Całkiem kulturalnie

Żałując macierzyństwa

Coraz wię­cej kobiet otwar­cie mówi o tym, że macie­rzyń­stwo to nie tyl­ko śmiech dziec­ka i słod­ki zapach jego głów­ki, ale tak­że trud poro­du, nie­prze­spa­nych nocy i wycho­wa­nia. Zwy­kle pod­su­mo­wu­ją to wszyst­ko zdaw­ko­wym „war­to było”lub obra­ca­ją w żart całe to narze­ka­nie na trud. Jed­nak są kobie­ty, nie­waż­ne czy bez­dziet­ne, będą­ce mat­ka­mi czy nawet bab­cia­mi, któ­re wca­le dzie­ci mieć nie chcą lub nie chcia­ły. Któ­re żało­wa­ły macie­rzyń­stwa.

Żałując macierzyństwa

Sama nie spo­tka­łam się z takim podej­ściem do bycia mat­ką. Ani we mnie samej ani w nikim z moich zna­jo­mych nie czai się żal spo­wo­do­wa­ny byciem mat­ką. Albo nikt się do tego nie przy­zna­je gło­śno. Być może to skło­ni­ło mnie do prze­czy­ta­nia obszer­ne­go opra­co­wa­nia na ten temat i się­gnę­łam po książ­kę Orny Domath „Żału­jąc macie­rzyń­stwa” (Wydaw­nic­two Kobie­ce).

Autor­ka, femi­nist­ka, socjo­loż­ka, miesz­kan­ka Izra­ela, przed­sta­wia bada­nia któ­re prze­pro­wa­dzi­ła w latach 2008–20013 w gru­pie ochot­ni­czek pocho­dzą­cych z roż­nych klas spo­łecz­nych. Zale­ża­ło jej na odcza­ro­wa­niu macie­rzyń­stwa i zerwa­niu zasło­ny tabu z żalu bycia mat­ką.

Czym jest żałowanie macierzyństwa?

Orna bar­dzo dale­ka jest od twier­dze­nia, że każ­de chwi­lo­we uczu­cie żalu nad zmia­na­mi w życiu mat­ki jest od razu rów­no­znacz­ne z żało­wa­niem zosta­nia mat­ką. „Są mat­ki, któ­re doświad­cza­ją ambi­wa­lent­nych uczuć, ale nie żału­ją, że zosta­ły mat­ka­mi, są też mat­ki, któ­re żału­ją zosta­nia mat­ka­mi i nie są ambi­wa­lent­ne wobec macie­rzyń­stwa. Inny­mi sło­wy – żal nie doty­czy pyta­nia jak mogę czuć się dobrze z macie­rzyń­stwem?, lecz doświad­cze­nie, że zosta­nie mat­ką było błę­dem.

Żeby odróż­nić żal od innych uczuć pyta­ne kobie­ty przede wszyst­kim musia­ły nega­tyw­nie odpo­wie­dzieć na pyta­nie: „Czy gdy­by Pani mogła cof­nąć się w cza­sie, z obec­ną wie­dza i doświad­cze­niem, czy zosta­ła­by Pani mat­ką?” lub w ogól­nym roz­ra­chun­ku zysków i strat powo­do­wa­nych posia­da­niem dzie­ci widzieć prze­waż­nie stra­ty. Dla nich całe poświę­ce­nie nie jest war­te tego mitycz­ne­go uśmie­chu małe­go dziec­ka.

Czego żałować, skoro kobiety mają wybór?

