Dwie połówki pomarańczy

Dwie połówki pomarańczy Image

Dwie połówki pomarańczy

Patrzysz z rozrzewnie­niem na stare fotografie. Na nich ty, w kwiecis­tej hin­duskiej sukience i on – w glanach i z irokezem na głowie. Albo ty w gar­ni­turze, on w spod­ni­ach-dzwonach i lenonkach na nosie. Albo jeszcze inaczej. Na pier­wszy rzut oka kom­plet­nie do siebie nie pasu­je­cie. Nawet nie spo­jrza­łabyś na imprezie na tego bru­dasa, on patykiem nie dotknął­by takiej ide­al­ist­ki czy per­fekcjon­ist­ki jak ty. A jed­nak utonęłaś w jego oczach, a on dotykał i to nie tylko patykiem…

Dwie połówki pomarańczy

Podob­no ludzie kocha­ją­cy się powin­ni do siebie pasować, być jak dwie połów­ki pomarańczy. Nie słysza­łam więk­szej bzdury! Gdy­by tak było, więk­szość znanych mi szczęśli­wych par nawet nie pomyślało­by o byciu razem. Co jest więc siłą scala­jącą związek? Papierek? Dziecko? Kredyt? A może coś zupełnie innego?

Kiedyś zadałam głupie pytanie. Tak głupie, na ile może zapy­tać nas­to­lat­ka: „Kochasz mnie?”. Odpowiedź była jed­noz­nacz­na. Nie to jed­nak spraw­iało, że uważam pytanie za najwięk­sza swo­ją głupotę. Kocha­ją­ca mnie oso­ba zapy­tała: „A ty?”. A ja, jak na twar­do stą­pa­jącą real­istkę przys­tało, odpowiedzi­ałam: „Nie wiem.” Najwięk­szy błąd życia – pytać o coś, czego samemu nie moż­na dać wiary…

Dlaczego co rano budzisz się u boku tego samego fac­eta? Dlaczego on codzi­en­nie gładzi twój policzek na dobra­noc? Co takiego spraw­ia, że dwo­je niez­nanych sobie ludzi stwierdza, że warto zaryzykować i być razem? Tylko chemia i fer­omo­ny?

Podob­no w związku ważne jest nie tylko własne dobro, ale rezy­gnac­ja z siebie, ze swo­jego zda­nia. Mogłabym pod­nieść larum i wykrzy­czeć „Jak to?! Prze­cież każdy powinien być sobą!”, ale to nie tak. Będąc w związku nie jesteśmy aktora­mi na sce­nie, nie przy­chodzi prze­cież moment, gdy kończy się spek­takl i ściągamy mas­ki. Związek to gra zespołowa. To nie zlepek indy­wid­u­al­noś­ci, ale jeden twór. Zgranie tej grupy to clou sprawy.

Czy oznacza to, że powin­niśmy być jed­no­myśl­ni? Nic bardziej myl­nego. Gdy­bym chci­ała jed­no­myśl­noś­ci, wyszłabym za mąż za swo­jego klona. Albo bra­ta-bliź­ni­a­ka. Z braku jed­nego i drugiego powin­nam sobie spraw­ić kota i żyć jak stara pan­na.

A jednak się kręci!

Nie jestem osobą nud­ną, ale powiem szcz­erze – nie chci­ałabym być z taką indy­wid­u­al­noś­cią jaką jestem ja sama. No nie ma mowy! Nie wytrzy­małabym z dru­ga taką jak ja! Nawet jed­nego dnia! Szcz­erze podzi­wiam wszys­t­kich, którzy z włas­nej, nieprzy­mus­zonej woli chcą się ze mną kumplować, przy­jaźnić czy nawet mnie kochać. To istne psy­chiczne harakiri! Dlat­ego nigdy nie szukałam oso­by takiej jak ja. Wszyscy moi blis­cy z wyboru (czyli nie rodz­i­na) to oso­by kom­plet­nie różne ode mnie. Cza­sem moż­na nawet się zas­tanaw­iać jakim cud­em może­my się porozu­miewać.

To zarazem łatwe i trudne: wystar­czy roz­maw­iać, dochodz­ić do kom­pro­misów i nie trak­tować ich jako zło konieczne, brak władzy czy porażkę. Bo w związku nie jest potrzeb­na jed­no­li­tość, równość, tożsamość, a jed­ność. To nie mają być ide­alne połów­ki jabł­ka czy pomarańczy, ale mają się stykać ide­al­nie w miejs­cu złączenia. I tylko tam.

Fot. Chris­tine Majul, CC BY 2.0

Autor | Monika Kilijańska Komentarze | 0 Data | 10 czerwca 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Całkiem poważnie

Otagowano: