Całkiem wychowawczo

Histeria u dziecka czyli jak żyć z dwulatkiem

Nie jest dla mnie czę­ste samot­ne robie­nie zaku­pów. Ba, nawet prze­mie­rza­nie ale­jek z jed­nym tyl­ko dziec­kiem nie zda­rza mi się zbyt czę­sto. Wczo­raj stwier­dzi­łam, że już ład­niej­szej pogo­dy nie będzie i pod pre­tek­stem zmia­ny kół w samo­cho­dzie na let­nie wyru­szy­łam tak­że na szo­ping. Prze­mie­rza­łam kolej­ne alej­ki z macha­ją­cą noga­mi i poże­ra­ją­cą pącz­ka z cze­ko­la­dą Nati, myśląc po cichu „jak to faj­nie mieć jed­no dziec­ko, ta cisza…”. Wtem nasz nie­biań­ski spo­kój prze­rwał dość gło­śny i jed­no­staj­nie rosną­cy krzyk. Nati spoj­rza­ła lek­ko prze­stra­szo­na i zapy­ta­ła szep­tem „Dzi­dzia pła­cze?”.

Wabie­ni, jak­by owład­nię­ci jakimś zaklę­ciem, szli­śmy w stro­nę nara­sta­ją­ce­go dźwię­ku aż zna­leź­li­śmy źró­dło pro­ble­mu. Dzi­dzia oka­za­ła się podob­nym do Nati 2,5-latkiem, tyle że sza­mo­czą­cym się w wóz­ku skle­po­wym. Ewi­dent­nie sie­dzi­sko parzy­ło w mały tyłek albo meta­lo­we prę­ty chło­dzi­ły za bar­dzo w ple­cy. No coś musia­ło być na rze­czy, prze­cież dziec­ko samo z sie­bie nie wyda­je takich odgło­sów, musi się coś dziać, praw­da?

W pierw­szej chwi­li, kie­dy zoba­czy­łam sza­mo­czą­ce­go się dwu­lat­ka poczu­łam ulgę, że to nie moje dziec­ko robi taki cyrk. Jed­nak z dru­giej stro­ny było mi żal jego mamy, ska­za­nej na bycie widzem i zara­zem współ­uczest­ni­kiem tego popi­su. Wyglą­da­ła na zmę­czo­ną i zre­zy­gno­wa­ną kie­dy, pew­nie nie pierw­szy już raz, mówi­ła do swo­je­go dziec­ka: „Dla­cze­go nie możesz być grzecz­nym chłop­cem? Zobacz na inne dzie­ci: sie­dzą spo­koj­nie w swo­ich wóz­kach kie­dy ich mamy robią zaku­py, zaję­te wła­sny­mi spra­wa­mi. Jesteś jedy­nym dziec­kiem, któ­re w tym skle­pie pła­cze.”

Każ­da z nas poje­cha­ła w swo­ją stro­nę: zmę­czo­na mama małe­go cyr­kow­ca krą­ży­ła ner­wo­wo z listą zaku­pów, a my spo­koj­nie prze­mie­rza­li­śmy dalej dział z kon­ser­wa­mi i zupa­mi w prosz­ku. Nati zapra­gnę­ła zjeść mus z wyci­ska­nej tub­ki, kupi­li­śmy więc jed­ną. Nie zja­dła jej do koń­ca, więc resz­tę dnia nosi­łam ją w toreb­ce.

Mia­łam ją tak­że ze sobą wte­dy, kie­dy pod­je­cha­li­śmy pod Kini przed­szko­le. Kie­dy wypi­na­łam Nati z fote­li­ka samo­cho­do­we­go zoba­czy­ła tub­kę z musem i zapy­ta­ła mnie, czy może go zjeść. Chwil­kę się zasta­no­wi­łam. Jeśli ją dam młod­szej cór­ce, star­sza pew­nie też będzie chcia­ła, a mia­łam tyl­ko jed­ną. „Nie, nie możesz” — zde­cy­do­wa­łam.

I tak zna­la­złam ten prze­łącz­nik, któ­ry zmie­nia moje­go małe­go anioł­ka w burzę z pio­ru­na­mi. Zaczę­ła krzy­czeć, pła­kać rzew­ny­mi łza­mi, sta­wać dęba i kłaść się z przy­tu­pem na chod­ni­ku, bła­ga­jąc o jedzon­ko. Inne mamy, któ­re wła­śnie szły po swo­ich przed­szko­la­ków, gapi­ły się na mnie. W jed­nej chwi­li to ja sta­łam się tą panią z pła­czą­cym dziec­kiem. Zro­bi­ło mi się gorą­co, byłam już nawet skłon­na zmie­nić zda­nie. Pra­wie to zro­bi­łam, bo tak bar­dzo nie chcia­łam być ta mamą z histe­ry­zu­ją­cym dziec­kiem, któ­rą wyty­ka­ją pal­ca­mi i obma­wia­ją za ple­ca­mi inne mamy. Te, któ­rych dzie­ci aku­rat nie pła­czą. Jed­nak wte­dy sta­ła­bym się mamą, któ­ra zawsze ule­gnie pła­czą­ce­mu dziec­ku, tyl­ko po to, by mieć spo­kój. Zamknę­łam toreb­kę, wzię­łam wierz­ga­ją­cą Nati na ręce i poszły­śmy dalej.

Chcia­ła­bym powie­dzieć, że w momen­cie kie­dy Nati prze­sta­ła pła­kać, zro­zu­mia­ła, że w ten spo­sób nie osią­gnie swo­je­go celu. Chcia­ła­bym powie­dzieć, że jak zoba­czy swo­ją star­szą sio­strę, to zapo­mni o incy­den­cie i weso­ło wró­ci razem z nią. Nie, nie było tak. Pła­ka­ła cały czas ubie­ra­nia się Kini w szat­ni, całą dro­gę do samo­cho­du i jesz­cze tro­chę pod­czas jaz­dy. Inne mamy nadal zer­ka­ły na mnie swo­im oskar­ży­ciel­sko-współ­czu­ją­cym wzro­kiem, jed­nak nie pod­ko­pa­ły moje­go zda­nia. Jasne, o wie­le łatwiej było­by mi w tym momen­cie dać za wygra­ną. Wszyst­ko wyglą­da­ło­by na zewnątrz tak słod­ko, cukier­ko­wo i idyl­licz­nie: oto malut­ka, weso­lut­ka sio­strzycz­ka idzie za rącz­kę z mamu­sią po star­szą sio­strę do przed­szko­la. Oj, jak pięk­nie! Jed­nak malut­ka sio­strzycz­ka nauczy­ła­by się cze­goś nie­wła­ści­we­go: nie masz racji to płacz. Płacz wszyst­ko zała­twi.

Ja tez nauczy­łam się cze­goś nowe­go. To, że dziec­ko urzą­dza sce­ny w skle­pie czy nie daje się zapiąć w fote­li­ku na par­kin­gu, nie ozna­cza, że rodzic nie ma nad nim kon­tro­li. Cza­sa­mi ozna­cza, że naj­lep­si rodzi­ce to ci, któ­rzy mają wła­śnie takie krzy­czą­ce dzie­ci.

Fot. Kim­ble Young, CC BY-SA 2.0