Całkiem poradnikowo,  Całkiem wesoło

Świat dziewczynek to róż, brokat i wszystko inne

Nigdy nie czu­łam się mamą syna. No, nigdy przed uro­dze­niem syna. Zawsze widzia­łam sie­bie cze­szą­cą blond wło­ski w sło­dziut­kie kucy­ki, a potem patrzą­cą, jak moje dziew­czyn­ki (tak, kil­ka) w tiu­lo­wych sukie­necz­kach bie­gną przed sie­bie trzy­ma­jąc się za rącz­ki. Cukier, miód i idyl­la, któ­ra bar­dzo łatwo zwe­ry­fi­ko­wa­ło życie: dziew­czy­ny wca­le nie chcą trzy­mać się za rącz­ki. Świat małych dziew­czy­nek pełen jest… no wła­śnie, cze­go? Tiul, koron­ki, tia­ry, róż i bro­kat?

Uwaga! Chłopczyca!

Jestem dziew­czyn­ką, któ­ra cho­dzi­ła po drze­wach i bawi­ła się w ber­ka z chło­pa­ka­mi. W pia­skow­ni­cy wola­łam szu­kać ska­mie­nia­ło­ści, niż robić bab­ki z pia­sku. Z lubo­ścią jeź­dzi­łam na moto­rze taty i oglą­da­łam mapy, któ­re w domu mia­ła moja mama. Żaden robak, gad czy płaz nie był dla mnie pro­ble­mem. Ba, do domu zabie­ra­łam każ­dy okaz., tak­że te zde­chłe. Bia­łe raj­stop­ki? Spy­taj­cie mojej mamy jak trud­no spie­ra się zie­lo­ni-brą­zo­we kola­na dzień w dzień.

Dla­te­go nie dziw­cie się, że uczę dziew­czyn­ki wspi­na­nia się na krzy­wą lipę w par­ku czy jak zła­pać jasz­czur­kę, by nie odpadł jej ogon. Dla mnie to nor­mal­ne.

Nie mam się w co ubrać

Jeśli mówi­my o gar­de­ro­bie dziew­czę­cej nie spo­sób zauwa­żyć, jak zmien­na jest. Nie pogo­da, gar­de­ro­ba. Roz­mo­wa o poran­ku na temat ich przed­szkol­ne­go out­fi­tu przy­po­mi­na grę w zagad­ki, kie­dy to co pięć minut zmie­nia się odpo­wiedź, a zegar nie­ustan­nie tyka obok ucha. Kie­dyś wystar­czy­ły loso­we ubra­nia z sza­fy – dziś, w wie­ku 3 lat, już dzie­ci mają swój styl. Do sukien­ki balet­ni­cy naj­bar­dziej pasu­ją kalo­sze w bie­dron­ki i nie ma bata, by wło­żyć czar­ny t-shirt, bo prze­cież jest taki smut­ny. To nic, że wczo­raj był super, bo daje w nocy nie­wi­dzial­ność.

 

Do tego cór­ki przy­naj­mniej dwa razy dzien­nie prze­bie­ra­ją się i to nie tyl­ko w ubra­nia tzw. domo­we, ale tak­że księż­nicz­ko­we sukien­ki, kupio­ne na bal kar­na­wa­ło­wy w second han­dzie. Pre­tek­stem może być plam­ka w new­ral­gicz­nym miej­scu, zły dobór kolo­rów, ocho­ta, swę­dze­nie, zmia­na tem­pe­ra­tu­ry czy cokol­wiek inne­go. Nigdy nie jeste­śmy przez to na czas. Nigdy!

Brokat to zło

Bro­kat. Czy­ste zło w lśnią­cej posta­ci. Kusi. Kor­ci. Bawi oko. Lśni. Pojem­nik z bro­ka­tem trze­ba trak­to­wać z taką samą dozą stra­chu co list z napi­sem „Zawie­ra wiru­sa Ebo­la”. Bro­kat jest tak samo zaraź­li­wy, tak samo łatwo roz­prze­strze­nia się po całym domu.

 

A wszyst­ko zaczy­na się cał­kiem nie­win­nie: „Ale słod­ka opa­ska na wło­sy z bro­ka­to­wym kot­kiem! Kinia tak kocha zwie­rząt­ka, kupię jej.” I mała tyka­ją­ca bom­ba lądu­je w koszy­ku na zaku­py, cał­kiem nie­zau­wa­żal­nie poja­wia się w domu i zaczy­na siać ter­ror.

 

Pierw­sze symp­to­my są deli­kat­ne. Nagle na powie­ce męża znaj­du­ję różo­wy mie­nią­cy się pła­tek. Potem spo­ty­kam już całe sta­da na rękach i twa­rzy, a im dłu­żej się myjesz, tym wię­cej ich widzę. Zapo­mi­nam, że ręcz­nik leżał na opa­sce…

 

Czy bro­kat nie jest tym małym ele­men­tem, któ­re­go dzie­ci nie powin­ny tykać do lat 3? Ja bym posze­rzy­ła gro­no do 30-lat­ków nawet!

