Całkiem wesoło

Każdy mój poród był inny

Jakie są symp­to­my zbli­ża­ją­ce­go się poro­du? Na bank trze­ba zacząć od tego, że kobie­ta musi być w cią­ży. Jeśli jest już wystar­cza­ją­co dłu­go cię­żar­na, to zwy­kle rodzi dziec­ko. W moim przy­pad­ku wła­śnie to było jedy­ną rze­czą łączą­cą moje trzy poro­dy. Poza tym, że trze­ba zajść w cią­żę i uro­dzić, to każ­dy mój poród był inny.

Poród nr 1

Pierwsze oznaki

Ufff! Wyglą­dam jak słoń, cho­dzę jak słoń, dyszę jak słoń. Nie, chy­ba jed­nak jak loko­mo­ty­wa, sło­nie mają trą­by i pew­nie jak dyszą to sły­chać świst. Czas usiąść wygod­nie na fote­lu i coś zjeść. W koń­cu skądś te dodat­ko­we 26 kg się na mnie wzię­ło! Tru­skaw­ki z cukrem i śmie­ta­ną, tak, to jest życie… Z bło­go­sta­nu i sma­ko­wej roz­ko­szy wyry­wa mnie dość moc­ne cią­gnie­cie za jeli­ta, pod­brzu­sze i ner­ki. Hmmm, co to takie­go? Dobra, jestem w cią­ży, ale kop­nia­kiem bym tego nie nazwa­ła. Jesz­cze ponad dwa tygo­dnie do ter­mi­nu, nie ma się co śpie­szyć. Dalej, gdzie te tru­skaw­ki! Ała! No nie, co jest? Trze­ba jeść, bo jeśli to TO, to nie będzie w tym sezo­nie wię­cej tru­ska­wek!

 

Ale nic już nie jest takie jak przed­tem. Tego wie­czo­ra 2008 roku niby kła­dę się spać, ale nie śpię. Nie mogę, nie, że nie chcę. Nie stre­su­ję się, tyl­ko ten ból mi prze­szka­dza. Do tego bie­gun­ka nie poza­wa­la zasnąć, mimo kle­ją­cych się oczu.
— Dosyć! Tak nie może być! Jak to tak moż­na nie pozwa­lać cię­żar­nej spać! — besz­tam skur­cze w myślach. Idę do łazien­ki. Jestem kocha­na żona i nie budzę męża, tyl­ko sie­dzę sobie na wan­nie i ze sto­pe­rem w ręku liczę czas pomię­dzy skur­cza­mi. Po co mam siać pani­kę. 1,2,3,4,5,6,7… Uuuuuu!
— Kocha­nie, kie­dy mie­li­śmy jechać do szpi­ta­la? Jak co ile będą skur­cze: co 7 czy co 5 minut? — wołam już lek­ko spa­ni­ko­wa­na.
— Hmmm? — odpo­wia­da jakiś zom­bie w moim łóż­ku.
— Kocha­nie, ja chy­ba rodzę!

 

Tak, takiej pani­ki jaką miał w oczach mąż nie widzie­li nawet Ame­ry­ka­nie pod Lit­tle Bighorn. Po dra­ma­tycz­nej wal­ce z okrą­ża­ją­cą koł­drą, po odna­le­zie­niu kap­ci-dezer­te­rów i powro­cie do pio­nu Bla­dej Twa­rzy, zaczął się mor­der­czy pościg w poszu­ki­wa­niu tor­by do szpi­ta­la. Ja sobie spo­koj­nie w tym cza­sie zmie­ni­łam ubra­nie, dopa­ko­wa­łam picie, komór­kę i co tam jesz­cze mia­łam dopa­ko­wać, zadzwo­ni­łam po tak­sów­kę. W drzwiach sta­nął obraz nędzy i roz­pa­czy — Ojciec moje­go dziec­ka. Pani­ka to mało powie­dzia­ne! W ręku trzy­mał jakąś tor­bę, ewi­dent­nie nie tą, któ­rą poka­zy­wa­łam mu od dwóch mie­się­cy co rano z prze­ka­zem “TO jest tor­ba do szpi­ta­la!”. Poka­za­łam mu, co miał zna­leźć i wyszli­śmy z miesz­ka­nia. Do dziś zasta­na­wiam się, czy zamknął drzwi na klucz.

 

Scho­dze­nie z IV pię­tra przy­po­mi­na­ło wypra­wę alpi­ni­stycz­ną, tyle że to nie Mt Blanc, a Mt Blok. Trwa­ło to wiecz­ność, gdyż na każ­dym pół­pię­trze łapał mnie skurcz. Nie mogłam się wte­dy ruszyć. Nie reago­wa­łam na pyta­nia, świa­tło, dźwię­ki. Tyl­ko sta­łam, lek­ko prze­chy­la­jąc się do przo­du. Tak­sów­ka cze­ka­ła cier­pli­wie. Kie­row­ca widząc co się świę­ci pod­wiózł mnie aż pod same drzwi poro­dów­ki. Nie uro­dzi­łam w samo­cho­dzie, nie będzie gra­ti­so­wych prze­jaz­dów do koń­ca życia. Plan spa­lił na panew­ce.

Poród

Izba Przy­jęć. Cicho, ciem­no, w koń­cu śro­dek nocy. Wcho­dzę. Miłe panie notu­ją wydu­ka­ne prze­ze mnie mię­dzy skur­cza­mi dane. Bada­nie. 3 cm. Co?!! Ile?!!! To ja tu całą noc nie śpię i TYLKO TYLE!?! Nie powiem, pod­ko­pa­ło mnie tro­chę. Idzie­my na poro­dów­kę. Ja w sek­si szpi­tal­nej koszu­li, za mną czła­pie Ojciec. Poród rodzin­ny w tam­tych cza­sach to mrzon­ka. Jak­bym prze­no­si­ła cią­żę z pół roku to dało­by radę, teraz jed­nak oddział położ­ni­czy był w remon­cie, a wszyst­kie cię­żar­ne i mat­ki zosta­ły umiesz­czo­ne na jed­nym oddzia­le. To dopie­ro pato­lo­gia! Po kory­ta­rzu cho­dzi­ły dziew­czy­ny z kro­plów­ka­mi, sta­ra­ją­ce się uro­dzić, te, któ­re chcia­ły uro­dzić jak naj­póź­niej i te, któ­re dopie­ro co uro­dzi­ły. Psy­chicz­nie nie do ogar­nię­cia. Ojciec począt­ko­wo chciał cze­kać na roz­wią­za­nie na klat­ce scho­do­wej szpi­ta­la, jed­nak salo­wa go prze­pę­dzi­ła. Dziś jestem za to jej wdzięcz­na, bo było to kom­plet­nie bez­sen­sow­ne. Podob­no i tak nie spał już do rana. Po uro­dze­niu widy­wa­łam pod drzwia­mi oddzia­łu takich wła­śnie tatu­siów, zatro­ska­nych, bla­dych, sie­dzą­cych na tor­bie, bo na sali odwie­dzin było tyl­ko jed­no krze­sło. Iście żało­sny i dra­ma­tycz­ny to widok.

 

Byłam sama. Sala była nie­wiel­ka, świe­ci­ło się gdzieś bocz­ne świa­tło, w tle jakaś sta­cja radio­wa nada­wa­ła muzy­kę. Trzy łóż­ka, takie nor­mal­ne, szpi­tal­ne. Mia­łam pro­blem by na nie wejść, bo dość wyso­ko. Jestem cie­ka­wa, czy oso­by niskie­go wzro­stu dosta­ją jakiś sto­łe­czek, bo chy­ba nie wska­ku­ją na nie. Nikt poza mną nie rodzi. Pla­no­wa­ne cesar­ki będą dopie­ro rano, obok śpi tyl­ko położ­na. Nad drzwia­mi zegar. Gdy­by nie patrze­nie na jego wska­zów­ki chy­ba bym zanu­dzi­ła się na śmierć. Bola­ło, owszem, ale bar­dziej mnie wymę­czy­ło nie­wy­spa­nie. Co pewien czas mia­łam zakła­da­ne KTG albo robio­ne bada­nie. Kibe­lek był po prze­ciw­nej stro­nie kory­ta­rza, więc kro­kiem gej­szy podrep­ta­łam z potrze­bą. Tru­skaw­ki są moczo­pęd­ne.

 

Szło mi powo­li. Do 6 rano zale­d­wie 3 kolej­ne cen­ty­me­try, a ja już byłam wyczer­pa­na. Nagle wszyst­ko przy­spie­szy­ło. Szedł skurcz za skur­czem. Coraz sil­niej­sze. Coraz gło­śniej sapa­łam. Obu­dzi­łam aż położ­ną. Pochwa­li­ła mnie: “8 cm. Już nie­dłu­go.” Posa­dzi­ła mnie na łóż­ku, poroz­kła­da­ła jakieś nóż­ki, sto­licz­ki pod nim. Nawet nie wie­dzia­łam że takie rze­czy moż­na z tym łóż­kiem zro­bić. Prze­bi­to pęcherz pło­do­wy. 10 cm. Woda chlup­nę­ła na łóż­ko, pod­ło­gę, ścia­ny. Salo­wa tro­chę potem maru­dzi­ła przy sprzą­ta­niu. Mój brzuch zaczął falo­wać. Coś w środ­ku nie­mi­ło­sier­nie się sza­mo­ta­ło, jak kot w wor­ku. “Szyb­ciej, wychodź stam­tąd!” — woła­łam w myślach, a na głos już tyl­ko się dar­łam. Coś zabo­la­ło i prze­sta­ło. Aaaaaaa! W pew­nym momen­cie położ­na skrzy­wi­ła się i powie­dzia­ła “zda­rza się”. Nie zdą­ży­łam spy­tać co. Widocz­nie brak lewa­ty­wy zro­bił swo­je. Siła natu­ry jest nie­sa­mo­wi­ta i tak sil­na, że nawet nie potra­fię tego opi­sać co czu­łam pod­czas ostat­nich dwu­na­stu minut poro­du. Nigdy, prze­nig­dy nie czu­łam nic podob­ne­go i tak wszech­ogar­nia­ją­ce­go, nie­obli­czal­ne­go jak wte­dy. I nagle koniec. Coś zapła­ka­ło. Mój pier­wo­rod­ny!

Po porodzie

Potem już nie było tak różo­wo. Dziec­ko tra­fi­ło na neo­na­to­lo­gię, ja zosta­łam. Czu­łam każ­de pocią­gnie­cie igły, kro­ple krwi spa­da­ły nawet na pod­ło­gę, bada­nie maci­cy przez powło­ki brzusz­ne bola­ło nie­mi­ło­sier­nie. Po dwóch godzi­nach położ­na pomo­gła mi przejść do moje­go poko­ju, któ­ry dzie­li­łam z dwo­ma inny­mi mama­mi. Usia­dłam na łóż­ku i zemdla­łam…

 

Warun­ki? Ojciec twier­dzi, że leżąc na izbie cho­rych w woj­sku miał podob­nie. Teraz nie jest to dla mnie waż­ne. Waż­ne było, czy syn już nie ma żół­tacz­ki. Waż­ne było, że położ­na lak­ta­cyj­na przy­szła do każ­dej pacjent­ki, przed­sta­wi­ła się i pro­si­ła, by przyjść do niej z każ­dym pyta­niem, że pomo­gła przy pierw­szym kar­mie­niu, a wie­czo­rem spraw­dzi­ła, czy na pew­no nikt nie chce żad­nej pomo­cy. Waż­ne było, że teraz te nadal żywe wspo­mnie­nia, są pięk­ne.

