Całkiem wychowawczo

Jak motywować dziecko i pogorszyć sobie życie

Rodzi­ce są po to, by uczyć dziec­ko. Ale tak samo jak uczą mądrych i życio­wych rze­czy, jak jedze­nie nożem i widel­cem, kul­tu­ral­ne pozdra­wia­nie zna­jo­mych czy myciem rąk przed posił­kiem, tak samo uczą total­nych bzdur jak strach przed służ­ba­mi mun­du­ro­wy­mi. Zaraz, zaraz… Ale jak to? A tak to: cza­sem chwy­ta­my się sta­rych porze­ka­deł w imię polep­sze­nia sobie chwi­lo­wo życia i zastra­sze­nia malu­cha. Chwy­ta­my się nich w imię dobre­go wycho­wa­nia lato­ro­śli, jed­nak przy­no­szą one cza­sem opła­ka­ny sku­tek. Opo­wiem Wam jak moty­wo­wać, by póź­niej było nam żal, że wła­śnie w taki spo­sób to robi­li­śmy.

Bądź grzeczny, bo zabierze Cię Pan Policjant!

Moje ulu­bio­ne powie­dzon­ko! O ile Baba Jaga jesz­cze ujdzie, bo to dość fan­ta­stycz­na postać, o tyle obce oso­by czy służ­by mun­du­ro­we, któ­re za karę zabie­ra­ją nie­grzecz­ne dzie­ci to cios poni­żej pasa. Sama nie stra­szy­łam nigdy tak dzie­ci, ale mam w zana­drzu małą aneg­dot­kę o tym jak bar­dzo może być to nie­bez­piecz­ne. Kto choć­by raz zgu­bił dziec­ko w super­mar­ke­cie wie, że nie jest to miła sytu­acja. Mi zda­rzył się. Wysła­łam Kinię do WC, odpro­wa­dza­łam wzro­kiem, a dru­gim okiem łypa­łam na kołu­ją­ce­go Artie­go i maru­dzą­cą wte­dy Natkę sie­dzą­cą w wóz­ku skle­po­wym. Sta­li­śmy w wej­ściu do skle­pu, niby cór­ka powin­na przejść obok i ja powin­nam ją zauwa­żyć. Jed­nak prze­szła obok nie­zau­wa­żo­na! Jak? Do dziś nie wiem. Wiem za to jak szyb­ko potra­fię spraw­dzić wszyst­kie, łącz­nie z męską, toa­le­ty, pokój socjal­ny oraz powia­do­mić ochro­nę. Coś mnie tknę­ło, by pójść w miej­sce, w któ­rym cór­ka oznaj­mi­ła mi, że wzy­wa ją natu­ra. Tak, była tam. Kamień z ser­ca. Pytam więc, ze łza­mi w oczach, dla­cze­go tu jest:
— Szu­ka­łam Cie­bie mamu­siu!
— Ale dla­cze­go nie popro­si­łaś kogoś o pomoc w zna­le­zie­niu mnie?
— Cze­ka­łam, aż będzie prze­cho­dził ktoś zna­jo­my, np. cio­cia, i wte­dy bym ją popro­si­ła.

Jak widzi­cie dzie­ci rzad­ko pyta­ją kogoś obce­go o pomoc. To cał­kiem natu­ral­ne. Wzbu­dza­nie w nich jesz­cze więk­sze­go stra­chu oso­ba­mi obcy­mi czy poli­cją może spo­wo­do­wać, że w momen­cie pro­ble­mu zamiast cie­szyć się na widok mun­du­ru, dziec­ko się przed nim scho­wa, bo może było nie­grzecz­ne.

Nie biegaj po chodniku bo będziesz jeździł na wózku jak ten Pan!

Mamy na kon­cie total­ną eufo­rię i radość z jaz­dy wóz­kiem inwa­lidz­kim. Moje dzie­ci trak­to­wa­ły swe­go cza­su taki śro­dek loko­mo­cji jako dostęp­ny dla każ­de­go. W koń­cu małe dzie­ci mają mały wózek to doro­śli duży, praw­da? Ale już wie­dzą czym jest nie­peł­no­spraw­ność, więc nie mamy pro­ble­mu zazdrosz­cze­nia komuś wóz­ka inwa­lidz­kie­go.

