Całkiem emigracyjnie

Życie w Belgii – Kiedy Polska to za mało

Holender! Znowu budzik nie zadzwonił! Co ja mam z tym telefonem! No tak, zdechł. Pewnie znowu Nati mi rozładowała baterie, jak nie widziałam, że dopadła do smartfona. Ciągle tylko piti i pipał* jej w głowie! Dobra, szybko, dzieci wstawać, bo spóźnimy się do szkoły! Dobrze, że mam samochód, podskoczymy do szkoły, bo na autobus już nie zdążycie. Co? Chcesz kanapkę? A z czym? Kiełbasa z ketchupem? Wykluczone! I nie, nie kupisz sobie chipsów! Tak Kiniu? Nie, nie będzie dziś frytek na obiad. Frytki to nie obiad. Nie Nati, rowerkiem nie jedziemy do szkoły. Szybko, szybko, wychodzimy… Ufff, udało się! 2/3 stanu dzieci w ośrodkach edukacyjnych, 1/3 śpi. Czas na ciepłą kawę i pracę. Dziś, moi drodzy, dowiecie się, że jednak frytki to obiad, gofry to dobry pomysł na tort i wypełnienie kanapki, a nawet, że w kraju w miarę wolnym i postępowym, jak Belgia, w szkole nie tylko chipsów się nie kupi, ale nawet przynosić ich nie można. Zapraszam wraz z Magdaleną B-P, matką dwóch nastolatek i trzyletniego syna, na flamandzką wieś!

belgia7

Moniowiec: Od kiedy jesteś za granicą i dlaczego?
Magdalena B-P: W Belgii jesteśmy ponad 2 lata. Pierwsze pół roku mieszkaliśmy w stolicy. Potem przenieśliśmy się na wieś, czyli do zupełnie innego świata. Belgia bowiem to osobliwy kraj. Mały ale podzielony na kilka regionów, w których obowiązują inne języki urzędowe, inne prawa, a ludzie z poszczególnych regionów wzajemnie za sobą nie przepadają.
Wyjechaliśmy z Polski w poszukiwaniu lepszego życia, pracy i szans na przyszłość dla naszych pociech i chyba znaleźliśmy to wszystko.

belgia2

Moniowiec: Co Cię zdziwiło na miejscu?
Magdalena B-P: W Belgii ciągle mnie coś dziwi i zaskakuje. Zwykle pozytywnie. Choć to też kwestia ogólnego nastawienia – u mnie szklanka jest zwykle do połowy pełna, a wszelakie nowości czy odmienności odbieram pozytywnie.

Pierwsza rzecz, która była dla mnie zjawiskiem niecodziennym, nowym i niesamowitym, to fakt, że na ulicy jednego dnia mogłam spotkać ludzi z całego świata. O Brukseli mówi się czasem Wieża Babel i oddaje to doskonale atmosferę tego miasta. Na ulicy, w sklepach, na przystankach usłyszysz rozmowy prowadzone po francusku, niderlandzku, angielsku, polsku, chińsku, arabsku, rosyjsku, hiszpańsku, portugalsku i w wielu innych językach. Spotkasz ludzi w najróżniejszych kolorach skóry i w najdziwniejszych ubraniach. Co istotne jeden drugiemu się nie dziwi. No, może z wyjątkiem nowo przybyłych, jakim to osobnikiem byłam ja 2 lata temu; w związku z czym niemal z otwartą buzią patrzyłam na ten kolorowy tłum.

Idąc dalej tą samą ulicą znowu się dziwię, bowiem ledwie dochodzę do przejścia do pieszych, już sznury aut po obu stronach się zatrzymują. Z Polski pamiętam, że po 10-minutowym oczekiwaniu na łaskę jakiegoś kierowcy trzeba było przebiec z dzieckiem na ręku, by nie zostać przejechanym albo co najmniej zwyzywanym przez kierowców. Mój główny środek transportu to rower i na drodze czuję się wyjątkowo bezpiecznie, bo w Belgii rowerzyści są świętością (czasem aż do przesady). Gdy ma się dzieci poruszające się samopas na rowerach, człowiek ten fakt bardzo docenia.

belgia131

A propos rowerów… Na początku września, gdy odprowadzałam moją 12-latkę idącą pierwszy raz do szkoły średniej, zdziwiła mnie ilość młodzieży dojeżdżającej do szkoły na rowerze. Tego nawet nie da się opowiedzieć, to trzeba było zobaczyć. 10 minut przed dzwonkiem dosłownie z wszystkich stron świata, z każdej uliczki w okolicy szkoły nadjeżdżają rowerzyści, setki uczniów w wieku od 3 do 18 lat plus rodzice i dziadkowie z pociechami w fotelikach. Większość w kamizelkach odblaskowych, co daje efekt nieziemski. Tutaj dzieci i nauczyciele często dojeżdżają do szkoły nawet po 10 kilometrów na rowerach.

