Całkiem poradnikowo,  Całkiem wesoło

Jak karmić dziecko. Metoda tańca.

Począt­ko­wo nic nie wró­ży tra­ge­dii. Dziec­ko rodzi się zdro­we, ma fałd­ki w miej­scach, o któ­rych ist­nie­niu nawet nie mia­łaś poję­cia, trzy pod­bród­ki, brzu­szek jak Bud­da i dołecz­ki w rumia­nych policz­kach. Okaz zdro­wia. Kar­misz pier­sią na żąda­nie, a żąda czę­sto. Albo kar­misz mle­kiem mody­fi­ko­wa­nym wedle zale­ceń na opa­ko­wa­niu. Nie­waż­ne. Waż­ne, że pedia­tra na każ­dej kolej­nej wizy­cie z apro­ba­tą wpi­su­je kolej­ny dobry wynik na siat­ce cen­ty­lo­wej. Tak trzy­mać!

I nad­cho­dzi ten dzień, kie­dy otwie­rasz pierw­szy sło­iczek lub gotu­jesz pierw­szą eko-mar­chew­kę poda­ro­wa­ną przez bab­cię Kry­się. Mniej­sza o to, czy dziec­ko osią­gnę­ło 4, 5, 6 czy 9 mie­się­cy. Pierw­sza łyżecz­ka lądu­je na pod­ło­dze, dru­ga zosta­je meto­dycz­nie wsma­row­na w blat sto­li­ka, trze­cia we wło­sy, czwar­ta w oko, pią­tą wytrą­ci­ło ci z ręki. Zaczy­nasz podej­rze­wać, że sub­stan­cje zawar­te w poży­wie­niu widocz­nie wchło­ną się przez skó­rę i kom­bi­nu­jesz jak by tu kąpać w mar­chwian­ce lub rosoł­ku. Po mie­sią­cu miej­sce, w któ­rym zwy­kłaś kar­mić dziec­ko wyglą­da jak po przej­ściu hura­ga­nu Katri­na albo poin­ty­li­stycz­ne dzie­ła Seu­ra­ta. Zasta­na­wiasz się nawet czy nie poma­lo­wać pomiesz­cze­nia w moro z domiesz­ką poma­rań­czu.

Wysił­ki są mizer­ne, pedia­tra z dez­apro­ba­tą zdej­mu­je Two­je­go pączusz­ka z wagi, gdy oka­zu­je się, że przy­brał mniej niż zwy­kle. “Ale to pew­nie dla­te­go, że dziec­ko zaczę­ło się ruszać” — sły­szysz, choć oczy­ma wyobraź­ni widzisz zagło­dzo­ne dzie­ci z Etio­pii, na któ­re czai się sęp ane­mii. Robisz bada­nia, wszyst­ko w nor­mie, ale głos szep­cze “za mało się sta­rasz!”. Poda­jesz suple­men­ty die­ty. Jeśli zaczy­nasz pytać samą sie­bie jak kar­mić dziec­ko, to wła­śnie wte­dy zaczy­na się praw­dzi­wy taniec.

Biały walc

W Two­im wyko­na­niu to nie “Panie pro­szą Panów”, a “Mama pro­si Dziec­ko”. Jak­byś mogła to leża­ła­byś nawet krzy­żem, byle zja­dło do koń­ca ten prze­klę­ty sło­iczek. Łzy w oczach, bła­gal­ny wzrok — na młod­sze dzie­ci to nie dzia­ła, ale już nie­któ­re przed­szko­la­ki są na tyle empa­tycz­ne, że dają się namó­wić na kolej­ne­go kęsa. Jeśli to nie poma­ga, posił­ku­jesz się nawet prze­kup­stwem, dzię­ki cze­mu czę­sto nie tyl­ko obiad zjedzony,a le tak­że cukie­rek, cze­ko­la­da, baj­ka obej­rza­na.

Cha — cha

Raz, dwa, cha-cha-cha. Raz, dwa, cha-cha-cha. W buzi lądu­je kolej­na por­cja cia­py. Za mamu­się, za tatu­sia, za bab­cię, za dru­ga bab­cię, za dziad­ka, za cio­cię, za pie­ska, za kot­ka… Oj prze­ki­cha­ne jeśli ma się małą rodzi­nę! Wte­dy zawsze moż­na jeść za ład­ną pogo­dę na dwo­rze.