Autor­ka zauwa­ży­ła coś, cze­go dotąd ja sama nie wie­dzia­łam. Nie tyl­ko tabu zwią­za­ne z żało­wa­niem jest obec­ne w spo­łe­czeń­stwie, ale tak­że to, że wła­ści­wie kobie­ty nie mają zbyt wiel­kie­go wybo­ru. Z każ­dej stro­ny, od kie­dy tyl­ko kobie­ta osią­gną pewien wiek, sta­tus na ryn­ku pra­cy, sto­pień edu­ka­cji sły­szy naj­pierw „kie­dy znaj­dziesz męża?”, zaraz potem „kie­dy dziec­ko?”, a z w chwi­lę póź­niej „kie­dy następ­ne?”. Nawet mnie, posia­dacz­ki trój­ki dzie­ci, co cza­sem nie­utoż­sa­mia­nia się z pato­lo­gią, nie­któ­rzy zna­jo­mi i nie­zna­jo­mi pyta­ją kie­dy pla­nu­ję czwar­ta cią­żę. Jak­by bycie mat­ką było moim jeste­stwem i celem w samym sobie. Jak­by na tym koń­czył się mój świat.

Tak napraw­dę wybór „być mat­ką albo nie być” jest raczej mrzon­ką. Kobie­ta, nawet bez poczu­cia tego legen­dar­ne­go instynk­tu macie­rzyń­skie­go i tyka­nia zega­ra bio­lo­gicz­ne­go czę­sto jest nęka­na pyta­nia­mi rodzi­ny i zna­jo­mych. Od kobiet ocze­ku­je się, że zosta­ną mat­ka­mi. Ich kole­żan­ki rodzą dzie­ci i kon­takt się ury­wa. Nie dla­te­go, że nie mają one cza­su, lecz raczej dla­te­go, że zmie­ni­ły one oto­cze­nie na „wóz­ko­we”. Wolą towa­rzy­stwo innych matek, z któ­ry­mi mają wię­cej wspól­ne­go. Aby nie zostać odrzu­co­ną i ska­ta­lo­go­wa­ną jako total­na ego­ist­ka czy hedo­nist­ka, ewen­tu­al­nie „sta­ra pan­na z kotem”, wystar­czy prze­cież… uro­dzić dziec­ko.

Kim jesteś jako matka?

Kobie­ty w wie­ku roz­rod­czym są dla wie­lu cho­dzą­cy­mi inku­ba­to­ra­mi. Nie pisze tego bez koze­ry: jeden z mini­strów Austra­lii otwar­cie nawo­ły­wał wybor­czy­nie do patrio­ty­zmu pole­ga­ją­ce­go na zro­bie­niu jed­ne­go dziec­ka dla ojca, jed­ne­go dla sie­bie i jed­ne­go dla kra­ju. Ba, jed­no z Izra­el­skich ple­mion trak­to­wa­ło nawet kobie­tę cię­żar­ną jak zmar­łą: kopa­no jej grób, któ­ry był zasy­py­wa­ny 40 dni po poro­dzie, o ile go prze­ży­ła. Bar­dzo prag­ma­tycz­ne podej­ście, jed­nak czy dziś jest ina­czej? Kobie­ta z dziec­kiem jest nie­ja­ko stra­co­na dla świa­ta. Powszech­nie uwa­ża się, że kobie­ty mogą pójść albo dro­gą karie­ry zawo­do­wej albo macie­rzyń­stwa. Albo bia­łe albo czar­ne, nie ma nic poza tymi rama­mi. Tak jak­by w momen­cie poro­du auto­ma­tycz­nie umie­ra­ło wcze­śniej­sze JA kobie­ty.

Czy kobieta żałująca zostania matką jest złą matką?

Wśród bada­nych przez autor­kę kobiet były mat­ki i bab­cie. Były kobie­ty z jed­nym i kil­kor­giem dzie­ci. Wresz­cie były takie, któ­re prze­rwa­ły cią­żę. Raz lub kil­ku­krot­nie. Któ­re żało­wa­ły cza­sem wszyst­kim abor­cji, a cza­sem tyl­ko nie­któ­rych. Te, któ­re żało­wa­ły macie­rzyń­stwa, nie mówi­ły o swo­ich odczu­ciach nawet naj­bliż­szym, by nie zostać źle zro­zu­mia­ny­mi. To, że nie chcia­ły macie­rzyń­stwa nie ozna­cza­ło prze­cież, że chcia­ły pozbyć się dzie­ci. Wręcz prze­ciw­nie – kocha­ły je nie mniej niż oso­by chcą­ce być czy­jąś mat­ką, opie­ko­wa­ły się nimi jak ide­al­ne mamuś­ki. Jed­na z nich przy­zna­ła, że zwie­rzy­ła się ze swo­je­go żalu pie­lę­gniar­ce śro­do­wi­sko­wej. Kobie­ta zosta­ła zgło­szo­na do opie­ki spo­łecz­nej, któ­ra zagro­zi­ła ode­bra­niem dziec­ka jeśli nie będzie jej funk­cjo­no­wa­nie jako mat­ka moni­to­ro­wa­ne prze ich pra­cow­ni­ka.

Co jest powodem żalu?

Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że macie­rzyń­stwo jest tak nor­mal­ne jak każ­da inna czyn­ność fizjo­lo­gicz­na. Są jed­nak ludzie, któ­rzy boją się panicz­nie poro­du, wymio­tów, są uczu­le­ni na tlen. Ich sytu­acja zwy­kle wyma­ga kon­sul­ta­cji ze spe­cja­li­sta­mi. Kobie­tom żału­ją­cym macie­rzyń­stwa raczej wma­wia się, że są wygod­nic­kie, a cały pro­blem jest „wymy­słem bia­łych kobiet”. Z bada­nych matek tyl­ko nie­licz­ne były boga­te…

Rze­czy­wi­ście, nie­któ­re z nich zauwa­ża­ją, że o wie­le łatwiej wycho­wy­wać dziec­ko w rodzi­nie part­ner­skiej, w dostat­ku i oto­cze­niu pomoc­nych osób lub niań­ki. Jed­na­ka każ­da z nich, czy to samot­nych, czy to dys­po­nu­ją­cych całą „wio­ską” do opie­ki nad dzieć­mi, zauwa­ża, że wca­le takie poświe­ce­nie, widzia­ne jako maso­chizm, nie jest war­te tego tru­du. Prze­cież uśmiech dziec­ka może­my otrzy­mać od obce­go mal­ca na uli­cy! O ile łatwiej! Sko­ro tak o nie­go łatwo, nie ma po co się wtła­czać w rolę mat­ki, sko­ro tego się nie czu­je.

Jak jest ze mną?

Jestem w tym odset­ku matek, któ­re nie raz chcia­ły się spa­ko­wać i wyje­chać w Biesz­cza­dy hodo­wać kozy. Ale za dale­ko bym pew­nie nie doje­cha­ła. Cza­sem, wyjeż­dża­jąc na spo­tka­nia blo­ger­skie, wca­le nie tęsk­nię za nimi, nie dzwo­nię. Jed­nak to dzie­ci dają mi kopa do pra­cy: nad sobą, nad związ­kiem, nad polep­sza­niem bytu. Bez nich moje chwi­le prze­la­ty­wa­ły przez pal­ce. Mogłam tyle zro­bić jak byłam bez­dziet­na, a jed­nak wszyst­ko odkła­da­łam na póź­niej, bo prze­cież jutro też mia­łam czas, nic i nikt mi nie prze­szka­dzał. W moim kalen­da­rzu nie mia­łam zapi­sków o wywia­dów­kach, szcze­pie­niach i bilan­sach, a jed­nak nie mia­łam cza­su, by zacząć pisać blo­ga, by czy­tać, by zwie­dzać. Teraz mam na to ocho­tę!

Nie trak­tu­ję dzie­ci jako istot, któ­re poda­dzą mi szklan­kę wody na sta­rość, ani tych, któ­re będą mnie kocha­ły czy opie­ko­wa­ły się mną bez wzglę­du na wszyst­ko. Wystar­czy mi, że są, że mogę patrzeć jak się roz­wi­ja­ją. Że mnie kocha­ją nawet w całej tej mojej mat­czy­nej nie ide­al­no­ści, powta­rza­jąc, że jestem ich naj­lep­szą mamą.

Tak, to wystar­cza. Nie żału­je.