Całkiem poważnie

Pchły na noc, karaluchy pod poduchy

Może nie brzydzą mnie dżdżownice, gąsienice czy nawet wije. Usuwam z drogi ślimaki, bo mogą nie zdążyć przed nadjeżdżającym samochodem. Z domu wynoszę pająki, nigdy ich nie zabijam. Nawet zaplątaną w firanę muchę wypuszczam za okno. Są jednak granice mojej tolerancji – nienawidzę wszelkich robali, które gryzą. Do tego zacnego grona należą więc wszelkie komary, gzy, skorki i karaluchy.

Karaluchy? Przecież one nic takiego nie robią! Ot, zjadają odpadki. No to opowiem wam pewną historię… Kiedyś pewna studentka wpadła na wariacki pomysł wyjazdu w ciemno na zmywak do Londynu. Piękne miasto, pełne historii, muzeów, pięknych budynków, których Hitler nie zdążył zbombardować, a ogień strawić. Znalazła pracę w małej knajpie typu „smażę rybę i frytki”, czyli tradycyjne angielskie fish&chips. Oczywiście z octem (fuuu!).

Wszystko ładnie, pięknie, lokal czyściutki, szefostwo i współpracownicy mili (2/3 to Polacy), zarobki tygodniowe większe niż w miesiąc w kraju przodków. Pracy dużo, ruch w interesie, bo wakacje i turystów masa. Po pracy można było położyć się na trawie w Parku Kensington, na trawie, gdzie nie znaleziono chyba nigdy psiego gówna, a szare wiewiórki jedzą z ręki. Metro (poza momentem ataku bombowego) bez zarzutu, pozostała komunikacja miejska w miarę daje radę. Korki jak w każdym wielkim mieście. Za to w autobusie można poczytać książkę czy pospać spokojnie.

Wszystko ładnie, gdyby nie te karaluchy i pluskwy!

Wchodzi pewnego dnia do lokalu i stoi ON. Mierzą się wzrokiem niby rewolwerowcy. Torebka spada z ramienia, płoszy przeciwnika. Skubany, schował się za śmietnikiem. Powolnym krokiem, z miotłą w ręce, dopada delikwenta. On, niczym największy stoik, spokojnie konsumuje rzuconą niedbale pod blat roboczy frytkę. Żuje z zapałem. Nie był czujny, ginie. On, Pan Karaluch.

Okazuje się, że posiada dość spora rodzinę, która mieszka na zapleczu lokalu gastronomicznego. Zapalając światło chowają się wszyscy gdzie popadnie, ale czasem jakiś nieuważnie wpadnie np. do beczki z mąką i krąży w niej do utraty tchu. Albo do czasu, aż ktoś go tam znajdzie. Z dnia na dzień rodzina powiększała się o nowych członków.

W akcie nierównej walki z wrogiem, który przekraczał liczebnie chyba już mieszkańców dzielnicy, postanowiono zastawić na niechcianych gości pułapki. Były to takie małe domki. Karaluch sobie wchodził do środka, wabiony jakimś miłym dla niego zapachem (zgniłe mięso?), a w środku – niespodzianka! – trucizna. Od tego czasu cała rodzina zamieniała się w zombiaki. Z tą różnicą, że ludzie-zombie polują w nocy, boją się światła, a karaluchy-zombie odwrotnie. Jedynym podobieństwem było zatrucie osobnika oraz powolność. Karaluchy od tej pory chodziły po zapleczu jak święte krowy.

Do dziś śni się dziewczynie odgłos miażdżonych pod butami pancerzyków…

Już widziała światełko w tunelu – nalot z angielskiego odpowiednika sanepidu. „Oj, beðzie się działo! – myślała – Przecież w życiu, przy tak wielkiej populacji mieszkającej na zapleczu, nie przejdą kontroli.” Pani Kontroler przyszła, zaopatrzona w niebotyczne szpilki i kartę, na której notowała wszystkie uchybienia. Nie było ich dużo. W miejscu „Pułapki na karaluchy” odznaczyła kratkę. Są, wszystko w normie. Uścisnęła dłoń menadżera lokalu i wyszła zadowolona. Kolejna udana kontrola. Lokal zdatny do prowadzenia. Karaluchy pomachały jej na pożegnanie.

Czy wypada pisać o pluskwach, pieszczotliwie zwane bedbugs-ami? Takie małe jak główka szpilki robaczki mieszkające w łóżkach, materacach, kocach. Uwielbiają ludzi. Gryzą niemiłosiernie. Wytępić je trudno, nawet jeśli dezynsekcja robiona jest regularnie. W mieszkaniu, w którym się pojawiły, wszyscy lokatorzy wynieśli się bardzo szybko. Prawdopodobnie przenosząc robaka dalej. Ona walczyła. Wyprała wszystkie ciuchy, wsadziła do worków foliowych i jeszcze napsikała do środka środkiem owadobójczym. W nowym miejscu oglądała każde ubranie pod światło, czy przypadkiem jakiś się nie zachował. Był jeden.

Wakacje się skoczyły, praca też. Potem skończyło się życie studenckie. Zaczęło rodzinne. Dostała psa, a z nim pchły. Dzieci poszły do szkoły, a tam powitały wszy… Teraz ma ona nowe owady do kolekcji znienawidzonych.

Fot. K&R, CC BY 2.0