Całkiem poważnie

Karabiny błyszczą, szary strój

Gdy samolot uderzał w WTC, jechałam akurat ze szkoły do domu. Niczego nie przeczuwając włączyłam TV, by oglądać kolejny odcinek Garfielda. Nie ma, jakiś budynek płonie. Kurcze, weź się tu człowieku wyluzuj po lekcjach. Przeskakuję kanały, jeden po drugim. Dziwne, wszędzie ten sam film albo ta sama reklama. Wpada zdyszana mama:
„Włączaj szybko telewizor! W Nowym Jorku był atak terrorystyczny!”.
Już wiem co to za film: realność. Z zapartym tchem słuchamy co się dzieje. Po 15 minutach oglądania tego samego przenosimy się na angielskojęzyczne kanały: BBC, CNN. Robię za tłumacza, wszakże pokolenie naszych rodziców najwyżej przetłumaczy orędzie Putina. Kto wie, czy się to nie przyda.

Gdy wybuchały londyńskie doubel-decker’y, smażyłam fish&chips w restauracji pewnego Kenijczyka. Razem ze mną Bożena i Kasia z Podlasia, kucharze z Sarajewa i Kopenhagi, student z Meksyku i Brazylijczyk. Jeden z wysadzonych autobusów obsługiwał trasę, którą codziennie jeździłam do wynajętego londyńskiego mieszkania. Przed metrem pojawiły się wojskowe patrole, co jakiś czas zamykano jakąś stację. Tą naprzeciw naszej knajpy też, akurat wtedy, gdy chciałam u pani w kasie biletowej rozmienić pieniądze. Odtąd mniej było turystów, autobusy pustawe, a ludzie zestresowani każdym obcokrajowcem o ciemniejszym kolorycie skóry, niosącym wypchany plecak.

Gdy rosyjska brzoza okazała się twardsza niż stal samolotu lecącego nad Smoleńskiem, robiłam zakupy w centrum handlowym. Było cicho, spokojnie, mało ludzi, gdyż mało kto w weekend o 8:00 zwleka się z łóżka. W tle muzyka z radia. Ze spaceru po alejkach wyrwał mnie dzwonek komórki. Moja mama. Zawsze dzwoni w weekend, ale nigdy tak wcześnie rano. To od niej dowiaduję się co się stało. Rozłączam się. To niemożliwe, by z głośników nadal leciała ta spokojna, zakupowa muzyka. Nikt nie podał informacji o śmierci głowy państwa, w którym przyszło mi mieszkać. Więcej informacji znajduję w internecie, gdy łączę się z HotSpotem jednej z będących tu kawiarni. Potem wpadam do domu. Tam już wszyscy wiedzą. Razem śledzimy na przemian internet i telewizyjny program informacyjny.

Wczoraj, idąc z dziećmi ze spaceru, nad głową, naprawdę blisko, przeleciał wojskowy śmigłowiec. Kinia z radości podskakiwała i machała pilotowi recytując wierszyk, jakiego nauczyła mnie moja babcia, przedwojenny rocznik: „Pilocie, pilocie, masz dziurę w samolocie!”. Dziś, wracając z bułkami ze sklepu, minęła mnie załadowana wojskowa terenówka. W oddali codziennie słychać wystrzały na strzelnicy myśliwskiej. Coś się dzieje, mimo iż mieszkam od najbliższej wojny prawie 1000 km.

Arti się boi. W radio usłyszał, że gdy Rosja wygra na Ukrainie, zaatakuje nas, Polskę.

Gdzie będę jak usłyszę: „jest wojna!”?

Jestem taka nieprzygotowana. Nie mam pieniędzy pod poduszką, zestawu puszek i kaszy na pół roku, samochód niezatankowany do pełna. Nie znam zasad pierwszej pomocy, nie umiem strzelać. To takie niepatriotyczne, ale nie wiem czy bym nie uciekła.

Kiedyś wysyłano dzieci na wieś. Tak było w Anglii podczas nalotów, w Stalingradzie przed oblężeniem. Moja wiedza historyczna nie potrafi mi podpowiedzieć czy w Polsce też wysyłano w bezpieczne miejsce maluchy. Bo jeśli tak, to gdzie jest bezpiecznie?