Życie na emigracji we Francji — Kiedy Polska to za mało

Życie na emigracji we Francji — Kiedy Polska to za mało Image

Życie na emigracji we Francji — Kiedy Polska to za mało

Paryż mnie nie zach­wycił. Owszem, Pola Elize­jskie piękne, Wieża Eif­fela nocą pięk­na, ale żeby marzyć o tym, że codzi­en­nie będę marzyła o tym, by jeść cienkie crepes czy piec­zone kasz­tany, to niekoniecznie. Tym bardziej, że język fran­cus­ki kojarzył mi się tylko z zapluwa­ją­cym się Louisem de Fune­sem, anie językiem miłoś­ci. Jed­nak dla Moni­ki to właśnie fran­cus­ki okazał się językiem miłoś­ci i emi­gracji. Jak żyje na emi­gracji we Francji MamĄ?

Kon­fab­u­la: Dłu­go już jesteś poza Pol­ską?
MamĄ: Mieszkam we Francji już pon­ad dziesięć lat. Przeprowadz­iłam się tutaj z bard­zo banal­nego powodu — zakochałam się w najlep­szym przy­ja­cielu, ale uświadomiłam to sobie dopiero, kiedy wyjechał z kra­ju. Najpierw byliśmy parą na odległość, ale ten mod­el kiep­sko się sprawdzał, więc w końcu do niego dołączyłam.

Kon­fab­u­la: Co dzi­wi najbardziej?
MamĄ: Przede wszys­tkim zdzi­wiło mnie to, że Korsy­ka, na której zamieszkałam najpierw, nie utożsamia się zbyt­nio z Francją. To specy­ficz­na wys­pa, z ludź­mi, którzy bard­zo chcieli­by odciąć się i uzyskać niepodległość. Tamte­jsza społeczność nie jest raczej bard­zo przy­chyl­na obcym (w tym także Fran­cu­zom przeprowadza­ją­cym się na Korsykę z kon­ty­nen­tu).

Poza tym nieustan­nie dzi­wi mnie nawyk całowa­nia się na pow­i­tanie i pożeg­nanie, obow­iązkowa sies­ta i to, że w zasadzie niewiele rzeczy moż­na tu załatwić w poniedzi­ał­ki.

Kon­fab­u­la: Jak żyje się we Francji na co dzień?
MamĄ: Ceny we Francji są bard­zo zróżni­cow­ane i waha­ją się w zależnoś­ci od tego, gdzie przyjdzie nam mieszkać. Nam aku­rat przyszło żyć pod Paryżem, a to jeden z naj­droższych regionów kra­ju. Za wyna­jem mieszkań w stol­i­cy płaci się nieba­gatelne sumy. Za tyle, ile trze­ba zapłacić za np 30m2 mieszka­nia w Paryżu, moż­na mieć dom z ogro­dem i basen­em w innym region­ie.

Ceny bagi­et­ki waha­ją się od 0,90 cen­tów do 1,10E, za dwupoko­jowe mieszkanie — około 50m2 trze­ba zapłacić jakieś 800–900 euro — to oczy­wiś­cie nie w samym cen­trum, tylko na przed­mieś­ci­ach.

Mimo wszys­tko wyda­je mi się, że wydat­ki na pod­sta­wowe zakupy i tak dalej są niższe niż w Polsce. Dla przykładu podam może fakt, że za DOBRE zakupy (bez oszczędza­nia) na tydzień dla naszej czwór­ki — jedze­nie, środ­ki czys­toś­ci, i inne drob­nos­t­ki płacimy około 150 euro.

Kon­fab­u­la: Co jest charak­terysty­czne dla Francji?
MamĄ: Na pewno sery i wino. Do tego jedze­nie jest cele­browane, a nie tylko pożer­ane. Stałe godziny posiłków i świę­ta prz­er­wa popołud­niowa na obi­ad to nor­ma. Ale i sposób życia jest tu charak­terysty­czny. Pod Paryżem życie zaczy­na się po 18stej. Gen­er­al­nie mówi się, że Paryżanie żyją ryt­mem “metro-boulot-dodo”, czyli metro-pra­ca-spanie, bard­zo nie lubię tego sty­lu. Zde­cy­dowanie bardziej wolę spieszą­cych się powoli Połud­niow­ców.

