Całkiem poważnie

Matka musi umrzeć

To już posta­no­wio­ne. Waliz­ki cze­ka­ją na pro­gu, ja dopi­jam spo­koj­nie poran­ną kawę, mimo iż na zega­rze już 16:00. Dzie­ci prze­czu­wa­ją, że coś się będzie dziać. Sie­dzą spo­koj­nie i rysu­ją, patrząc kątem oka na mnie. Jestem oazą spo­ko­ju. Nic mną nie wzru­sza.

Wyla­ny sok kapie ze sto­łu na pod­ło­gę, a ja nie lecę po ścier­kę, nie pod­no­szę gło­su, nie sta­wiam do kąta czy nie maru­dzę. On wyla­ny to i ja go ole­wam. Gra­wi­ta­cja robi swo­je, słod­ka pla­ma powięk­sza się, jed­no z dzie­ci wdep­nę­ło w nią i nie może ode­rwać skar­pet­ki. Słod­ka pułap­ka.

Mija­ją kolej­ne minu­ty. Nie­bo pła­cze, doty­ka swo­imi mokry­mi pal­ca­mi brud­nych szyb. Nie zdą­ży­łam ich umyć przed Wiel­ka­no­cą, pocze­ka­ją do następ­nej. Mimo zacie­ków i smug, świę­ta się odby­ły, zają­czek przy­niósł pre­zen­ty, Lany Ponie­dzia­łek był mokry. Jak co roku.

Cze­kam. Cią­gle cze­kam. Cze­kam na list, na uśmiech, na pierw­sze sło­wo, na kwia­ty na Dzień Kobiet i życze­nia na Dzień Mat­ki, na auto­bus, na pen­sję. Na mnie nikt nie cze­ka. Moje poja­wie­nie się wszę­dzie budzi zdzi­wie­nie: „Jak to? Dałaś radę?”. Dzie­ci są znie­sma­czo­ne moim wido­kiem jak wra­ca­ją ze szko­ły, bo zno­wu nie pozwo­lę oglą­dać bajek, jeść sło­dy­czy cały­mi gar­ścia­mi i ska­kać po kana­pie. Za to zro­bię znie­na­wi­dzo­ną gro­chów­kę i każę odra­biać lek­cje.

Na hory­zon­cie widać świa­tła. Jedzie. Dzie­ci pospiesz­nie zry­wa­ją się z krze­seł i dopa­da­ją okien. „Tata! Tata!” sły­chać z poko­ju rado­sne piski. Kawa się skoń­czy­ła. I tak była nie­do­bra i zim­na. Odkła­dam kubek do zmy­war­ki, ście­ram ostat­ni okru­chy ze sto­łu, popra­wiam wymię­to­lo­na spód­ni­cę, zakry­wam ręką pla­mę na bluz­ce, spraw­dzam w lustrze stan fry­zu­ry. Wie­le mogę popra­wić, nie dam jed­nak rady wykrze­sać uśmie­chu.

Trza­śnię­cie drzwi­czek sta­re­go Tico nie­sie się echem po podwór­ku. Już za chwi­lę. Łapię się kur­czo­wo za ser­ce. Łomo­cze jak osza­la­łe. On nie wie co się teraz wyda­rzy. Idzie rado­śnie macha­jąc do roz­en­tu­zja­zmo­wa­nych dzie­ci, prze­sy­ła im buzia­ki nawet jak idzie scho­da­mi i otwie­ra drzwi wej­ścio­we. Sta­je w pół kro­ku. Pyta­ją­cym wzro­kiem bada sto­ją­ce na pro­gu tor­by. Pod­no­si wzrok na mnie, prze­szy­wa mnie wzro­kiem, świ­dru­je spoj­rze­niem. Nie muszę nic mówić. Już wie. Kła­dzie spo­koj­nie aktów­kę na pod­ło­dze, roz­bie­ra płaszcz. Ręce mu drżą, głos się łamie. Pod­no­szę sza­lik, któ­ry wypa­da mu z ręki. Odwra­ca ode mnie wzrok, gdy mu go poda­ję. Dzie­ci rzu­ca­ją mu się na szy­ję.

Nie widzi, że zabie­ram klu­cze. Muszę wyjść. Tak będzie lepiej. Dziś mat­ka musi umrzeć. Ta Mat­ka-Polka, któ­ra jest we mnie.

Do nogi przy­kle­ja się 80 cm ludzik. Cału­ję na poże­gna­nie. Dziec­ko jest ze łza­mi w oczach. Nie rozu­mie, że wła­śnie szu­kam chwi­li dla mnie samej. Macham na poże­gna­nie zdzi­wio­nej gro­mad­ce. Dziś roz­po­czy­na się pierw­szy od lat week­end bez dzie­ci.