Dzień zepsutej fryzury jest codziennie

Wło­sy chłop­ców? Żaden pro­blem. W minu­tę robię maszyn­ką wziu­uuu i po spra­wie. Wpraw­dzie fry­zje­rzy zała­mu­ją nad moimi postrzy­ży­na­mi dło­nie, ale męż­czy­znom w mojej rodzi­nie to nie przy­spa­rza siwie­nia. U dziew­czy­nek to wyż­sza szko­ła jaz­dy. O ile tre­no­wa­łam na sio­strze, co wypo­mi­na mi do dziś (pamię­tasz godzin­ne zapla­ta­nie kło­sa?), to jed­nak przy wło­sach moich córek wymię­kam. Umiem, teo­ria w palusz­ku, ale prak­ty­ka leży i kwi­czy.

 

Jak wyglą­da nasz rytu­ał cze­sa­nia? Każ­da ma pra­wo wybrać gum­ki i zestaw(y) kla­me­rek. Potem mozol­ne roz­cze­sy­wa­nie rosz­pun­ko­wych pukli i punkt kul­mi­na­cyj­ny – moje pyta­nie o rodzaj fry­zu­ry na dziś. Kucyk? Bez pro­ble­mu! Dwa war­ko­cze? Z zawią­za­ny­mi ocza­mi! Koro­na holen­der­ska? Pro­szę, nie ma wuja we wsi! Ale już na myśl o war­ko­czu fran­cu­skim łapię się za ser­ce i cucę sola­mi. Tego jakoś moje star­cze, zgrzy­bia­łe pal­ce przejść nie mogą i zwy­kle koń­czy się na dzie­się­ciu podej­ściach i… koń­skim ogo­nie.

Gdzie diabeł nie może…

Chłop­cy są bar­dzo pro­ści i bez­po­śred­ni. W sumie męż­czyź­ni też, ale teraz nie o tym. Jeśli chłop­cu się coś nie spodo­ba, podej­dzie, zdzie­li po gło­wie i pój­dzie sobie. Naj­lep­sze jest to, że posko­do­wa­ny rozu­mie pro­blem i albo wyrów­nu­je rachu­nek guzem u agre­so­ra, ale­bo ole­wa i prze­cho­dzi do dal­szej zaba­wy bez pro­ble­mu. Dziew­czyn­ki… hmmm… dziew­czyn­ki to głęb­szy pro­blem.

 

Jako kil­ku­lat­ka sie­dzia­łam na lek­cjach z kole­żan­ką, z któ­ra sie­dzieć nie chcia­łam. Pech chciał, że była to też osób­ka, któ­ra zamiast uwa­żać na lek­cjach wola­ła wario­wać i gadać. Nie lubię jak się mi prze­szka­dza, do dziś mam z tym pro­blem, ale do tej dziew­czyn­ki nie docie­ra­ły moje proś­by o spo­kój. Jed­nak było coś, co mogłam zro­bić i per­fid­nie to powta­rza­łam. Po każ­dej zada­nej przez nauczy­ciel­kę pra­cy samo­dziel­nej na lek­cji kole­żan­ka pyta­ła mnie co wła­ści­wie mamy robić, bo ona nie sły­sza­ła. Pamię­ta­cie może tę książ­kę „Lite­ry Wyci­nan­ka”, taką różo­wą z nożycz­ka­mi? Zawsze, ale to zawsze poka­za­łam jej inny obra­zek do wycię­cia! Hadzia i z pół­ob­ro­tu było­by przy tym zaba­wą!

W sumie to niezła zabawa

No nie powie­cie, że to nie jest faj­ne: malo­wa­nie paznok­ci, poka­zy tanecz­ne, prze­bie­ran­ki za księż­nicz­ki czy budo­wa­nie dom­ków dla lalek. Owszem, chłop­cy też mogą. Chłop­cy sypia­ją ze swo­imi plu­sza­ka­mi tak samo chęt­nie jak dziew­czyn­ki. Ale to nie to samo.

 

Naj­lep­sze jest to, że już nie­dłu­go zacznie się okres, gdy widząc mnie dzie­ci będą zasty­gać jak po cza­rze petri­fi­cus tota­lus tyl­ko po to, by rodzic przy­pad­kiem nie zauwa­żył go w cen­trum han­dlo­wym czy na uli­cy. Zamiast wspól­ne­go cza­ro­wa­nia będzie prze­wra­ca­nie ocza­mi, zamiast zaba­wy w popo­łu­dnio­wą her­bat­kę zasta­nę „obo­jęt­nie, mamo” na jaką­kol­wiek for­mę wspól­nie spę­dzo­ne­go cza­su. Będą zbyt zaję­ci przy­ja­ciół­ka­mi czy chło­pa­ka­mi, amy, mat­ki, będzie­my tyl­ko kuchar­ka­mi, poko­jów­ka­mi czy szo­fe­ra­mi. Szo­fe­ra­mi z bar­dzo dobrą pamię­cią i funk­cją odtwa­rza­nia wspo­mnień. Szcze­gól­nie tych naj­bar­dziej żenu­ją­cych.

 

Cóż, ja też jestem dziew­czyn­ką.

Fot. Mike Car­ter, CC BY-ND 2.0