Książki dla dzieci,  Kulturalnie,  Wychowanie

Dlaczego tak trudno przyznać się do błędu?

Jestem z tych, co potrafią się przyznać do błędu. Ba, często od razu walę prosto z mostu, ze czegoś nie potrafię. Umiem zapytać o drogę i jakich wkrętów kupić do płyty gipsowo-kartonowej. Ale mam problem, by zapytać bliskich o pomoc. Wiem, dziwne, ale tak mam i trudno mi się z tym walczy. Monia przecież da radę, bo jak nie ona to kto? Ale okazało się, że żadne z moich dzieci nie przejęło tego genu po mnie. Dlaczego tak trudno przyznać się im do błędu?

Czemu przyznanie błędu tak przeraża?

Odpowiedz „dlaczego” tkwi w nas samych, w rodzicach. Nie jestem najstabilniejszym emocjonalnie człowiekiem. Raz stłuczona szklanka będzie dla mnie niczym, innym razem wytrąci mnie z równowagi i nawrzeszczę jak za wymordowanie plemienia. Złość w sytuacji konfrontacji z własnym błędem to nic innego jak lęk przed odrzuceniem. Dziecko karane za popełnienie błędu poprzez odebranie uwagi, krzyk czy poniżenie może mieć tendencję do odbierania pojedynczego błędu jako informacji o tym, że wszystko jest w nim błędne. W ten sposób uważa, że całe jest „zepsute”, a każdy błąd będzie albo zacierać lub wypierać, albo stawać na głowie, żeby zrównoważyć je podwójną liczbą sukcesów. Sama często zatajałam złe oceny i stawałam na głowie, by je poprawić zanim będzie wywiadówka. Coś, czego dzieci w dobie dziennika elektronicznego już nie mogą zrobić.

Czy traumatyczne przeżycie też może wywołać poczucie winy o popełnienie błędu?

Czasem nie da się nic zrobić więcej, niż zrobiliśmy. Czasem myślimy instynktownie, robimy rzeczy mechanicznie. Choćby jak w przypadku bohatera książki „Tam, gdzie zawracają bociany” Joanny Jagiełło: potworna burza podczas harcerskiego obozu nic nie zrobiła Szymonowi, udało mu się ujść z żywiołu z życiem. Nie poczekał jednak na kolegę, gnał co sił do wody, miejsca, gdzie nie łamały się nad głowami drzewa niczym zapałki, mimo iż i woda w czasie burzy z piorunami najbezpieczniejsza nie była. Wszyscy mówili, że był bohaterem. Że przeżył. Ale Szymon nie mógł sobie darować, że jego kolega Mateusz został w namiocie sam, że nie wyciągnął go na siłę, że nie poczekał. Może gdyby to zrobił, ten nie byłby teraz w śpiączce? O tym, że nie czekał na kolegę, ze nie wiedział nawet czy ten biegł za nim, nie powiedział nikomu. Przecież to nie honorowe, nieharcerskie zachowanie.

Przyznanie się do błędu a wpływ na losy innych

Bohaterka książki, Lena, miała problem z przyznaniem się do winy. Owszem, ona przyznała się, ale odczuła skutki cudzego zatajenia informacji. Na wycieczce nie tylko ona piła alkohol, ale tylko ona została za to ukarana. Jej chłopak, Tymon, nawet słówkiem nie pisnął, że to jego pomysł. Przecież wystarczy, że jedną osobę ukarali, po co miał się mieszać jeszcze on? Czasem trudność z przyznaniem się do błędu wpływa i na innych.

Zatajanie błędu aż po grób?

Jest jeszcze ktoś, kto bardzo, ale to bardzo długo nie przyznawał się do błędu. Nie dlatego, że chciał uniknąć kary ale dlatego, że bał się wyjawić sekret. To dziadek Szymona, pan Józef. Przed laty pracował w szpitalu psychiatrycznym i czasem zdarzało mu się podczas swojej zmiany wymknąć na schadzkę do pobliskiego lasu. Żeby mu chorzy przypadkiem nie uciekli, zamykał wejściowe drzwi na klucz. Pech chciał, że podczas jednego z takich wypadów budynek stanął w płomieniach. Pan Józef zataił spotkanie, by ochronić osobę, z która się spotykał, którą kochał. Stało się to w sumie przekleństwem dla wszystkich wokoło niego i nic z tego dobrego nie wynikło. Taka tajemnica zżerała go wręcz od środka. Czy warto?

Ciekawostka na temat książki

Przytoczone przeze mnie tragiczne wydarzenia: śmiercionośna burza czy pożar szpitala psychiatrycznego, wcale nie są wymysłem autorki, ale zdarzyły się naprawdę.

Pożar w szpitalu psychiatrycznym w Górnej Grupie

Pożar w 1980 roku w szpitalu psychiatrycznym w Górnej Grupie jest uznawany za jeden z najtragiczniejszych wydarzeń z udziałem straży pożarnej w dziejach współczesnej Polski. 55 pacjentów zginęło, a 26 zostało ciężko rannych. Nie mieli oni szans na ucieczkę: byli przywiązani do łóżek albo w ich pokojach znajdowały się kraty, uniemożliwiając wyjście. Jako dziecko słyszałam o tej tragedii, tym bardziej, że mieszkałam dość blisko miejscowości.

Burze z 2017 roku

Druga, czyli burza, która była przyczyną śmierci dwóch harcerek, zdarzyła się właściwie niedawno, bo w 2017 roku. To wtedy latem w gminie Rytel, a najbardziej w mieszczącej się w środku lasu miejscowości Suszek, przeszła gwałtowna burza. Owszem, były ostrzeżenia o burzy, ale nie takiej, która powaliła w całym województwie pomorskim podległym Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Gdańsku od 30 do 36 mln drzew, czyli blisko 10 tys. hektarów lasu!

Jadąc przez gminę Rytel do dziś możemy napotkać kilka kilometrów zniszczonego co do jednego drzewa lasu. W przypadku takich szkód to aż dziw, że nie było więcej ofiar. Ja, jadąc tą drogą 22, zawsze zwalniam, bo mam łzy w oczach…

Zobacz inne ciekawe książki dla dzieci i sprawdź co znajdziesz na mojej półce dziecięcej.