Kolejna rzecz – ludzie w wieku mojej babci, czyli 80-latkowie, swobodnie posługują się komputerami, wysyłają mejle, szukają informacji etc, jeżdżą też autami.

belgia10

I jeszcze jedna rzecz, która mnie zaskoczyła niezmiernie – szkoła. Całkowicie inna pod każdym względem od polskiej. Nie zmienia się butów. Jest zakaz przynoszenia i/lub używania telefonów, tabletów i itp., jest zakaz przynoszenia chipsów, cukierków i napojów innych niż woda, mleko i soki owocowe. Wszystkie dzieci od 2,5 do 18 lat siedzą w szkole po 7 godzin, codziennie od 8.30 do 15.30, z wyjątkiem środy, kiedy lekcje są tylko do południa. W podstawówce nie ma planu lekcji. Są tylko 2 przerwy, w tym jedna godzinna podczas której dzieci obowiązkowo bawią się na dworze, nawet jak leje jak z cebra. Mogą też iść do domu na obiad.

belgia12

Moniowiec: Jak belgijski portfel odczuwa codzienne zakupy? Czy Belgia to drogi kraj do życia?
Magdalena B-P: Życie w Belgii wydaje się być diabelnie drogie, gdy porównujemy ceny z polskimi i przeliczamy wszystko na złotówki. Jednak zarabiając w euro i płacąc w euro patrzy się na to inaczej. Tanio nie jest, jednak w porównaniu z Polską to, moim zdaniem, i tak raj. Chleb kosztuje średnio 2 euro za bochenek (800g), czy przeliczając na polską walutę to będzie 8 zetów – szaleństwo, prawda? Jednak tutaj to tylko 2 euro, czyli jak w Polsce 2 złote. Mleko UHT około 1 euro/litr – znajdziemy i tańsze i droższe – zależy od sklepu i rodzaju produktu.

Ceny benzyny są zwykle identyczne jak w Polsce. Choć bywa, że tu w Belgii jest taniej niż w PL. I to jest bardzo istotna informacja. My za jedną dniówkę lejemy pełny bak. W Polsce na pełny bak mąż pracował (w tym samym zawodzie) około 2-3 tygodni. Dlatego tutaj sporo podróżujemy, bo jest tanio, na tym baku robimy przecież prawie 1000 km.

belgia14

Utrzymanie samochodu jest tu dosyć drogie. Zasadniczo opłaca się mieć mały i nowy samochód, najwyżej 5 letni. Gdyż w innym wypadku podatek może być powalający. Im starsze auto, im większy silnik i na więcej osób zarejestrowane, tym podatek większy (my za 15letnią, sześcioosobową mazdę z 2.5l silnikiem płaciliśmy prawie 900 euro podatku na rok). Naprawy i części też są bardzo drogie.

Wielu ludzi podróżuje tu też publicznymi środkami komunikacji, bo połączenia są bardzo dobre, z tym, że autobusy często się spóźniają niestety. Bilety wieloprzejazdowe, abonamenty miesięczne, półroczne, roczne itp., pozwalają sporo zaoszczędzić. Pociągami dzieci do 12 lat podróżują za darmo, w autobusach jest za darmo do 6ciu lat. Przy czym mając bilet miesięczny za 25 euro (są też np. roczne za 90 euro) dzieci mogą jeździć wszędzie, gdzie tylko autobusy/tramwaje danej firmy jeżdżą, czyli co najmniej po połowie kraju.

