Całkiem emigracyjnie

Matka w Hongkongu – Kiedy Polska to za mało

Jest państwem w państwie. W wielkim państwie! Dokładniej w Chińskiej Republice Ludowej. Ale nie było tak zawsze. Sama pamiętam jak hucznie świętowano połączenie tej prowincji z Chinami. I jak wiele było pytań: co teraz z nim będzie? Czy Hongkong, miasto wielkości dwóch podwójnie zatłoczonych Warszaw, nadal będzie centrum handlowo-finansowym i pomostem łączącym Zachód z Państwem Środka? Czy Weronika i Tomek, mieszkający poza Polską już od 9 lat. Ostatni ich przystanek to Hongkong. Na jak długo? Życie pokaże.

hongkong2

Konfabula: Jaki kraj był Waszym pierwszym miejscem emigracji?
Weronika i Tomek: Zaczęliśmy skromnie, bo od Danii. Kopenhaga nas urzekła na jakiś czas, ale nam było mało. Zapadła decyzja o Hongkongu. Jesteśmy tam od 2011 roku. Mieszkamy w Kowloon Tong. To bardzo zielona okolica: dookoła mamy trzy parki z placami zabaw, bardzo blisko do wielu szkół, supermarketu oraz stacji metro, a dzielnica składa się z relatywnie niższych budynków, więc jest czym oddychać.

hongkong6

Konfabula: Jak żyje się na co dzień w Hongkongu?
Weronika i Tomek: Średnia pensja w zeszłym roku to bylo122500$ bez bonusu na CNY (juan) i od kilku lat jest na podobnym samym poziomie. Przy czym dodamy, że pomimo, że Hong Kong jest teoretycznie częścią Chin, ma własną walutę, dobrze znaną finansistom (jest to ósma najczęściej kupowana waluta na świecie), a tak średnio reszcie świata – nazywa się Hong Kong dolar, skrót HKD, i dzieli się na 100 centów. Od 1983 jest związany z – niespodzianka! – wcale nie juanem chińskim, tylko dolarem amerykańskim, i kurs kształtuje się na poziomie 7,75-7,85 HKD za 1 UDS. Jak dosyć łatwo policzyć, 10 HKD to około 1 euro, czyli 4 złotych (i dla uproszczenia taki kurs zawsze przyjmuję kiedy przeliczam cokolwiek z tutejszych dolarów na złotówki).
W banknotach w codziennym obiegu znajdują się nominały 10, 20, 50, 100, 500 i 1000 dolarów, w monetach: 1, 2, 5, 10 dolarów oraz 10, 20, 50 centów. I tu znowu zdziwienie: w Hongkongu aż 3 różne banki mają prawo do druku banknotów – i każdy z nich ma swój własny projekt, a czasem nie jeden. Zdarzyć się więc może, że mamy w portfelu pięć różnie wyglądających banknotów tego samego nominału, a wszystkie są jak najbardziej legalnym środkiem płatniczym! Jeżeli władacie angielskim i chcielibyście sobie poczytać, jakie obrazki są na różnych edycjach banknotów różnych banków, to zapraszamy tutaj.
I najważniejsze pytanie: co można za to kupić? A to zależy, bo za mniej niż dychę kupimy: trzy kulki Raffaello, 0,33 ml napoju owocowego Minute Maid, bułeczkę z pastą z czerwonej fasoli, kanapkę z chleba tostowego z pastą jajeczną, 125 gr jagód (po przecenie), 2 pomidory, 3 cytryny, jedną olbrzymią chińską marchewkę albo półtora kilo bananów. Za dwie dychy kupimy: pół chleba, albo litr mleka (po przecenie), kawę w 7/11, promocyjną kanapkę Subway’a, sześć jajek, 250 g piersi z chińskiego kurczaka, paczkę mrożonych dim sumów, paczkę bok choy’ów, dwupak jogurtów albo małą porcję klusek „z czymś” na wynos w chińskiej ulicznej garkuchni.