Pro­ble­mem jed­nak jest wma­wia­nie dziec­ku, że czy­jaś nie­peł­no­spraw­ność może wyni­kać z powo­du nie­słu­cha­nia rodzi­ców. Weź­my za przy­kład takie­go żwa­we­go kil­ku­lat­ka, któ­ry nijak się ma do prze­pi­sów ruchu dro­go­we­go i naj­chęt­niej bie­gał­by po uli­cy. My, rodzi­ce, mamy z tyłu gło­wy wizję wypad­ku, prze­trą­ce­nia krę­go­słu­pa, a nawet tra­ge­dii. Ale ono nie. Jak więc poka­zać dziec­ku jak może skoń­czyć? Naj­le­piej poka­zu­jąc pal­cem na kogoś z nie­do­wła­dem koń­czyn! Może być o kulach, ale naj­le­piej na wóz­ku. Tyl­ko czy jeste­śmy pew­ni, że to dobry kie­ru­nek? Wszak nie każ­dy nie­peł­no­spraw­ny to grzesz­nik poku­tu­ją­cy za nie­słu­cha­nie mamy. Czę­sto to oso­by z wro­dzo­ną wadą. Chy­ba to już nie cza­sy myśle­nia o cho­ro­bach jako kar­mie za złe życie: wła­sne, rodzi­ców czy wcze­śniej­szych poko­leń? Uczmy dzie­ci zasad, ale nie kosz­tem kogoś.

[Zobacz co o tym myśli oso­ba nie­peł­no­spraw­na, Pani Minia­tu­ro­wa!]

Jak nie będziesz jadł warzyw to będziemy musieli zbadać Ci krew!

Strach przed leka­rza­mi – mój ulu­bio­ny roz­dział! Czy to nie dziw­ne ile dzie­ci mami się bez­bo­le­sny­mi zastrzy­ka­mi czy wizy­tą u den­ty­sty? A prze­cież to BOLI! A ileż dzie­ci stra­szy się kon­se­kwen­cja­mi wizy­ty kon­tro­l­nej u sto­ma­to­lo­ga jeśli nie umy­je zębów, wizy­ty w punk­cie pobrań krwi jeśli będzie odży­wiać się chle­bem z ket­chu­pem i niczym wię­cej albo koniecz­no­ści poda­wa­nia zastrzy­ków domię­śnio­wych jeśli nie zje nie­do­bre­go lekar­stwa? Przy­zna­ję, raz byłam w poło­wie ostat­nie­go zda­nia, ale w czas się opa­mię­ta­łam. Dziec­ko nie musi lubić wizyt u leka­rza. Ja też nie lubię. Ale nie powin­ny być one stra­sza­kiem, a koniecz­no­ścią. Dzię­ki temu wycho­wa­my pacjen­ta, któ­ry będzie się okre­so­wo badał, a nie takie­go, któ­ry przyj­dzie dopie­ro w naj­gor­szym sta­dium jakiej­kol­wiek cho­ro­by.

Jak nie będziesz się uczył, to będziesz kopał rowy/zamiatał ulice jaj ten Pan/ta Pani!

Podob­ny tekst usły­sza­łam pod koniec roku z ust jed­ne­go z rodzi­ców w szko­le. Stro­fo­wał on swo­je dziec­ko, któ­re widocz­nie świa­dec­twa z paskiem nie mia­ło, poka­zu­jąc ukrad­kiem na krzą­ta­ją­cą się po kory­ta­rzu sprzą­tacz­kę. Jak­że nisko ceni­my sobie czy­jąś pra­cę tyl­ko dla­te­go, że jest prost­sza niż nasza! Boli mnie, że zamiast uczyć dziec­ko, by napra­wi­ło to co złe, stra­szy­my byciem kimś, kogo uwa­ża­my za prze­gra­ne­go na ryn­ku pra­cy. A prze­cież obec­nie np. budow­lań­cy to jed­na z lepiej opła­ca­nych pro­fe­sji! Dobre­go maj­stra ze świe­ca szu­kać! A sprzą­tacz­ki? Bez nich uto­nę­li­by­śmy w bru­dzie, bo do całej masy rze­czy, któ­rych uczy­my my rodzi­ce i oni, szko­ły, czę­sto bra­ku­je posza­no­wa­nia cudzej wła­sno­ści i oto­cze­nia. Papie­rek rzu­co­ny obok kosza? Spo­ko, ktoś to posprzą­ta.

Fot. Leigh Mar­ri­ner, CC BY-ND 2.0

Kto posprzą­ta po takich moty­wu­ją­cych dzie­ci tek­stach?