Kon­fab­u­la: Czy rzeczy­wiś­cie fran­cuskie dzieci nie gry­maszą?
MamĄ: Może trochę rzeczy­wiś­cie mniej, ale we Francji nikt się nie wtrą­ca do wychowywa­nia nie swoich dzieci. Nikt nie zwró­ci Ci uwa­gi, że Two­je dziecko nie ma czap­ki, nikt nie oceni Twoich wyborów, tego czy karmisz pier­sią, czy butelką, czy śpisz z dzieck­iem czy nie itd. Szoku­ją­cy nadal jest dla mnie fakt, że urlop macierzyńs­ki trwa tylko 3 miesiące w przy­pad­ku pier­wszego i drugiego dziec­ka, a 4 w przy­pad­ku trze­ciego. To bard­zo krótko, ale dla Fran­cuzek to coś nor­mal­nego i cho­ci­aż cza­sem ciężko rozs­tać się z maleńst­wem i wró­cić tak szy­bko do pra­cy, to nie wal­czą o zmi­any w tym zakre­sie. Zupełnie inaczej nato­mi­ast rozwiązy­wane są kwest­ie opie­ki nad dzieć­mi 1–3lat i tutaj duży plus dla państ­wa za pomoc i dofi­nan­sowywa­nia (na przykład dla niani).

Kon­fab­u­la: Jak Pola­cy są tam postrze­gani?
MamĄ: Chy­ba tak jak wszędzie, czyli bard­zo różnie. Ja spo­tykam się z bard­zo ciepłym przyję­ciem i jeszcze nigdy nie usłysza­łam o nas, jako o nar­o­dzie złych rzeczy. Jesteśmy raczej uznawani za pra­cow­itych ludzi i odd­anych przy­jaciół.

Kon­fab­u­la: Najśmieszniejsza sytu­ac­ja we Francji to…
MamĄ: W moim przy­pad­ku najśmieszniejsze sytu­acje związane są z moim imie­niem i nazwiskiem. Przyzwycza­iłam się już do tego, że Fran­cuzi nie są w stanie wymówić mojego nazwiska i częs­to wywołu­ją mnie w poczekalni jako Madame Yyyy… potem dłu­go nic i na końcu całkiem zniek­sz­tał­cone nazwisko. Inną sprawą jest moje imię, ponieważ ofic­jal­nie przed­staw­iam się jako Joan­na, a w luźniejszych relac­jach jako Asia. Zdarza się więc cza­sem tak, że dwie oso­by, które mnie poz­nały (jed­na jako Asię, dru­ga Joan­nę) sprzecza­ją się o to, o kim roz­maw­ia­ją. Kiedyś też w pra­cy miałam taką sytu­ację, że dzwoniła moja przy­jaciół­ka i chci­ała roz­maw­iać z Asią, a sze­fowa jej odpowiedzi­ała, że nikt taki u niej nie pracu­je.

Kon­fab­u­la: Co warto zabrać ze sobą (bo nie ma w sklepach) by czuć się jak w domu?
MamĄ: W region­ie paryskim jest sporo pol­s­kich sklepów, więc nie potrze­ba przy­woz­ić ze sobą abso­lut­nie nic. W innych miejs­cach Francji bywa różnie, ale ma ona tyle do zapro­ponowa­nia, że raczej moż­na sobie znaleźć zami­en­ni­ki. Ja reg­u­larnie zwożę do Francji z wakacji majonez, bo jeszcze nie znalazłam takiego fran­cuskiego, który by mi smakował i trwóg, czy biały ser, bo nieste­ty, ale nie jest on nigdzie poza pol­ski­mi sklepa­mi dostęp­ny.

<3

A post shared by Joan­na Woj­ciechows­ki (@frolonaise) on

Kon­fab­u­la: Jak dziś miesz­ka się we Francji po tych 10 lat­ach?
MamĄ: Myślę, że we Francji spoko­jnie moż­na się poczuć jak w domu, pod warunk­iem, że jesteśmy otwar­ci na różnorod­ność i nie boimy się mul­ti-kul­ti, bo obcow­anie z ludź­mi o innym kolorze skóry, wyz­na­nia czy poglą­dach jest nie­u­niknione. To kraj, który ma swo­je słab­sze i lep­sze strony. W żad­nym wypad­ku nie jest ide­al­ny, ale daje swoim mieszkań­com wiele, cza­sem nawet zbyt wiele. U nas dodatkową atrakcją jest to, że dzię­ki pra­cy męża, nie musimy mieszkać wiele lat w jed­nym miejs­cu. Dzię­ki temu żyliśmy w miejs­cach, o których mi się nigdy nie śniło i poz­nal­iśmy różne kul­tu­ry, kuch­nie i oby­cza­je.


Je­śli lu­bisz po­dróże z pal­cem po ma­pie, co śro­dę za­pra­szam na wy­prawę z jed­ną z Pol­ek miesz­ka­ją­cych za gra­nicą. Wpi­sy już pu­bli­ko­wane znaj­dzie­cie tu.

Autor | Monika Kilijańska Komentarze | 28 Data | 18 października 2017

kategorie i tagi

W kategorii: Całkiem emigracyjnie