hongkong7

Konfabula: Skoro wymieniacie takie pyszności to co najchętniej jecie w Chinach?
Weronika i Tomek: Jemy po polsku – zupy np. ogórkową (kiszone ogórki kupujemy w internetowym sklepie rosyjskimi za grube pieniądze), mleko, chleb i sery (te rzeczy są tutaj bardzo drogie np. bochenek polsko smakującego chleba to koszt 30$, a na laktozę większość Chińczyków ma alergię, więc nie piją). Lubimy tani, bo powszechny, ryż i chińskie warzywa typu bok choy. Mięso wolimy jednak ekologiczne, więc tanie nie jest.

hongkong3

Konfabula: Co Was najbardziej zdziwiło w nowym kraju?
Weronika: Zima. Bo patrząc na termometr 10-15 stopni na plus zimą to przecież piękna polska wiosna! Nic bardziej mylnego! W Hongkongu jest bardzo wysoka wilgotność: przeciętna wilgotność zimą wynosi 80-95%, a w połączeniu z wiatrem rzędu 40 km/h daje odczuwalną temperaturę niższą o 7-8 stopni niż w rzeczywistości. Więc jeśli termometr pokazuje +15 stopi Celsjusza, to odczuwamy już tylko +7. Dodatkowym mankamentem jest brak ogrzewania w mieszkaniach. Powoduje to prawdziwy boom na przenośne grzejniki – już w listopadzie rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, bo nikt nie pragnie przebywać w niskiej temperaturze w domu. Honkies masowo też ubierają się w ciepłe, zimowe buty, kurtki, czapki. Ja sama w pracy siedzę w rękawiczkach, a gorącą herbatę piję po prostu litrami.

hongkong8

Konfabula: Macie dwóch synów, z czego jeden urodził się w Hongkongu. Jak wygląda opieka okołoporodowa i urlop macierzyński?
Weronika: Już będąc w ciąży najbardziej narzekałam na ceny odzieży ciążowej. Jako że do pracy chodzi się jak najbardziej w garsonkach czy sukienkach, ceny takich ubrań zaczynają się od prawie 400 zł za sztukę!
Nie tylko ubrania są tu drogie. Wizyty u lekarza też kosztują krocie. U mnie w szpitalu to 310 dolarów plus za obowiązkowe badania (ciśnienie, pomiar wagi, pomiar poziomu cukru w moczu itd.) 40 dolarów. Wizyty są co miesiąc przez 8 miesięcy, potem co 2 tygodnie w dziewiątym miesiącu, potem co tydzień po 38 tygodniu ciąży. Podliczając wszystko wychodzi około dwunastu wizyt czyli 4200 HKD (około 1700 złotych).
Dodatkowo mamy „wizyty specjalne” czyli na konkretne badania które robione są niezależnie od regularnych wizyt u lekarza prowadzącego:
1. pełna morfologia + badanie krwi tzw. na zespół Downa – 2415 HKD
2. badanie USG na przezierność karkową płodu (czyli druga część tzw. badania na zespół Downa, bo pełen obraz ma się dopiero zestawiający wyniki badania krwi z wynikami USG) – 2500 HKD
3. badanie na cukrzycę ciążową – 750 HKD
4. obowiązkowe badanie USG w trzecim trymestrze – 1100 HKD
5. wymaz na obecność streptokoków typu B – 900 HKD
6. amniopunkcja (w przypadku złych wyników badania na zaspół Downa) – 6615 HKD
Każde kolejne USG, z którego dostaje się wydruk, kosztuje 1100 HKD, jednak zwykle wystarczy badanie USG co wizytę, które jest standardem i za to nic się ekstra nie dopłaca.
Łącznie powyższe badania – w wersji minimalistycznej i optymistycznej – wynoszą 7665 HKD (czyli około 3000 złotych).
Szpitale oferują w miarę bezpłatny poród. W standardzie mamy tu salę wieloosobową, pobyt przez 4 doby i brak systemu romm-in. Pory karmienia są z góry określone: 5 razy dziennie po 2 godziny. Jak dziecko płacze z głodu poza porami karmienia to w ruch idzie mleko modyfikowane albo woda z glukozą. Jeśli chcemy inaczej – musimy zapłacić (w szpitalu prywatnym lub państwowym), a jego koszty ew. można refundować u ubezpieczyciela. Wtedy poród naturalny kosztuje od 60000 do 120000 HKD ( czyli od 24 do 50 tysięcy złotych). W tą kwotę wliczamy pojedynczą salę, na której się rodzi, znieczulenie, opiekę położnej i lekarza, 4 dni/ 3 noce w szpitalu, opiekę nad noworodkiem, szczepionki dla dziecka w tych pierwszych 3 dniach i wyżywienie, które jest naprawdę okropne. Cena waha się tak bardzo bo zależy od rodzaju pokoju jaki się chce dostać już po porodzie: można zażyczyć sobie luksusowej jedynki za 120 tysięcy albo łóżko w sali sześcioosobowej za 60 tysięcy. Wybierając pokój pojedynczy osoba towarzysząca może być z matką całą dobę, dostaje nawet łóżko. Tak samo z dzieckiem. W sali wieloosobowej odwiedziny są w wyznaczonych godzinach, a dzieci poza pokojem matek. Cesarskie cięcie różni się o jakieś 15% ceną.

