Całkiem emigracyjnie

Życie w Londynie — Kiedy Polska to za mało

Moją wizy­tę w Lon­dy­nie wspo­mi­nam bar­dzo dobrze, mimo że nie była to typo­wa wyciecz­ka, a cięż­ka pra­ca. Mimo kosmicz­ne­go zmę­cze­nia i tycia od same­go powie­trza (no dobra: tostów z bocz­kiem i cze­ko­la­do­wych muf­fi­nek), mia­łam czas na spo­koj­ne zwie­dza­nie całe­go mia­sta, kar­mie­nie wie­wió­rek w Ogro­dach Ken­sing­ton, chło­dze­niu stóp w poto­ku w Hyde Par­ku czy buszo­wa­niu wśród sta­ro­ci sprze­da­wa­nych na Cam­den Town. Jak miesz­ka się na sta­łe w samym cen­trum Anglii opo­wie Ilo­na, blo­ger­ka w www.chillife.pl.

Kon­fa­bu­la: Od jak daw­na miesz­kasz w Lon­dy­nie?
Ilo­na: W Lon­dy­nie miesz­kam oko­ło 1,5 roku, ale już wcze­śniej bywa­łam tu na krót­sze lub dłuż­sze okre­sy. Był taki czas, kie­dy byłam prze­ko­na­na, że nigdy nie wyja­dę z Pol­ski i chcę spę­dzić całe swo­je życie w kra­ju. Potem coś mi się odmie­ni­ło. Decy­zję o wyjeź­dzie pod­ję­łam dosyć spon­ta­nicz­nie — koń­czy­łam dru­gie stu­dia i nie widzia­łam dla sie­bie usta­lo­nej dro­gi, nie chcia­łam jesz­cze utkwić w sta­łej pra­cy, więc posta­no­wi­łam wyje­chać. Nało­ży­ło się to też na moją rela­cję — przez rok ja miesz­ka­łam w Pol­sce, a mój part­ner w Lon­dy­nie, jed­nak nie było to powo­dem mojej decy­zji o wyjeź­dzie. Mia­łam zamiar zro­bić sobie coś w rodza­ju gap year i po roku wró­cić do Pol­ski. Chy­ba już wte­dy pod­świa­do­mie wie­dzia­łam, że nie skoń­czy się tak pręd­ko.

View this post on Insta­gram

Za czym ta kolej­ka?

A post sha­red by Ilo­na (@ilona_chillife) on

Kon­fa­bu­la: Co Cię zdzi­wi­ło – pozy­tyw­nie i nega­tyw­nie?
Ilo­na: Zadzi­wia­ją­ce w samym Lon­dy­nie (któ­ry róż­ni się zde­cy­do­wa­nie od resz­ty Wiel­kiej Bry­ta­nii) może być to, że wie­lu ludzi mówi po angiel­sku bar­dzo sła­bo, a nawet wca­le. Wbrew pozo­rom to bar­dzo pozy­tyw­ne zasko­cze­nie i dzia­ła tera­peu­tycz­nie. My, Pola­cy, czę­sto mamy mnó­stwo kom­plek­sów i blo­ka­dę ze wzglę­du na nasz poziom języ­ka. Zupeł­nie nie­po­trzeb­nie, bo nie jest z nami źle. I nie mówię tu o ludziach, któ­rzy uczy­li się angiel­skie­go na tip-top, ale o więk­szo­ści! Sto­sun­ko­wo bar­dzo wie­lu Pola­ków zna pod­sta­wo­wą gra­ma­ty­kę i tyle słó­wek, że zupeł­nie wystar­cza­ją one w pod­sta­wo­wej komu­ni­ka­cji.
To, co jest nega­tyw­ną, ale dosyć zabaw­ną cechą Lon­dy­nu, to nie­do­stęp­ność takich ele­men­tów prze­strze­ni miej­skiej, bez któ­rych nie wyobra­ża­my sobie metro­po­lii. Ści­słe cen­trum nie­mal pozba­wio­ne jest publicz­nych toa­let, koszy na śmie­ci i otwar­tych póź­nym wie­czo­rem skle­pów. Po pew­nym cza­sie wcho­dzi ci w nawyk, żeby zawsze sko­rzy­stać z łazien­ki kie­dy możesz, bo potem będziesz dra­ło­wać przez pół mia­sta do naj­bliż­szej toa­le­ty (albo nauczysz się bez opo­rów uży­wać jej w barach, w któ­rych nicze­go nie kupi­łeś). Jeśli w trak­cie wie­czor­nej wyciecz­ki po cen­trum zechcesz coś kupić, to czę­sto musisz wra­cać do głów­nej uli­cy i szu­kać skle­pi­ku lub więk­sze­go super­mar­ke­tu czyn­ne­go po 17:00, któ­rych wbrew pozo­rom nie ma zbyt wie­le. Nie chcia­ła­bym prze­sa­dzać — po pro­stu Lon­dyn to olbrzy­mie mia­sto, więc natu­ral­nie i odle­gło­ści są duże, ale o powszech­no­ści noc­nych skle­pów w cen­trum trze­ba zapo­mnieć. To nie­sa­mo­wi­te, jak nie­któ­re oko­li­ce potra­fią zamie­rać po godzi­nach pra­cy biu­row­ców. Na szczę­ście poza tury­stycz­no-biu­ro­wym cen­trum jest zupeł­nie nor­mal­nie, mamy dużo skle­pów i wszyst­ko jest na swo­im miej­scu.