Mieszkanie i opłaty są dosyć drogie. Ceny mieszkań są bardzo zróżnicowane. Zależą od regionu i lokalizacji. Na pewno na wsi jest taniej niż w mieście, a i w mieście są dzielnice tańsze i droższe. My np. wynajmujemy dość duży dom z ogrodem na wsi za 750euro/miesiąc. Jednak w niektórych miejscach za tą kwotę nawet studio może być ciężko wynająć. Jednak myślę, że za 600-700 euro ładne mieszkanie 2 pokojowe da się znaleźć, może nawet umeblowane. Ostatnio dowiedziałam się, że mając psa lub kota wynajęcie mieszkania może być nie lada problemem, gdyż zwykle właściciele nie życzą sobie zwierząt w mieszkaniu i to jest zawarte w umowie. Istotne jest też, że przy wynajmowaniu mieszkania trzeba wpłacić kaucję w wysokości 2-miesięcznego czynszu i to jest zwykle spora kwota dla nowo przybyłych.

belgia6

Za to mieszkanie można sobie tutaj bardzo tanio umeblować. Są bowiem sieci sklepów z rzeczami używanymi, gdzie całe komplety mebli można nabyć za kilkadziesiąt euro. Są to sklepy np. kringwinkel lub troc, których adresy można znaleźć w Internecie. Znajdzie się tam nie tylko meble, ale też zabawki, ubrania, dekoracje, książki, płyty, AGD, talerze, kubki, miski etc.

Wysokość miesięcznego lub kwartalnego abonamentu za prąd, gaz, wodę ustalana jest w zależności od ilości ludzi w mieszkaniu. Nas koniec roku jest rozliczenie, czyli nadpłata lub dopłata. Jest do wyboru po kilku dostawców, którzy mają zróżnicowane ceny.

Do tego dochodzi jeszcze Internet-telewizja-telefon. Najtańsze pakiety już za ok. 40 euro/mc, jednak przy wyższych abonamentach są np. darmowe rozmowy do Polski, nielimitowany Internet powyżej 20Mb/s, darmowe telefony komórkowe z niskim abonamentem i inne tam bajery, zależnie od firmy.

Odzież najlepiej kupować podczas wyprzedaży letnich i świątecznych. Wtedy markowe rzeczy kupimy za niewielkie pieniądze, Myślę, że niejednokrotnie taniej niż w Polsce. Ogólnie jednak ubrania i obuwie wydaje mi się być droższe niż w Polsce, ale może dlatego, że nie ma tu tyle sklepów z „chińszczyzną” (u nas na prowincji praktycznie nie ma takich wcale, tylko w dużych miastach), a w małych butikach to i w Polsce przecież nie tanio i chyba mniej „okazji”.

belgia16

Moniowiec: Skoro jesteśmy przy zakupach to co trzeba włożyć do koszyka w supermarkecie, by ugotować belgijskie dania?
Magdalena B-P: Belgia to kraj frytek, gofrów, piwa i czekolady. Frytki, gofry i naleśniki są dobre na każdą okazję. Na przyjęciach urodzinowych popularne są naleśniki lub gofry zamiast tortu – na tym ustawia się świeczki. Frytki z majonezem lub naleśniki z cukrem to często jedyna rzecz, jaką dziecko zostanie poczęstowane na przyjęciu u koleżanki. Jednak gofry to też dobre nadzienie do kanapki szkolnej. Tak, kromka chleba-gruby gofer lub lub ciastka markizy – kromka chleba i to jest kanapka. Inny ciekawy szkolny zestaw to słodka maślana bułka z wędliną. Kiełbaski frankfurterki polewane miodem lub kanapki z salami w zestawie z gorzką czekoladą.

belgia15

Moniowiec: Jak spędza wolny czas statystyczny Belg?
Magdalena B-P: Charakterystyczną rzeczą (przynajmniej we Flandrii) bez wątpienia jest ruch i imprezy. Bardzo popularne jest tu bieganie i jazda rowerem. Spotykam co dnia dziesiątki biegaczy i setki rowerzystów – dzieci, młodzi, babcie i dziadkowie – biegają, jeżdżą konno lub na rowerach, spacerują. Większość dzieci należy do jakiegoś klubu – piłka nożna, judo, jeździectwo, skauci, boks, tenis itd. Jak nie sport to znowu muzyka – instrumenty, taniec, śpiew. W tych wszystkich akademiach i klubach są tylko zwykle symboliczne opłaty, bo państwo wiele finansuje.