hongkong4

Tomek: Jeśli chodzi o urlop macierzyński to nie ma tu szaleństwa. Standardem w Hongkongu jest 10-cio tygodniowy urlopu, płatny w wysokości 80% pensji – pod warunkiem że przepracowało się na umowę o pracę co najmniej 40 tygodni; jeżeli przepracowało się na umowę o pracę mniej niż 40 tygodni, to wtedy można dostać 10 tygodni bezpłatnego urlopu; jeżeli nie ma się umowy o pracę to się tą pracę traci.
Urlop macierzyński należy zacząć maksymalnie 4 a minimalnie 2 tygodnie przed wyznaczoną datą porodu; jeżeli z przyczyn losowych dziecko urodzi się wcześniej, wtedy 10 tygodni jest liczone od daty porodu. Jak widać z powyższego, w standardzie jest 6 do 8 tygodni z noworodkiem, potem należy zebrać się w sobie i wrócić do pracy. W takiej sytuacji nic dziwnego, że matki nie decydują się na karmienie piersią, bo nie dość, że masz 6 tygodni na ogarnięcie się po porodzie, to jeszcze nie ma tutaj żadnych ustawowych przerw na karmienie. Od razu wracasz na 100%.
Urlop tacierzyński to aż 3 dni. Aż, bo jeszcze niedawno to był tylko 1 dzień.

hongkong5

Weronika: Bardzo ciekawą tradycją jest „confinement”, czyli to, co powinna robić matka po powrocie z dzieckiem do domu. Dokładnie jest to NIC. Ta rygorystyczna chińska tradycja zakłada między innymi, że przez miesiąc po porodzie matka nie będzie wychodziła z domu na świeże powietrze, za to będzie głównie leżała w łóżku dbając, żeby jej było ciepło (najważniejsze są stopy – nie wolno bosą stopą stanąć na zimnej podłodze!). Zakazane są kąpiele i mycie włosów. Dietę matki stanowią odpowiednio przygotowane „rozgrzewające” potrawy: głównie zupy – najpopularniejszy jest tzw. „podwójny rosół” oraz zupa rybna, jak również najróżniejsze ziołowe wywary; z mięs należy jeść chudą wołowinę i wieprzowinę; bardzo polecany jest imbir we wszystkich postaciach; należy dużo pić (głównie wody). Zakazane jest także czytanie czy wzruszanie się, płacz. Wszystko to ma zapewnić nie tylko szybkie dojście do pełni sił, ale także brak problemów zdrowotnych na starość.
A kto w tym czasie zajmuje się noworodkiem? Dawniej robiła to teściowa, bo to do teściów kobieta wprowadzała się po ślubie, obecnie robią to wykwalifikowane „confinement ladies”, po chińsku nazywane „pui yuet”. Taki luksus kosztuje – współczesne hongkońskie pui yuet za miesiąc pracy po 6 dni w tygodniu zgarniają ok. 25000 HKD (jeśli pracują w godzinach 9-18) oraz ponad 35000 HKD (jeśli wprowadzają się do Ciebie do domu i zajmują się matką i dzieckiem 24 godziny na dobę). Współcześnie można też wynegocjować np. pozwolenie na czytanie, kąpiele w wodzie z imbirem czy mycie włosów suchym szamponem lub natychmiastowe suszenie mokrych włosów suszarką. Pui yuet także robi zakupy i gotuje, ale wyłącznie dla matki.
Dobrze jest też poddać się specjalnym masażom, połączonym z krępowaniem pasami brzucha (od żeber aż do bioder), tzw. „binding” – ma to pozytywnie wpłynąć na zdrowie matki oraz na szybsze „zrzucenie” pociążowego brzuszka. Ceny za takie usługi też są wysokie – sesje pięciodniowe zaczynają się od 4750 HKD, aż do 12000 HKD za 15 dni.

