Całkiem poważnie

Wakacje od bycia rodzicem

Wstałam o 9:00. Chociaż nie – to nie ja. Ja wstałam kwadrans później, gdy Nati skakała mi już po głowie, Kinia powtarzała jak mantrę „Kiedy zrobisz mi moje kakałko?”, a Arti teatralnie zatrzasnął drzwi do swojego pokoju, rzucając nonszalancko w przestrzeń „Kiedy ja się wyśpię?!”.

Więc tak – otworzyłam oczy o 9:00. Najpierw powoli, bo może tylko mi się zdawało, że słyszę tupot małych, bosych stóp na podłodze. Nie, to nie były senne majaki. Zdecydowanie zobaczyłam to, czym tupotano. Z odległości centymetra. Stopa była mała, jakiś numer 21, bez butów, za to z jedną różową skarpetką. Drugiej stopy nie znalazłam. A przynajmniej nie po tej stronie mnie, w którą była wykręcona głowa.

Potem coś wwierciło mi się w uszy. Nie, to nie był dźwięk. Raczej mały paluszek. W oko też coś wpadło. Nawet w to zamknięte. Nie było rady, trzeba było zreanimować zwłoki.

Pierwsza rzecz po przebudzeniu – włączenie bajki. Mogą być nawet „Kucyki Pony”. O poranku wartość artystyczna, merytoryczna i edukacyjna jest dla mnie obojętna. Byle bajka była dopasowana treścią do wieku. Wiecie, „Włatców Móch” raczej dzieciom nie zaserwuję.

Rundka po kuchni w poszukiwaniu kubków, kakałka, mleczka, mikrofali, słomek w dwóch rodzajach i trzech kolorach (męski, żeński i nijaki). Potem slalom pomiędzy klockami, które już zdążyły się rozsypać i śniadanie złożone z wczorajszej bułki i dżemu truskawkowego gotowe. Dla mnie albo kofeina (jak jestem zombiakiem) albo melisa (jak mam PMS).

W takim stanie jakoś dotrwamy do drzemki. Wtedy szybki spacer do sklepu. Przed wyjściem nie robię makijażu – niech skóra oddycha pełnymi porami. Jeśli noc kiepska – starczy trochę podrasować ją choćby kremem do twarzy. Na oczy i tak nakładam ciemne okulary. Nati w wózku zbija bąki, a my majestatycznie liżemy lody siedząc na schodach wiejskiego sklepu. Od niedawna zdjęta litością właścicielka wystawiła przed sklepem meble ogrodowe i siedzimy sobie jak lordy.

A potem? Zwykle Nati zasypia, a ja siedzę przy komputerze lub nadganiam pracę, której przy niej zrobić nie mogę. Jak wstaje, czeka na nią drugie albo trzecie śniadanie, gdyż obiad jemy wtedy, gdy w szpitalach podają kolację. Czasem maluję Kini paznokcie albo przyklejam kolorowe tatuaże, plotę wymyślne warkoczyki – takie same jak ma jej konik – i pozwalam na malowanie farbami całej trójce. Czasem używają ich jak kremu do twarzy.

I nim się obejrzę, za oknami zapada już zmrok, a znużone zabawą dzieci zasypiają na kanapie oglądając bajkę. Czasem nie zdążą nawet umyć zębów. Czasem mają jeszcze w dłoni wymiętoloną kanapkę z dżemem albo tą okropną, demonizowaną przez świadomych rodziców parówkę.

W takiej chwili gotowa jestem zrobić sobie drinka z palemką, wyciągnąć leniwie nogi na leżaku i bez odganiania się od komarów poleniuchować. W takiej chwili czuję się jak na bezludnej wyspie, bynajmniej nie kuchennej. W takiej chwili wiem, że wakacje są potrzebne także rodzicom, ale wakacje od bycia rodzicem.

Wpis zawiera link promocyjny.

Fot. Roderic Eime, CC BY 2.0