Boogie-woogie

Śpie­wy, weso­łe plą­sy, prze­bie­ra­nia, jedze­nie w locie, bie­gu i pod­sko­kach: to wła­śnie Twój taniec z dziec­kiem. Nie sku­piasz się na jedze­niu, ale odwra­ca­niu uwa­gi od łyżecz­ki. Każ­dy uśmiech peł­ną gębą nagra­dza­ny jest wepchnię­ciem łyż­ki do pasz­czy. Uwa­ga na zakrztu­sze­nia pod­czas nagłych ata­ków śmie­chu! Dzia­ła na małe dzie­ci, więk­sze mogą sto­so­wać poniż­szy sche­mat:
— Leci samo­lo­cik!
— Nie ma wjaz­du — mówi dziec­ko zakry­wa­jąc usta ręką.

Bolero

Wal­czysz jak tor­re­ador, machasz czer­wo­nym śli­nia­kiem przed ocza­mi, wła­dasz łyż­ką niczym szpa­dą. Ma jeść tu i teraz, tyle ile nało­ży­łaś por­cji i basta. Do sto­li­ka, marsz! Jak nie zje na czas, jest komen­da “Powstań, wycho­dzić!”.

Tango

Do tan­ga trze­ba dwoj­ga. Zasia­da­cie wspól­nie przy sto­le nakry­tym śnież­no­bia­łym obru­sem. Peł­na kul­tur­ka. Jecie naprze­mien­nie: raz Ty, raz ono. Po skoń­czo­nym posił­ku dzię­ku­je­cie sobie nawza­jem, wycie­ra­cie kącik ust wykroch­ma­lo­ną ser­wet­ką, a jeśli przy sto­le zda­rzy się jakiś dżen­tel­men, odsu­wa kobie­tom krze­sła i cału­je w rękę. ĄĘ.

Rock and roll

Ani pasy w krze­seł­ku do kar­mie­nia ani spraw­na ręka trzy­ma­ją­ca ber­be­cia na wła­snych kola­nach nie okieł­zna wier­cą­ce­go się kil­ku­lat­ka. W myśl zasa­dy “wygi­nam śmia­ło cia­ło” dziec­ko wije się jak piskorz i pró­bu­je z całych sił wydo­stać się z potrza­sku. Two­im zada­niem jest tak się do nie­go dosto­so­wać, by nie spadł, nie roz­piął się i by łyż­ka tra­fi­ła pod­czas tego mor­der­cze­go tem­pa zmian pozy­cji cia­ła w odpo­wied­nie miej­sce — do buzi. W sytu­acji kry­zy­so­we przy­da­ją się dyby do kar­mie­nia.

Kozak

Włą­czasz baj­kę i w momen­cie, gdy dziec­ko jest śred­nio kon­tak­tu­ją­ce, zapa­trzo­ne w ekran kar­misz je. Pod­świa­do­mie otwie­ra otwór gębo­wy wte­dy, kie­dy mówisz “zrób Aaaa”. Baj­ka się koń­czy, brzu­szek napeł­nio­ny, ryku zero, wszy­scy zado­wo­le­ni, mama speł­nio­na. Tyl­ko tępo cza­sem mor­der­cze niczym wyścig. Radzę włą­czać dłuż­szą baj­kę.

Jazz

Na obiad masz pomi­do­ro­wą, ale na proś­bę dziec­ka przy­go­to­wu­jesz omlet? Nie je obia­du z wszyst­ki­mi o 12:00 tyl­ko woli dwie godzi­ny póź­niej? Je zupę słom­ką, a maka­ron wybie­ra ręko­ma? Ziem­nia­ki wkle­pu­je w kotlet, a bro­ku­ły zja­da łyżecz­ką? I nie dla­te­go, że nie umie posłu­gi­wać się nożem i widel­cem? To jazz w czy­stej for­mie! Dziec­ko wyra­ża swo­je emo­cje, potrze­by i Ty się do nic dopa­so­wu­jesz. Nie prze­szka­dza Ci to. Wiesz, że z gło­du nie pad­nie, bo jak będzie chcia­ło, to przyj­dzie i powie/pokaże. Je ile chce, kie­dy chce i jak chce. Jest brud­ne i szczę­śli­we. Podob­no inni nazy­wa­ją to BLW, dla mnie to czy­sty jazz!

Fot. Gail, CC BY 2.0

Tre­nin­gi bywa­ją męczą­ce, tre­ner i uczeń nie zawsze podą­ża­ją w takt melo­dii, zda­rza­ją się potknię­cia, bole­sne otar­cia, ale i uśmiech zwy­cię­stwa. Bo każ­de­go dnia jest lepiej. Ale zapy­taj tyl­ko tre­ne­ra:
— Kar­misz?
— Nie, gło­dzę — odpo­wie przez zaci­śnię­te zęby.