hongkong11
Jeśli chodzi o codzienne życie z małym dzieckiem to większość noworodków wozi się w spacerówkach rozłożonych na płasko albo nosi na rękach. Bardzo mało widzę nosidełek czy chust i jeszcze ani razu nie widziałam wózka-gondolki.
W okolicy jest zawsze „pokój dla matki z dzieckiem” – kilka przewijaków, ze dwie „zagrody” gdzie można się z dzieckiem zamknąć i w spokoju nakarmić (w środku obowiązkowo krzesełko, podgrzewacz do butelek, przewijak, kosz, umywalka z mydłem i płynem do dezynfekcji). W innych częściach centrów handlowych przewijaki też są, ale już mniej bajerzaste – ot, miejsce do przewinięcia dziecka w damskiej lub męskiej toalecie.
Stacje hongkońskiego metra też są przystosowane do wózków – na każdej znajduje się choćby jedna winda, a bramki są szersze, by przejechał wózek. Tak różowo nie jest już w pozostałej komunikacji miejskiej, bo w autobusach możemy najwyżej liczyć na miejsce dla wózków, zaś w busach na nic. W Hong Kongu nie ma też obowiązku wożenia dzieci w fotelikach, jednak jeśli chcesz dziecko przewieźć w taksówce w foteliku to możesz, bo są tam pasy – w odróżnieniu od Makalu, gdzie ich już nie zobaczymy.
Matki rzadko karmią tu piersią, dlatego mleka w proszku są na tyle popularne, że nie sprzedają go w małych opakowaniach, jak to jest w Polsce, tylko od razu w kilogramowych puszkach. Za to kaszki mają z warzywami – w Polsce się z takimi nie spotkałam – np. ze szpinakiem i pomidorami.

hongkong9

Konfabula: Jak jest z wychowaniem dzieci przez mieszkańców Hongkongu?
Weronika i Tomek: Jeżeli chodzi o dzieci to one rządzą. Każde jest królem, wszystko im wolno. Nawet do do 5 roku życia są noszone na rekach/wożone wszędzie wózkiem. Poza tym mało wychodzi się z dziećmi na powietrze w zamian za dodatkowe zajęcia np. korepetycje z angielskiego, muzyki i np. Nie inwestuje się w sport, ew. w rugby albo basen.
Dziecko tu można bić, wiec w restauracjach nierzadki jest widok rodzica policzkującego dziecko, bo nie chciało zjeść porcji do końca.

hongkong10

Fot. David Guyler, David Law, Karen Sam, CC BY-SA 2.0


Je­śli lu­bisz po­dróże z pal­cem po ma­pie, co środę za­pra­szam na wy­prawę z jedną z Pol­ek miesz­ka­ją­cych za gra­nicą. Wpisy już pu­bli­ko­wane znaj­dzie­cie tu.