pierwsza, nie wiedziała wcześniej.
– To ja zostawię tutaj dziecko i skoczę do rejestracji – rzuciła zanim zamknęły się za nią drzwi. Bo rejestracja była w budynku obok.
Zostaliśmy sami. My, rodzice i mali pacjenci, oraz ono – cudze, małe dziecko. Samo. Wśród nieznajomych. Zszokowani. Jeden patrzył na drugiego z pytaniami w oczach. Ktoś zapytał głośno, czy znamy tą dziewczynę. Nikt nie znał. Dopiero teraz przyjrzeliśmy się dziecku baczniej. Było dobrze odżywione, ale by zmieściło się w śpioszki, mama odpięła ich dół, bo już tyłeczka w tak napompowanej moczem pieluszce nie mieściły. W stópkach śpiochów od wierzgania i połączenia masy z wzrostem zrobiły się dziury przy dużych palcach. Ciuszki swą świetność miały dawno za sobą, co uwidaczniało się w spranych aplikacjach i masie plam nie do wyprania, zapewne po obiadkach z marchewką. Dziecko spokojnie posapywało przez sen.

Do gabinetu wchodzili kolejni oczekujący, każdy zawieszał na chwilę wzrok na foteliku zanim wszedł do środka. Po dłuższym czasie przyszła matka dziecka, na widok której wiele innych matek odetchnęło z widoczną ulgą. Nie powiem – mi także przez myśl przeszło „a co by było jakby tamta kobieta nie wróciła po dziecko?”.

Nadeszła moja kolej. Weszłam w Kinią na umówiony bilans czterolatka. Na koniec zaniepokojona opowiedziałam pediatrze zaistniałą sytuację. Lekarka pocieszyła mnie.
– Nie jest Pani pierwsza! Chyba każdy tu wchodzący rodzic wspominał o tej dziewczynie! Rzeczywiście jest trochę nieporadna, ale właśnie dlatego mamy na nią oko. Uczymy jak opiekować się dobrze dzieckiem, bo nie ma pomocy ani wzorca wyniesionego z domu. Dziękuję, zajmiemy się tym i zgłosimy odpowiednim służbom.

Wkładając Natkę do wózka słyszałam przez drzwi głos tej młodej matki i nauki pediatry. Jadąc do domu myślałam o tej dziewczynie, o jej dziecku, o całej sytuacji. O tym, że jako ludzie dziś zdaliśmy ważny test. Test na odpowiedzialność nie tylko za siebie, silnych, ale także za nieporadnych i bezbronnych.

Fot. Mr. Phoenix, CC BY 2.0