Poród nr 2

Była jed­na z tych sło­necz­nych lip­co­wych nie­dziel 2011 roku. Nie­bo bez jed­nej chmur­ki, ponad 25 stop­ni Cel­sju­sza. Zapo­wia­dał się pięk­ny dzień. Tyle, że to już dzie­sią­ty dzień po ter­mi­nie. Jak tak dalej pój­dzie, to będę musia­ła się jed­nak zgło­sić do szpi­ta­la na to wywo­ły­wa­nie. Okna wyczysz­czo­ne, szaf­ki w kuch­ni i kafle w łazien­ce też, wszyst­ko popra­so­wa­nie, poukła­da­ne. Już nawet bie­ga­nie po scho­dach zali­czo­ne! Co jesz­cze mam zro­bić? Zwy­czaj­nie cze­kać? Ech, czas wsta­wać! Zro­bi­łam śnia­da­nie sobie i syno­wi. Tego dnia mie­li­śmy wybrać się na gieł­dę sta­ro­ci w poszu­ki­wa­niu jego ulu­bio­nych reso­ra­ków. Jako że szpe­ra­jąc w pudłach z zabaw­ka­mi z dru­gie­go obie­gu odnaj­du­ję w sobie jakąś cząst­kę poszu­ki­wa­cza skar­bów, z chę­cią przy­sta­łam na wspól­ny spa­cer wła­śnie na targ. W powie­trzu było czuć spie­ko­tę i kurz.

 

Po dwóch godzi­nach prze­rzu­ca­nia róż­nych autek byłam już zmę­czo­na, a i syn powo­li opa­dał z sił, gdyż zbli­ża­ła się pora jego drzem­ki. Posta­no­wi­li­śmy wró­cić do domu auto­bu­sem, gdyż godzin­ny spa­cer w upa­le mógł­by nas chy­ba dobić. Doczła­pa­łam się do przy­stan­ku i spo­koj­nie wsie­dli­śmy do 14-tki. Mie­li­śmy do prze­je­cha­nia tyl­ko trzy przy­stan­ki, ale ktoś ustą­pił mi, cię­żar­nej z dziec­kiem, miej­sca.

Pierwsze oznaki

Wysia­da­jąc z auto­bu­su zła­pał mnie skurcz, dość bole­sny. Pomy­śla­łam, że coś się roz­krę­ca, ale poszłam jesz­cze kupić chleb w pobli­skim skle­pie. Zanim doszli­śmy do miesz­ka­nia jesz­cze kil­ka razy musia­łam przy­sta­wać. W domu jak­by uci­chło. Poło­ży­łam syna na drzem­kę. Jed­nak pod­czas robie­nia obia­du zno­wu skurcz. Już zaczę­ły przy­bie­rać na sile i czę­sto­tli­wo­ści. Zje­dli­śmy w trój­kę obiad, cho­ciaż mąż spo­glą­dał na mnie już podejrz­li­wie. Nie pozwo­lił mi już zmy­wać, wygo­nił do szpi­ta­la.

Pod blo­kiem cze­ka­ła już zamó­wio­na tak­sów­ka. Wsie­dli­śmy w trój­kę. Ja poje­cha­łam na Izbę Przy­jęć, oni dalej — do zna­jo­mych. Ktoś musiał zaopie­ko­wać się chłop­cem. Zosta­łam sama z moją nie­wiel­ką tor­bą. Aku­rat jakaś cię­żar­na była pod­łą­czo­na pod KTG. Pod­czas wypi­sy­wa­nia papie­rów słu­cha­łam więc puka­nia małe­go ser­dusz­ka. Bada­nie na fote­lu gine­ko­lo­gicz­nym.
— O, jak ład­nie jest pani przy­go­to­wa­na! 6 cen­ty­me­trów! Jedzie­my na poro­dów­kę — powie­dzia­ła do mnie bada­ją­ca położ­na i zapro­po­no­wa­ła, bym się prze­bra­ła, a rze­czy zło­ży­ła w depo­zy­cie.

Poród

Tra­sę już zna­łam. Ale zmie­ni­ło się tu wszyst­ko. To już nie łóż­ka oddzie­lo­ne kota­ra­mi dla kil­ku rodzą­cych na raz. Teraz szpi­tal miał pięk­ne sale do poro­dów rodzin­nych, mię­dzy któ­ry­mi krą­ży­ły położ­ne. Mia­łam szczę­ście. Jeden pokój aku­rat był wol­ny. Wdra­pa­łam się na super sze­ro­kie łóż­ko. Lepiej niż w hote­lu! Szko­da, że nie mogę sobie pospać.

 

Kolej­ne bada­nie. Żeby mi się tym razem nie nudzi­ło wzię­łam tele­fon ze sobą. Pod­czas bada­nia zaczę­łam pisać SMSa do rodzi­ny: “Jestem na poro­dów­ce, 6 cm…”
— Ma pani 8 cm.
Kasu­ję. “…8 cm..”
No tak, ja tu 8 cm, a gdzie ojciec dziec­ka? Dzwo­nię. Oka­zu­je się, że wła­śnie pod­je­chał pod szpi­tal. Położ­ne doko­ła mnie zaczę­ły roz­kła­dać łóż­ko, przy­go­to­wy­wać wszel­kie sprzę­ty dla nowo­rod­ka. Skur­cze już były jeden za dru­gim. O wie­le moc­niej­sze niż pamię­tam poprzed­nio. Ktoś wcho­dzi. To lekarz.
— A może chce pani oksy­to­cy­nę?
— Nie, ja dzię­ku­je, poprzed­nio uro­dzi­łam bez to i teraz się obej­dę.
— Pro­szę pani — zwra­cam się do położ­nej — czy gdzieś w szpi­ta­lu przy­pad­kiem nie widzia­no błą­ka­ją­ce­go się moje­go męża?
— Tak, jest już na oddzia­le, ubie­ra tyl­ko far­tu­szek.
Skur­cze coraz sil­niej­sze.
— 10 cm. Będzie­my przeć.
Do sali wcho­dzi prze­stra­szo­ny mąż. Jak mnie zoba­czył ode­tchnął z ulgą. Pew­nie bał się, czy przy­pad­kiem nie pomy­li sali i nie wkro­czy do jakiejś obcej kobie­ty na poród.

Zaczę­ły się skur­cze par­te. Przy­po­mi­na­jąc sobie poprzed­ni poród — wyj­dzie gło­wa, będzie po krzy­ku. Tak było.

Po porodzie

Dosta­łam kwi­lą­ce zawi­niąt­ko w ręcz­ni­ku do przy­tu­le­nia. Była taka uma­za­na, malut­ka i śli­ska. Aż bałam się by nie wyśli­zgnę­ła mi się z rąk, bo zmę­czo­na byłam. Położ­na zosta­wi­ła nas samych. Tego naj­bar­dziej bra­ko­wa­ła mi poprzed­nio — tej pierw­szej bli­sko­ści. Tyl­ko mąż narze­kał: “Ja tu tyle sobie jedze­nia wzią­łem, bo poród miał być dłu­gi i nud­ny, a tu led­wo zdą­ży­łem przy­je­chać”.

Poród nr 3

Byłam przy­go­to­wa­na. Tor­ba spa­ko­wa­na, ter­min minął, zna­jo­my, któ­ry zaopie­ku­je się dzieć­mi, pod tele­fo­nem. Nie­dzie­la, koniec wrze­śnia 2013 roku. Pierw­sze skur­cze obu­dzi­ły mnie o 4:11, ale były tak rzad­kie, co 20–30 minut, że w koń­cu usnę­łam i o 6:00 obu­dzi­ła mnie cór­ka. Dalej mia­łam skur­cze, ale wyda­wa­ły mi się nadal za sła­be i za rzad­ko. Zja­dłam więc śnia­da­nie, dałam jeść dzie­ciom, wsta­wi­łam pra­nie (a jak!), ogól­nie się ogar­nę­łam, zro­bi­łam obiad, bo mie­li­śmy mieć dziś gości. Pod­czas sprzą­ta­nia po całym tym goto­wa­niu stwier­dzi­łam, że upier­dli­we te skur­cze, więc zaczę­łam je zapi­sy­wać w apli­ka­cji na tele­fon. Żyje­my w cza­sach, gdy nawet są pro­gra­my dla smart­fo­nów liczą­ce dłu­gość i czę­sto­tli­wość skur­czy. Pole­cam! Jeden skurcz trwa 40 sekund, po 15 minu­tach kolej­ny podob­nie, potem po 7, potem po 5, potem zno­wu 7 i 5…

