Od soli brzuszek boli

Od soli brzuszek boli Image

Od soli brzuszek boli

By­łam wte­dy na­sto­lat­ką. Do­sta­wa­łam co­dzien­nie li­sty od swo­jej sym­pa­tii. Pi­sa­li­śmy je na prze­rwach, gdyż w dni po­wsze­dnie mo­gli­śmy spo­tkać się tyl­ko przez kil­ka mi­nut, cze­ka­jąc na mój au­to­bus. Ja cho­dzi­łam do li­ceum, a on do tech­ni­kum na dru­gim koń­cu mia­sta. Kie­dyś na po­że­gna­nie po­wie­dział mi kom­ple­ment, pa­ra­fra­zu­jąc po­pu­lar­ną wte­dy re­kla­mę bo­daj­że zupy, że je­stem „nie to co inne – sama sól”.

Sól. Do­kład­nie chlo­rek sodu, NaCl. Jak zjesz szczyp­tę, to po­czu­jesz smak. Sło­ny. Jak zjesz łyż­kę, to być może zwy­mio­tu­jesz. Ale tyl­ko jak zjesz łyż­kę na­raz – jak po szczyp­cie do każ­dej po­tra­wy, to nie po­czu­jesz, nie zwró­cisz. Zjesz i dwie. A z przy­ja­cie­lem na­wet przy­sło­wio­wą becz­kę soli. Ale sól to nie tyl­ko przy­jem­ność pod­nie­bie­nia – to tak­że ból. Kie­dyś w ra­mach tor­tu­ry po­sy­py­wa­no rany solą. Pie­kło nie­mi­ło­sier­nie. Są na­wet o niej baj­ki: o tym dla­cze­go woda mor­ska jest sło­na („Ba­jar­ka opo­wia­da”), ja­kie wia­no wnio­sła księż­nicz­ka Kin­ga, o soli cen­niej­szej niż zło­to.

Te­raz o soli jest gło­śno. Bo na sto­łów­ce szkol­nej czy w przed­szkol­nej zu­pie sól to to­war za­ka­za­ny.

By­łam dziec­kiem uwiel­bia­ją­cym sól. Jed­no z mo­ich wcze­snych wspo­mnień jest dość wy­raź­ne: cho­dzę po po­dwór­ku z wiecz­kiem od pu­deł­ka, w któ­rym bab­cia trzy­ma­ła sól. To wiecz­ko jest też peł­ne soli, a ja tą sól liżę i liżę, jak li­za­ka. Tak jak inni po­tra­fi­li wy­ja­dać cu­kier z cu­kier­ni­cy, tak ja po­tra­fi­łam opróż­nić sol­nicz­kę.

So­li­łam wszyst­ko so­len­nie. Sos mu­siał być sło­ny, zupa, ma­ka­ron, ziem­nia­ki też. Jak za cza­sów stu­denc­kich na sto­łów­ce po­da­no tłuszcz z ja­jecz­ni­cą (taka pro­por­cja – tłusz­czu było wię­cej niż ja­jek), to so­li­łam bez opa­mię­ta­nia, bo za­bi­ja­ło to wstręt­ny smak smal­cu. A stu­dent to taka do­bra świ­nia i wszyst­ko zje. I się ja­dło.

No może nie­mow­la­ki, te je­dzą­ce sło­icz­ki dla dzie­ci, to jesz­cze cza­sa­mi mają nie­do­pra­wio­ne solą obiad­ki. Ale na­dal zda­rza­ją się mamy twier­dzą­ce, że trze­ba do­so­lić, bo prze­cież ta­kie­go mdłe­go obia­du dziec­ko jeść nie chce. Tyl­ko skąd dziec­ko ma wie­dzieć że lubi słod­ki czy sło­ny smak? Od ro­dzi­ca!

Nie po­wiem – sama bę­dąc mamą cza­sem do­da­wa­łam przy­pra­wy do sło­icz­ków dla dzie­ci. Ale było to ore­ga­no, ty­mia­nek, ba­zy­lia, ma­je­ra­nek. Taka mar­chew­ka z kur­cza­kiem pach­nia­ła wte­dy jak naj­lep­sza zupa po­mi­do­ro­wa. A wszyst­ko to bez soli, bez ulep­sza­czy sma­ku, bez ben­zo­esa­nu.

Je­stem jak naj­bar­dziej za tym, by w szko­łach i przed­szko­lach ogra­ni­czo­no cu­kier i sól, by dzie­ci zdro­wo się od­ży­wia­ły i na­bie­ra­ły na­wy­ki nie­so­le­nia. Sama już kil­ka lat temu ogra­ni­czy­łam sól i cu­kier. Solę tyl­ko mię­sa, zup nie ro­bię na ko­st­ce, her­ba­ty nie sło­dzę. Nie po­pa­dam jed­nak w prze­sa­dyzm. Dziś na obiad ogór­ko­wa. Z wła­snych uki­szo­nych ogór­ków. Do ki­sze­nia uży­łam soli. Kom­pot jest sło­dzo­ny, droż­dżów­ka z kru­szon­ką. Bo w kuch­ni trze­ba z umia­rem, bez prze­sa­dy­zmu w ja­ką­kol­wiek stro­nę.

Wpis za­wie­ra link pro­mo­cyj­ny.

Fot. Ja­mes Lee, CC BY 2.0

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 2 października 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Dla dorosłych

Otagowano: