Całkiem wychowawczo

Dać upaść czy nie dać? Oto jest pytanie! Czy dać dziecku popełnić błąd?

Upa­da­my. Od dziec­ka zma­ga­my się z upad­ka­mi. Naj­pierw, bo nie potra­fi­my cho­dzić. Potem: bo sznu­ro­wa­dła, bo na kost­ce pod­czas gry wypa­da nie ta licz­ba oczek, bo za mało wie­my, bo nie mamy zna­jo­mo­ści, bo nam nie idzie. Ale to dobrze upa­dać, zno­wu i zno­wu i wsta­wać.

Dlaczego o tym piszę?

Ja i mój pier­wo­rod­ny mamy pro­blem z prze­gry­wa­niem. Od kie­dy pamię­tam lubi­łam grać w gry plan­szo­we z rodzi­ca­mi. Chiń­czyk, Euro­bus­si­nes czy wymy­śla­ne przez moje­go tatę gry ryso­wa­ne z pie­ty­zmem na blo­ku tech­nicz­nym były super do momen­tu, kie­dy nie uda­wa­ło mi się wygrać. Wte­dy były łzy, smu­tek i rezy­gna­cja. Zupeł­nie tak samo ma Arti i gdy­by nie zro­zu­mie­nie jego sytu­acji pew­nie było­by cięż­ko prze­pra­co­wać ją na tyle, by dawał radę nie ze łza­mi prze­gry­wać.

Serce matki to nie gra

Mię­dzy mną a Artim jest sil­na więź. W koń­cu to dzię­ki nie­mu sta­łam się mat­ką. To jego pierw­sze­go tuli­łam w ramio­nach i na nim testo­wa­łam moje umie­jęt­no­ści wycho­waw­czo-edu­ka­cyj­ne. Macie­rzyń­stwo obu­dzi­ło we mnie lwi­cę: teraz śmia­łam się w twarz każ­de­mu upad­ko­wi, bo czu­łam, że muszę powsta­wać z kolan. Prze­no­sze­nie gór i doko­ny­wa­nie cudów sta­ło się nor­mą, a nie nad­na­tu­ral­ny­mi zdol­no­ścia­mi. W koń­cu tak wła­śnie mają mat­ki.

Ser­ce mat­ki to jed­nak nie jest jakaś gra. Tu nie ma ani licz­ni­ka cza­su, ani loso­wo­ści, ani nie trze­ba speł­niać żad­nych warun­ków, by wygrać. Żeby zaskar­bić sobie miłość mat­ki wła­ści­wie wystar­czy być. Moje mat­czy­ne ser­ce kocha tak samo Artie­go, któ­ry otrzy­mu­je nagro­dy pod koniec roku za dobre wyni­ki w nauce, jak i tego, któ­ry zapo­mi­na zeszy­tu z waż­nym zada­niem domo­wym. Może i cze­piam się o ten nie­od­ło­żo­ny do zmy­war­ki talerz po obie­dzie czy skar­pet­ki obok kosza na brud­ną bie­li­znę, ale nie zmie­ni to miło­ści do syna. Na nią nie trze­ba ani zapra­co­wać, ani zasłu­żyć.

A miłość dziecka?

Wiem, że dzia­ła to tez w dru­gą stro­nę. Praw­do­po­dob­nie nie raz zro­bi­łam nie tak jak powin­nam. Nie raz myli­łam się co do osą­du. Nie raz dawa­łam sło­wo i zapo­mi­na­łam o obiet­ni­cy. Cza­sem wyma­ga­łam wię­cej, bo mie­rzy­łam go wła­sną mia­rą. Bo ja dawa­łam radę, to cze­mu on nie mógł? Tak jak dla mnie, mat­ki, rze­czą ludz­ką jest się mylić i popra­wiać swo­je zacho­wa­nie, tak samo Ty możesz się synu mylić i wycią­gać wnio­ski z lek­cji jaką daje życie. Pamię­taj: nie jest pro­ble­mem upaść, jest pro­ble­mem nie wstać. Nie musisz na siłę być doro­słym. Jesz­cze mnó­stwo cza­su nim będziesz, delek­tuj się więc byciem małym, mło­dym i zwa­rio­wa­nym.

Wstyd się przytulić w pewnym wieku

Zawsze mnie zasta­na­wia­ło cze­mu nie­któ­re dzie­ci wsty­dzą się swo­ich rodzi­ców. Ci sami jako doro­śli czę­sto wsty­dzi­li się np. swo­jej naro­do­wo­ści jeśli wyje­cha­li z Pol­ski, albo zna­jo­mo­ści języ­ka. Ja nigdy nie mia­łam takie­go pro­ble­mu. Jestem dum­na z tego, skąd pocho­dzę: czy to cho­dzi o naród czy to cho­dzi o pod­sta­wo­wą komór­kę spo­łecz­ną. Po Artim widzę, że mimo iż jest prze­cież chłop­cem i mogło­by być to źle ode­bra­ne przez rówie­śni­ków, nie wsty­dzi się podejść przy­tu­lić, iść razem na spa­cer. Aż ser­ce rośnie kie­dy widzi się tą nić przy­jaź­ni mię­dzy nami. Oby nigdy nie zosta­ła prze­rwa­na.

Pierworodny ma pod górkę

Nie­ła­two być pier­wo­rod­nym. To pierw­sze dziec­ko zwy­kle jest uwa­ża­ne za to bar­dziej opa­no­wa­ne, mądrzej­sze. Cza­sem i mnie zda­rza się na chwi­lę cedo­wać wła­sne obo­wiąz­ki i Arti pil­nu­je sióstr jak muszę coś pil­nie zro­bić. Nie wyma­gam jed­nak od nie­go, że mnie zastą­pi. W koń­cu to dziec­ko i nawet upa­dać dopie­ro się uczy.

Fot. Lara-Z, CC BY 2.0

A Wy jak pod­cho­dzi­cie do błę­dów Waszych dzie­ci? Poza­wa­la­cie je popeł­niać czy woli­cie uni­kać?