Całkiem poważnie

Od soli brzuszek boli czyli sól w diecie

Byłam wtedy nastolatką. Dostawałam codziennie listy od swojej sympatii. Pisaliśmy je na przerwach, gdyż w dni powszednie mogliśmy spotkać się tylko przez kilka minut, czekając na mój autobus. Ja chodziłam do liceum, a on do technikum na drugim końcu miasta. Kiedyś na pożegnanie powiedział mi komplement, parafrazując popularną wtedy reklamę bodajże zupy, że jestem „nie to co inne – sama sól”. Ale jak to naprawdę jest z tą solą w diecie?

Czym jest sól?

Sól. Dokładnie chlorek sodu, NaCl. Jak zjesz szczyptę, to poczujesz smak. Słony. Jak zjesz łyżkę, to być może zwymiotujesz. Ale tylko jak zjesz łyżkę naraz – jak po szczypcie do każdej potrawy, to nie poczujesz, nie zwrócisz. Zjesz i dwie. A z przyjacielem nawet przysłowiową beczkę soli. Ale sól to nie tylko przyjemność podniebienia – to także ból. Kiedyś w ramach tortury posypywano rany solą. Piekło niemiłosiernie. Są nawet o niej bajki m.in. w fantastycznej książce „Bajarka opowiada”: o tym dlaczego woda morska jest słona, jakie wiano wniosła księżniczka Kinga, o soli cenniejszej niż złoto.

Sól w diecie

Dietetycy określają dzienne zapotrzebowanie na chlorek sodowy na poziomie 5 g – czyli jednej płaskiej łyżeczki. Jednak dość łatwo przesadzić z jej ilością, bo jest praktycznie w każdym spożywanym produkcie: chlebie, kiełbasach i serach, a czasem nawet w cukrze. Najwięcej soli mają dania gotowe, instant oraz wysoko przetworzone. Czyli te, po które najczęściej sięgamy, by szybko zaspokoić głód.

Zbyt wysoki poziom chlorku jodu w organizmie może spowodować bóle brzucha, wymioty czy biegunkę. Najbardziej jednak wszystkim obciąża układ krążenia: powoduje nadciśnienie i niewydolność serca oraz zwiększa. Sól „zatrzymuje” w komórkach wodę, przez co nie tylko zwiększa ciśnienie krwi, ale także powoduje jej zatrzymanie w organizmie.

Ja i sól

Byłam dzieckiem uwielbiającym sól. Jedno z moich wczesnych wspomnień jest dość wyraźne: chodzę po podwórku z wieczkiem od pudełka, w którym babcia trzymała sól. To wieczko jest też pełne soli, a ja tą sól liżę i liżę, jak lizaka. Tak jak inni potrafili wyjadać cukier z cukiernicy, tak ja potrafiłam opróżnić solniczkę.

Soliłam wszystko solennie. Sos musiał być słony, zupa, makaron, ziemniaki też. Jak za czasów studenckich na stołówce podano tłuszcz z jajecznicą (taka proporcja – tłuszczu było więcej niż jajek), to soliłam bez opamiętania, bo zabijało to wstrętny smak smalcu. A student to taka dobra świnia i wszystko zje. I się jadło.

Sól w diecie małych dzieci

No może niemowlaki, te jedzące słoiczki dla dzieci, to jeszcze czasami mają niedoprawione solą obiadki. Ale nadal zdarzają się mamy twierdzące, że trzeba dosolić, bo przecież takiego mdłego obiadu dziecko jeść nie chce. Tylko skąd dziecko ma wiedzieć że lubi słodki czy słony smak? Od rodzica!

Nie powiem – sama będąc mamą czasem dodawałam przyprawy do słoiczków dla dzieci. Ale było to oregano, tymianek, bazylia, majeranek. Taka marchewka z kurczakiem pachniała wtedy jak najlepsza zupa pomidorowa. A wszystko to bez soli, bez ulepszaczy smaku, bez benzoesanu.

Sól w szkolnych stołówkach

Teraz o soli jest głośno. Bo na stołówce szkolnej czy w przedszkolnej zupie sól to towar zakazany. Jestem jak najbardziej za tym, by w szkołach i przedszkolach ograniczono cukier i sól, by dzieci zdrowo się odżywiały i nabierały nawyki niesolenia. Sama już kilka lat temu ograniczyłam sól i cukier. Solę tylko mięsa, zup nie robię na kostce, herbaty nie słodzę. Nie popadam jednak w przesadyzm. Dziś na obiad ogórkowa. Z własnych ukiszonych ogórków. Do kiszenia użyłam soli. Kompot jest słodzony, drożdżówka z kruszonką. Bo w kuchni trzeba z umiarem, bez przesadyzmu w jakąkolwiek stronę.

Wpis zawiera link promocyjny.

Fot. James Lee, CC BY 2.0