Kon­fa­bu­la: Począt­ko­wo pod­czas mojej obec­no­ści w Lon­dy­nie prze­ra­ża­ło mnie ile kosz­tu­je życie, bo prze­li­cza­łam je na zło­tów­ki. Jed­nak pen­sja też jest tu wyż­sza. Jak się mają zarob­ki do codzien­ne­go życia?
Ilo­na: Ist­nie­je taka teza, że życie w Lon­dy­nie jest bar­dzo dro­gie… I tak, i nie. Jest dro­go, jeśli porów­na­my kosz­ty życia do innych regio­nów Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ceny trans­por­tu i wynaj­mu miesz­ka­nia potra­fią zwa­lić z nóg, ale… w pro­por­cji do pen­sji są bar­dzo zbli­żo­ne do wydat­ków na życie w Pol­sce. Żyw­ność jest dużo tań­sza, niż w naszym kra­ju: za boche­nek chle­ba czy litr mle­ka zapła­ci­my od 80 pen­sów do 2 fun­tów — w zależ­no­ści od miej­sca zaku­pu. Z wynaj­mem jest gorzej, bo Lon­dyn jest prze­peł­nio­ny, co pod­bi­ja staw­ki czyn­szu. Wyna­jem kawa­ler­ki w zależ­no­ści od dziel­ni­cy to wyda­tek rzę­du przy­naj­mniej 1000 fun­tów mie­sięcz­nie, a powie­dzia­ła­bym, że to dosyć ostroż­ny sza­cu­nek. W innych regio­nach Wiel­kiej Bry­ta­nii jest znacz­nie taniej.
Jeśli cho­dzi o Lon­dyn — mylą­ca jest śred­nia pen­sja, któ­rą czę­sto przyj­mu­je się za wyznacz­nik pozio­mu życia. Jest z nią tro­chę tak, jak w Pol­sce — niby wyno­si oko­ło 3,5 tys. fun­tów, ale w rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo wie­le osób zara­bia staw­kę mini­mal­ną. Mimo tego nawet z naj­niż­szej pła­cy stać cię na pod­sta­wo­we potrze­by i przy­jem­no­ści.