 

Mąż się obu­dził. Powie­dzia­łam mu żeby sobie śnia­da­nie zro­bił, bo chy­ba poje­dzie­my do szpi­ta­la. Stan­dar­do­wo spa­ni­ko­wał i ubrał spodnie przo­dem do tyłu. Niby trze­cie dziec­ko, a on sie­je taką samą pani­kę. Zadzwo­ni­li­śmy do zna­jo­me­go:
— No hej! Wiem, ze mia­łeś przyjść dopie­ro na obiad dzi­siaj do nas, ale zmia­na pla­nów: przyjdź na śnia­da­nie z obia­dem. Rodzę.
— O kur­cze! Serio? Jesz­cze nikt nie obu­dził mnie takim tek­stem!

 

Dałam jesz­cze dzie­ciom jogurt, żeby nie padły z gło­du. Potem powie­si­łam pra­nie, zdą­ży­łam zapi­nać żab­ki mię­dzy skur­cza­mi. Kole­dze, któ­ry w tym cza­sie przy­je­chał, instru­owa­łam co zro­bić z obia­dem i jak usy­piać dzie­ci jak­by poród się prze­dłu­żył. Mąż zabrał tor­by i wsie­dli­śmy do tak­sów­ki. Widząc mnie tak­sów­karz przy­spie­szył, ale nie omiesz­kał opo­wie­dzieć po dro­dze aneg­do­tek z woże­nia innych cię­żar­nych na oddział.

Poród

Izba Przy­jęć pusta, wcho­dzę.
— Dzień dobry, chy­ba rodzę — mówię na powi­ta­nie, a położ­ne już bio­rą się za wycią­ga­nie papie­rów. — A panie nie spraw­dzą czy nie ściem­niam?
— Jak już pani przy­je­cha­ła to panią zosta­wi­my, co by było jak­by­śmy ode­sła­li a pani uro­dzi­ła na chod­ni­ku? — rze­kła do mnie jed­na z nich. No fakt, to usia­dłam na krze­sło i po serii pytań (numer tel męża… yyy… musia­łam iść na kory­tarz spy­tać) na fotel. To miej­sce na nogi, takie meta­lo­we, taaaakie zim­ne było. Bada, bada, czu­ję się jak nadzie­wa­ny indyk, moc­no nadzia­ny.
— Bar­dzo dobrze przy­go­to­wa­na szyj­ka do poro­du — no nic dziw­ne­go, myślę, w koń­cu cho­dzę już jakiś czas z 3 cm roz­war­ciem — 8 cm roz­war­cia — mówi bada­ją­ca. “8 cm? To ja nie uro­dzę przy­pad­kiem w win­dzie?” — spa­ni­ko­wa­łam lek­ko. Jesz­cze dokoń­czy­li­śmy papie­ro­lo­gię, pozwo­li­li mi iść do wc, prze­brać się i na poro­dów­kę. Mąż z całe­go prze­ję­cia tor­by by zapo­mniał wziąć z kory­ta­rza.

 

Na sali wgra­mo­li­łam się na to wiel­kie łóż­ko, żału­jąc, że nie mogę sobie na takim pospać, sku­li­łam na boku i męczy­łam się dalej. Położ­na w tym cza­sie bada­ła, KTG pod­pię­ła, poczy­ta­ła mój plan poro­du, dała do pod­pi­su zgo­dę się na wszyst­ko, na co mogłam się zgo­dzić, a mąż poda­wał wodę do picia. Pod­czas skur­czu pra­wie gry­złam poręcz od tego łóż­ka, kuli­łam się bar­dziej i nic nie mówi­łam, mimo iż położ­na zada­wa­ła pyta­nia doty­czą­ce pla­nu poro­du.
— Po pani to wca­le nie widać, że ma pani skur­cze — rze­kła po prze­czy­ta­niu wszyst­kie­go położ­na.
— Jak mia­łam to wte­dy tyl­ko przy­ta­ki­wa­łam. Na skur­czu nie mogłam nawet ust otwo­rzyć.
— Pani jest stwo­rzo­na do poro­dów! Spo­koj­nie, bez krzy­ków. Moż­na by zro­bić film dla szko­ły rodze­nia, bo niko­go by pani nie wystra­szy­ła takim poro­dem — odpo­wie­dzia­ła położ­na.

 

Dosta­łam oksy­to­cy­nę. W pew­nym momen­cie czu­ję, że zaraz będą par­te. Powie­dzia­łam o tym położ­nej. Spraw­dzi­ła. Kaza­ła dwa skur­cze jesz­cze pocze­kać, a potem przeć. To prę. Przy każ­dym sapa­łam, a potem mi się taki krzyk wyry­wał jak cza­sem zespo­ły ludo­we robią (iiiiiiiii a!). Jeden… dru­gi… Ode­szły wody. Czu­ję głów­kę! Mat­ko, WIELKĄ głów­kę! Musia­łam dru­gi raz powie­trza zaczerp­nąć, by ją wyprzeć. Myślę sobie: „poszło, to resz­ta wyj­dzie”. A gdzież tam! Nie idzie! Trze­cie… Jeju, ale ma bary to dziec­ko! Zno­wu musia­łam na dwa wde­chy i wyszła. Moja mała czte­ro kilo­gra­mo­wa córecz­ka.

Po porodzie

Poca­ło­wa­łam tą jej małą czar­ną czu­pryn­kę, przy­tu­li­łam i spę­dzi­li­śmy kolej­ne dwie godzi­ny razem. Już w poko­ju malut­ka zasnę­ła, a ja wzię­łam prysz­nic. Przy­szła położ­na zapy­tać jak się czu­ję i czy życzę sobie obiad, bo już było po obie­dzie. Zoba­czyw­szy mnie już w tur­ba­nie na gło­wie i wycho­dzą­cą spo­koj­nie z łazien­ki, stwier­dzi­ła, ze dobrze się czu­ję. Zja­dłam obiad i poże­gna­łam męża, bo był już koniec cza­su odwie­dzin.

 

Byłam na sali z dwo­ma pania­mi po cesar­ce: mło­dą pier­wo­ród­ką i star­szą wie­lo­ród­ką. Młod­sza mama mia­ła pro­ble­my ze wsta­wa­niem, przy­sta­wia­niem do pier­si, bo z powo­du bólu po cię­ciu nie mia­ła jak nawet zła­pać dziec­ka. Nie docze­ka­ła się zbyt wie­le pomo­cy. Położ­ne wpraw­dzie pró­bo­wa­ły pomóc, ale nie potra­fi­ły. Jed­na zbesz­ta­ła ją:
— Jaka z pani mat­ka! Dziec­ko głod­ne i pam­pers pełen!
Dziew­czy­na popła­ka­ła się… Dziec­ko dopie­ro co się wypróż­ni­ło.

 

Prze­nie­sio­no mnie do inne­go poko­ju. Dziew­czy­nę spo­ty­ka­łam zapła­ka­ną na kory­ta­rzu. Dziec­ko dokar­mia­no strzy­kaw­ką, nie umia­ło ssać. Rana po ope­ra­cji ja bola­ła. Nie miał jej kto przy­nieść para­ce­ta­mo­lu z apte­ki, szpi­tal nie miał tyle na sta­nie. Podzie­li­łam się z nią swo­imi zapa­sa­mi. Przy­tu­li­łam. Dziw­ne to dla mnie było. Nie zna­łam jej wcze­śniej, ale strasz­nie mi jej żal było, że pierw­sze chwi­le z jej dziec­kiem zosta­ły tak bru­tal­nie znisz­czo­ne przez brak empa­tii. Mam nadzie­ję, że kolej­ny jej poród będzie lep­szy.

#Lep­szy­Po­ród