Całkiem poważnie

Raz, dwa, trzy, szukasz Ty!

Moż­na powie­dzieć, że byłam dziec­kiem z klu­czem na szyi. Może nie w 100%, bo miesz­ka­jąc na wsi nie trze­ba było nosić go na sznur­ku, bo bab­cia zawsze była w domu. Nie­mniej jed­nak bie­ga­łam samo­pas po oko­licz­nych polach, bagien­kach i łąkach. Mia­łam może 3–4 lata. Pozwa­la­no mi. Nie mogłam tyl­ko bawić się nożem od bura­ków i scy­zo­ry­kiem dziad­ka, nur­ko­wać w becz­ce z desz­czów­ką i pły­wać w sta­wie. Zasa­dy były pro­ste.

Była ślicz­na wio­sna. Słoń­ce świe­ci­ło, aż żal było­by nie pobie­gać po zie­lo­nej tra­wie. Nie­wie­le myśląc pobie­głam więc na łąkę zbie­rać kwiat­ki. Po połu­dniu wró­ci­ła moja mama z pra­cy. Rzu­ci­łam się jej na szy­ję i wrę­czy­łam bukie­cik sto­kro­tek. Nie wie­dzia­łam cze­mu moja bab­cia jest jakaś zde­ner­wo­wa­na. Poroz­ma­wia­ła szyb­ko z moją mamą. Mama kuc­nę­ła, jej twarz była teraz naprze­ciw­ko mnie:
— Kocha­nie, powiedz mi, gdzie scho­wa­łaś klu­czyk? — zapy­ta­ła rodzi­ciel­ka.
— Pod żół­tym kwiat­kiem — odrze­kłam i wska­za­łam na łąkę. Moja mama wsta­ła i odwró­ci­ła się w jej kie­run­ku. Jej oczom uka­za­ła się łąka: kil­ka hek­ta­rów tra­wy i kaczeń­ców. Wyda­je mi się, że tro­chę pobla­dła.
— Chodź poszu­ka­my tego kwiat­ka — powie­dzia­ła do mnie i wzię­ła za rękę. Nawet nie chcę wie­dzieć co myśla­ła patrząc na miliar­dy deli­kat­nych żół­tych kwiat­ków, któ­re mija­li­śmy.

Ja bez­błęd­nie zna­la­złam TEN żół­ty kwia­tek. Schy­li­łam się i poda­łam skarb: klucz od domu. Byłam z sie­bie dum­na. Do panu­ją­cych w domu zasad doda­no jed­nak kate­go­rycz­ny zakaz zaba­wy klu­cza­mi.

Przy­po­mnia­łam sobie o tym zaka­zie z cza­sów dzie­ciń­stwa pod­czas poszu­ki­wa­nia klu­cza od szaf­ki, któ­rym bawi­ły się moje dzie­ci. Aku­rat w niej znaj­do­wa­ły się potrzeb­ne natych­miast doku­men­ty. Pamię­ta­jąc swo­ja wła­sną histo­rię zapy­ta­łam cór­ki gdzie scho­wa­ła klu­czyk. Z roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem popro­wa­dzi­ła mnie do kubła z kloc­ka­mi. Mie­dzy nimi rze­czy­wi­ście znaj­do­wa­ła się zgu­ba.

Myślę, że nie ma rodzi­ca, któ­ry nie zna­la­zł­by jakie­goś skar­bu dzie­cię­ce­go w nie­od­po­wied­nim miej­scu (kloc­ki lego w pie­kar­ni­ku, banan w odtwa­rza­czu DVD) lub wła­snych przed­mio­tów spryt­nie scho­wa­nych w dzie­cię­cych szpar­ga­łach. Od cza­su poszu­ki­wań klu­cza w kloc­kach szu­ka­łam już m.in. zmiot­ki (odna­le­zio­na w skrzy­ni kana­py), ulu­bio­ne­go misia (w śmiet­ni­ku na papier), mio­tły (w pia­skow­ni­cy) i wie­lu wie­lu innych. Tych samych klu­czy od szaf­ki też poszu­ki­wa­łam już kil­ku­krot­nie.

Nie wszyst­kie zgu­by daje się jed­nak odna­leźć. Do dziś zasta­na­wia­my się, gdzie podzia­ły się oku­la­ry, zako­pa­ne w pia­skow­ni­cy pod domem oraz kurt­ka, z któ­rą prze­cież wra­ca­łam ze szko­ły, ale zgu­bi­łam bie­ga­jąc po polu kuku­ry­dzy z inny­mi wra­ca­ją­cy­mi z lek­cji dzieć­mi. Tak, nie wol­no nam tego było robić.