Kon­fa­bu­la: Nigdy nie zapo­mnę moje­go pierw­sze­go kęsa fry­tek z octem… Dla Angli­ków to nor­mal­na potra­wa, dla nas – ich spe­cjal­ność, nie­ko­niecz­nie pysz­na. Jakie jesz­cze jedze­nie jest typo­we dla bry­tyj­skiej kuch­ni?
Ilo­na: Naj­częst­szym tema­tem, któ­ry nasu­wa się w roz­mo­wie o Wyspach jest jedze­nie. Chy­ba każ­dy zna legen­dę o Pola­ku na emi­gra­cji, któ­ry pła­cze za pol­skim mle­kiem i chle­bem. Nie­ste­ty, jest w niej ziar­no praw­dy, ale pozo­sta­łe pro­duk­ty w skle­pach są podob­ne jak te w każ­dym super­mar­ke­cie świa­ta.
Nie­ste­ty, są i tren­dy, co do któ­rych mam nadzie­ję, że nigdy do Pol­ski nie dotrą. Teraz mod­ny jest styl eko­lo­gicz­no-fit­nes­so­wy. Szcze­gól­nie roz­ba­wia mnie zawsze spe­cjal­na pół­ka z prze­ką­ska­mi w pew­nym super­mar­ke­cie — opi­sa­na dużą nazwą „Poma­ga­my ci jeść bez cukru”, a na niej… pra­żo­ne chip­sy w róż­nych sma­kach, popcorn i zup­ki chiń­skie. No cóż, rze­czy­wi­ście bez cukru. Takie ten­den­cje poja­wia­ją się i u nas, ale w UK to jak pla­ga.
Tutej­sze sma­ki są tro­chę mdłe, a typo­we śnia­da­nie — faso­la na toście — to chy­ba naj­czę­ściej wyśmie­wa­na potra­wa świa­ta. Muszę jed­nak posta­wić się tej kry­ty­ce i powie­dzieć, że tra­dy­cyj­na kuch­nia bry­tyj­ska ma też dobre potra­wy. Fasze­ro­wa­ne plac­ki uwiel­biam, a dobrze usma­żo­na ryba jest świet­na. Szko­da tyl­ko, że wypie­ra je wszech­obec­ny fast-food. Z dru­giej stro­ny wła­śnie tu moż­na spró­bo­wać sma­ków całe­go świa­ta — bo w Lon­dy­nie jest chy­ba każ­dy typ restau­ra­cji. Z nimi trze­ba być jed­nak ostroż­nym, co opi­sy­wa­łam u sie­bie w poście Kotlet jest nagi.

View this post on Insta­gram

Typo­wa Lon­dyń­czycz­ka.

A post sha­red by Ilo­na (@ilona_chillife) on

Kon­fa­bu­la: Lon­dyn to pięk­ne, ale zabie­ga­ne i cia­sne mia­sto. Jak moż­na się w nim odna­leźć?
Ilo­na: O Lon­dy­nie mówi się, że to uza­leż­nia­ją­ce mia­sto. Podob­no jeśli raz tu zamiesz­kasz, już zawsze będziesz się bał wypro­wa­dzić — myśląc, że wszyst­ko, co waż­ne, ma miej­sce tutaj. I to się spraw­dza! Rze­czy­wi­ście, Lon­dyn ma wady typo­we dla wiel­kiej metro­po­lii, nie moż­na temu zaprze­czyć. Pra­cu­je­my za dużo, za mało śpi­my i pół życia spę­dza­my w metrze — ale w ser­cu czu­je­my, że żyje­my w świet­nym miej­scu. Mnie nic tak nie wyna­gra­dza trud­ne­go tygo­dnia w pra­cy, jak sobot­ni pora­nek w cen­trum — nawet kie­dy posztur­chu­ją mnie wyciecz­ki szkol­ne i tysią­ce tury­stów.
O samych Angli­kach mówi się, że są bar­dziej uprzej­mi w codzien­nych kon­tak­tach. Tra­dy­cyj­na roz­mo­wa w super­mar­ke­cie brzmi podob­no: — Prze­pra­szam, czy Pan tu stoi? — Prze­pra­szam, nie! — A, to prze­pra­szam. To się udzie­la i rze­czy­wi­ście panu­je dale­ko posu­nię­ta kur­tu­azja. Lon­dyn to też mia­sto wie­lo­kul­tu­ro­we i moż­na tu spo­tkać ludzi urze­ka­ją­cych tym, jak bar­dzo się od sie­bie róż­nią. W tutej­szym spo­so­bie bycia fan­ta­stycz­ne jest to, że w kon­tak­tach na uli­cy nikt nie zwra­ca uwa­gi na to, jak wyglą­dasz i co robisz. W bar­dziej oso­bi­stych rela­cjach nie da się tego unik­nąć, ale w miej­scach publicz­nych nie ma zwy­cza­ju przy­glą­da­nia się obcym, choć­by wyglą­da­li naj­dziw­niej na świe­cie.

Kon­fa­bu­la: Pra­cu­jąc w Lon­dy­nie spo­tka­łam się tyl­ko raz ze złym trak­to­wa­niem ze wzglę­du na przy­na­leż­ność naro­do­wą – i to ze stro­ny innych Sło­wian (nie tyl­ko Pola­ków!). Jak Angli­cy reagu­ją na to, że jesteś Polką?
Ilo­na: Postrze­ga­nie Pola­ków w Anglii to znów popu­lar­ny temat — przez Bre­xit. Pra­cu­ję w mediach, więc jestem na bie­żą­co z angiel­ski­mi komu­ni­ka­ta­mi pra­so­wy­mi i fakt, poja­wi­ło się kil­ka incy­den­tów kse­no­fo­bicz­nych. Z kolei pol­skich mediów raczej nie śle­dzę, więc roz­ba­wi­ły mnie donie­sie­nia o fali nie­na­wi­ści pod adre­sem Pola­ków. W rze­czy­wi­sto­ści nic takie­go nie mia­ło miej­sca. Incy­den­tów nie było wię­cej, nie były bar­dziej bru­tal­ne — a jeśli tak się wyda­wa­ło, to tyl­ko przez roz­dmu­cha­ne new­sy.
Oso­bi­ście nigdy nie spo­tka­łam się z nie­chę­cią skie­ro­wa­ną pod moim adre­sem dla­te­go, że jestem Polką. Wręcz prze­ciw­nie, sły­szę czę­ściej, że Pola­cy są pra­co­wi­ci, przy­ja­ciel­scy i gościn­ni. Być może to dla­te­go, że miesz­kam w Lon­dy­nie, a nie w mniej­szym mie­ście, gdzie mniej jest też imi­gran­tów — ale ogól­nie uwa­żam, że Pola­cy mają raczej dobrą opi­nię na Wyspach Bry­tyj­skich.
Smut­ne jest to, że bar­dzo złą opi­nię o Pola­kach na Wyspach powie­la­ją sami Pola­cy. Mówi się w naszych krę­gach, że „Polak Pola­ko­wi wil­kiem”, tym­cza­sem jest wie­lu Pola­ków, któ­rzy chęt­nie poma­ga­ją innym. Nie wiem, skąd bie­rze się ta ten­den­cja do narze­ka­nia na wła­sny naród, bo według mnie wśród naszych jest taka sama pro­por­cja dobrych i złych ludzi, jak wśród ludzi każ­dej naro­do­wo­ści.

Kon­fa­bu­la: Prze­by­wa­jąc dłu­żej w jakimś kra­aju czę­sto moż­na poznać ludzi po akcen­cie. Mnie naj­bar­dziej bawił angiel­ski osób pocho­dzą­cych z Fran­cji — za nic nie mogłam ich zro­zu­mieć. A już twier­dze­nie kucha­rza z Sara­je­wa, że „Monia, you is very good stuff!”, któ­ry miesz­kał w Lon­dy­nie ponad 10 lat, dopro­wa­dza­ło mnie do łez. Ze śmie­chu oczy­wi­ście! A Ty mia­łaś jakieś śmiesz­ne sytu­acje?
Ilo­na: Kie­dy bywa­łam w Lon­dy­nie jesz­cze nie na sta­łe, cza­sem podej­mo­wa­łam się doryw­czych prac, dzię­ki któ­rym mogłam być tu kil­ka tygo­dni i zwie­dzać, nie haru­jąc na to wcze­śniej w Pol­sce. Spe­cy­fi­ka jed­nej z tych posad była taka, że każ­de­go dnia pra­co­wa­ło się w innym rejo­nie mia­sta i z inny­mi ludź­mi. Jak wia­do­mo, wie­lu Bry­tyj­czy­ków ma indyj­skie korze­nie — czy­li uro­dzi­li się tu, ale ich rodzi­ny pocho­dzą z Indii i zacho­wu­ją tam­tej­szą tra­dy­cję, kul­ty­wu­ją świę­ta, roz­ma­wia­ją w hin­di. Pra­co­wa­łam tego dnia wła­śnie z takim chło­pa­kiem.
Na samym począt­ku zmia­ny mój współ­pra­cow­nik o coś mnie zapy­tał, a ja nie zro­zu­mia­łam o co mu cho­dzi. Popro­si­łam o powtó­rze­nie, ale nie­ste­ty za dru­gim razem było tak samo. W efek­cie oko­ło dzie­się­ciu razy pro­si­łam go o powtó­rze­nie, coraz bar­dziej zaże­no­wa­na. Dopie­ro wte­dy zro­zu­mia­łam pyta­nie — brzmia­ło “What is your name?”. No cóż…
Mój współ­pra­cow­nik potem pró­bo­wał się jesz­cze dowie­dzieć, gdzie i co stu­diu­ję! A ja wła­śnie wte­dy zro­zu­mia­łam, że to, co mia­łam za hin­di, to angiel­ski z bar­dzo sil­nym indyj­skim akcen­tem (dla porów­na­nia moż­na posłu­chać sobie indyj­skie­go angiel­skie­go na YouTu­be). Do tej pory nie rozu­miem ludzi mówią­cych w ten spo­sób.