A imprezy? U nas we Flandrii chyba każda potrawa ma swoje święto. Tak więc jest festyn frytek, festyn gofrów, festyn piekarzy, rzeźników, piwa, spaghetti, małży, pizzy itp. To wszystko po kolei w jednej gminie przez cały rok. Do tego świętuje się razem jakieś rocznice chórów, szczudlarzy, motocyklistów i innych organizacji. Są też „kermisy”, czyli odpowiedniki polskich dni miasta czy gminy, tylko, że tu zwykle trwają tydzień. Urodziny to też ważna okazja – świętują dzieci i dorośli. W sumie każda okazja jest dobra do zorganizowania imprezy i Flamandowie robią to z wielką chęcią i radością. Lubią się bawić. Co dla mnie ważne – piją przy tym sporo alkoholu, ale się masowo nie upijają w trupa jak w Polsce. Jak dotąd przez 2 lata nie widziałam ani razu pijanego człowieka, który by nie mógł ustać na nogach (może akurat w takim dziwnym miejscu mieszkam?).

belgia17

Moniowiec: Czym różni się wychowanie w Belgii? Twoje dzieci noszą polskie czapeczki?
Magdalena B-P: Odnoszę wrażenie, że Belgowie wychowują swoje dzieci bardzo po mojemu. Nie chuchają na nie za bardzo. Maluchy – nawet takie kilkutygodniowe – noszone są w cienkich ubrankach, bez czapek i z gołymi łapkami także jesienią i wiosną, a nie raz i w zimie (tu nie ma mrozów ale bardzo duża wilgotność ). Starszaki całą zimę chodzą w trampkach i z gołymi nogami do szkoły (w rybaczkach lub kieckach) – moich córek nie wyłączając. Dzieci bawią się w kałużach, turlają się w marcu po trawie, włażą na drzewa, czasem spadają z nich. Ze szkoły wracają czasem brudne jak dzikie świnie, z obdartymi kolanami i rozkwaszonym nosem i to jest rzecz normalna. Bo dorośli powalają im być dziećmi i odkrywać świat.

belgia11

12-latki w Belgii dostają już dowód osobisty i idą do średniej szkoły, gdzie samodzielnie muszą się dostać autobusem, pociągiem lub na rowerze. W Belgii więc dwunastolatek musi być samodzielny i odpowiedzialny, bo mamusia nie odprowadza go do szkoły ani nie jeździ gimbusem – musi sam o siebie zadbać, wsiąść do właściwego autobusu lub pociągu o właściwej porze, przejechać rowerem samodzielnie przez zatłoczone miasto, wrócić samodzielnie do domu. W Belgii o ósmej rano jeszcze jest ciemno a i o szesnastej też już zmrok zapada i małolaty jeżdżą do szkoły po ciemku czasami.

belgia8

Moniowiec: Belgia w sumie nie jest tak strasznie daleko. Co warto zabrać ze sobą, bo brakuje Ci w sklepach, by czuć się jak w domu?
Magdalena B-P: Przez pierwsze dni miałam wrażenie, że tu w ogóle nic nie ma z tego, co było mi potrzebne. Na szczęście okazało się, że to wszystko kwestia znajomości języka i wiedzy, gdzie, co można kupić i co się z czym je. Przy pierwszej (i jedynej) wizycie w Polsce zrobiliśmy sobie długą listę rzeczy do kupienia. W tym roku jechał mąż sam i gdy zapytał, co przywieść z Polski, ja po długich rozmyślaniach stwierdziłam ku swojemu zdziwieniu, że w sumie to nic nie potrzebuję już z Polski. Wszystko znajduję na miejscu, bo metodą prób i błędów odkryłam różne zamienniki. Do polskiego sklepu jeździmy czasem po kiszone ogórki, bo tu nie ma (w Brukseli można kupić w Carrefourze), mąż lubi „swojską” kiełbasę to też tylko polski sklep. No i jeszcze biały ser w kostkach. Jednak do „ruskich pierogów” kupuję ser grecki i nie widzę różnicy w smaku. Serników nie piekę, więc mi ten brak nie przeszkadza. Zresztą mam nie daleko gospodarstwa mleczne to mogę sobie kupić mleko i ser zrobić, gdyby potrzeba naszła. Nie ma korzenia pietruszki, ale jest seler. Ryby są bardzo drogie. Nie ma czekolad i ciastek z nadzieniem innym niż kakaowe, karmelowe i waniliowe (czasem kokosowe są). Nie ma kaszy jęczmiennej ale jest pszeniczna. Niektóre produkty mają inne właściwości np. kaszki Nestle, kostki knorr – zupełnie inne w Polsce niż tu (w Polsce lepsze w smaku), ale to kwestia przyzwyczajenia. Chleb smakuje zupełnie inaczej – nie mogłam się przyzwyczaić, ale z kolei nie smakuje mi polski (nawet ten dawniej ulubiony). Warto wiedzieć, że na wsiach rolnicy sprzedają przeróżne warzywa, mleko, jaja, miód i można kupić to wiele taniej niż w sklepach. Przykładowo ziemniaki 5 euro za 25 kilowy worek, podczas gdy w sklepie to i 4 euro za kilo.

Uważam że to wszystko kwestia przyzwyczajenia i potrzeb indywidualnych. Wielu Polaków nie wyobraża sobie życia bez polskiego jedzenia, niektórzy nawet cukier i mąkę kupują w polskich sklepach, jednak, moim zdaniem, nie ma żadnej różnicy w tego typu produktach. W każdym bądź razie w dużych miastach są polskie sklepy więc nie trzeba taszczyć wszystkiego z Polski.

belgia5

Moniowiec: Jak Polacy są postrzegani w Belgii?
Magdalena B-P: Polacy chyba w większości krajów postrzegani są często niestety przez pryzmat „naszych” zbirów, nierobów i darmozjadów, którzy „pracują” co dnia na dworcach, lotniskach i innych tego typu okolicach na opinię o nas chlejąc piwsko, przeklinając, kradnąc i demolując wszystko co się da. Tego, który pracuje co dnia uczciwie, systematycznie płaci rachunki, chodzi z dziećmi do parku i na plac zabaw przecież nikt nie zauważy, bo jest tacy jak inni, normalny; pewnie większość nawet nie wie, że akurat jest z Polski, nikt go więc nie zapamięta i z tym krajem nie będzie kojarzył. Drani owszem. I stąd potem problemy.

Belgowie nie chcą czasem wynajmować mieszkań Polakom, nie chcą zatrudniać Polaków, bo boją się rozróby. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu o polskich kibicach pisały wszystkie gazety, sprzedawcom i właścicielom restauracji zalecano zamknięcie sklepów i restauracji w mieście, do którego mieli przybyć. Ostrzegali, że Polacy piją, kradną i niszczą. W takich momentach naprawdę wstyd i strach się przyznawać do pochodzenia. Jednak poza takimi głupimi incydentami jest w porządku.

belgia4

Belgowie są bardzo ostrożni w stosunku do obcych. Musimy ich przekonać, że jesteśmy pracowici i uczciwi, no i przede wszystkim – o czym wielu zadaje się nie pamiętać lub nie wiedzieć – musimy dostosować się do ich zasad, bo to my jesteśmy u nich gośćmi a nie odwrotnie. Próżno oczekiwać, że Belg będzie się uczył polskiego, polskich zasad, sprowadzał do sklepów polskie produkty, bo jakaś polska rodzina właśnie się sprowadziła do wsi czy dzielnicy. A mam wrażenie, że niektórzy Polacy tego właśnie oczekują i mają pretensje, że Belgowie każą im się uczyć tutejszego języka, tutejszego prawa, tutejszych zwyczajów, że nie pozwalają dzieciom mówić po polsku w szkole. Trzymając się tylko z Polakami, mówiąc o tubylcach same niedobre rzeczy, nie chcąc się uczyć języka, dziwią się, że Belgowie nie traktują ich jak przyjaciół, jak swoich. No ciekawe czemu…?

Jednak Flamandowie – jako naród pracowity i uczciwy – doceniają pracowitych i odpowiedzialnych pracowników bez w względu na ich pochodzenie. Gdy się przekonają, że jednak nie mamy „typowo polskich cech” (pijaństwo, chamstwo, złodziejstwo) bardzo chętnie się zaprzyjaźniają.

Jedno, czego na pewno brakuje, to rzetelnych, dokładnych informacji o tym kraju podanych w języku polskim. W Internecie są tylko podstawowe informacje i to nie zawsze prawdziwe albo nieaktualne. Teraz jestem w stanie dowiedzieć się prawie wszystkiego w języku niderlandzkim, ale na początku było bardzo ciężko.

belgia9

* Słowniczek:
Piti – Kitty, kotek
Pipał – piłka


Je­śli lu­bisz po­dróże z pal­cem po ma­pie, co środę za­pra­szam na wy­prawę z jedną z Pol­ek miesz­ka­ją­cych za gra­nicą. Wpisy już pu­bli­ko­wane znaj­dzie­cie tu.