Kon­fa­bu­la: Co zabie­rasz ze sobą z Pol­ski?
Ilo­na: Chleb i mle­ko! A tak na poważ­nie, w tutej­szych skle­pach jest wszyst­ko, co mamy w Pol­sce. Pola­cy mają w zwy­cza­ju przy­wo­zić nie­któ­re rze­czy z Pol­ski, ale to nie ze wzglę­du na dostęp­ność, tyl­ko jakość i ceny. Jeden towar, z któ­rym mie­wam pro­blem, to twa­róg — Angli­cy czę­sto nawet nie wie­dzą, co to jest, bia­ły ser koja­rzy im się tyl­ko z solo­ną fetą. Takie rze­czy moż­na już jed­nak dostać: jeśli nie w mar­ke­tach, to w pol­skich skle­pach, któ­rych jest tu bez liku.
Ja oso­bi­ście zabie­ram z Pol­ski książ­ki i gaze­ty, bo nie lubię czy­tać po angiel­sku w cza­sie wol­nym. Czę­sto zama­wiam też pol­skie kosme­ty­ki, któ­re bar­dziej lubię. Rów­nież nie­któ­re ubra­nia wolę kupo­wać w Pol­sce — zwłasz­cza, jeśli zale­ży mi na jako­ści. Za kwo­tę, któ­rą tutaj prze­zna­czy­ła­bym na zakup butów czy kurt­ki śred­niej sie­cio­wej mar­ki, w Pol­sce mogę kupić rzecz pol­skiej mar­ki lub bez met­ki, za to dobrej jako­ści.

Fot. 1 Mar­tin Mon­roe, CC BY-SA 2.0


Je­śli lu­bisz po­dróże z pal­cem po ma­pie, co śro­dę za­pra­szam na wy­prawę z jed­ną z Pol­ek miesz­ka­ją­cych za gra­nicą. Wpi­sy już pu­bli­ko­wane znaj­dzie­cie tu.

11 komentarzy

  • Roman Sidło

    Ilo­na <333

    Z ogrom­ną przy­jem­no­ścią i cie­ka­wo­ścią prze­miesz­cza­łem swój wzrok od tytu­łu aż po ostat­nią krop­kę 🙂

  • Pomysl na zmiane

    Cie­ka­wa opowieść.Mieszkam w Holan­dii i zawsze inspi­ru­ją­ce oraz zaska­ku­ją­ce są opo­wie­ści od roda­ków miesz­ka­ją­cych w ”świe­cie”. Takie opo­wie­ści ”od pod­szew­ki” 🙂

  • Magda Bek (Lekka Zmiana Mamy)

    Mam bar­dzo faj­ne wspo­mnie­nia zwią­za­ne z Lon­dy­nem (byłam 2 razy pod­czas stu­diów na całe waka­cje, rów­nież w pra­cy:) ) , ale jakoś bar­dzo dobrze koja­rzy mi się to mia­sto mimo, że jest bar­dzo duże, a cza­sem podróż auto­bu­sem potra­fi zająć godzi­nę czy dwie. Ale mimo to — ma jakiś swój kli­mat — przy­naj­mniej dla mnie. Nawet te dłu­gie podró­że czer­wo­nym auto­bu­sem były dla mnie przy­jem­ne, bo mogłam dzię­ki nim wię­cej zoba­czyć i co cie­ka­we — nigdy mi się nie nudzi­ły:) Mam nadzie­ję, że będę mia­ła oka­zję odwie­dzić to mia­sto jesz­cze raz 🙂 Dzię­ki Ilo­na za faj­ną rela­cję !

  • Joanna - progresuj.pl

    Prze­czy­ta­łam z zacie­ka­wie­niem jak na praw­dzi­wą anglist­kę przy­sta­ło. Mnie wie­le rze­czy zasko­czy­ło w Lon­dy­nie i samej Anglii. Oprócz nie­zja­dli­wych dla mnie śnia­dań naj­więk­szym zasko­cze­niem było to, że jako oso­ba już stu­diu­ją­ca angli­sty­kę nie mogłam się na uli­cach doga­dać — tak bar­dzo róż­ni się tej język od tego, któ­ry jest naucza­ny w naszych szko­łach 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *