Całkiem poważnie

Porzucony pies, czyli jak poznałem waszą matkę

Chodźcie do mnie, dziadki, usiądźcie wokół mnie, posłuchajcie. Dawno, a może nie tak dawno temu. Daleko, a może całkiem blisko. Pewnej zimowej nocy jechałem spokojnie samochodem. Obok mnie siedział za kierownica mój najlepszy przyjaciel. Wielbiłem go niczym boga, a on odpłacał mi za to swoim towarzystwem. Jechaliśmy w milczeniu. Teren stawał się coraz bardziej dziki, nieznany. Wjechaliśmy w las.

Dlaczego…

Nagle samochód zatrzymał się. Nie wiem dlaczego stanęliśmy na takim odludziu w ciemną, styczniową noc. Było zimno, przerażająco zimno. Można to było czuć nawet nie wychodząc z auta. Spojrzałem mu w oczy. Jego wzrok mówił jedno: pójdź ze mną. Przyjaciel wyszedł na zewnątrz. Podświadomie czułem, że wydarzy się tu coś, co będę pamiętał do końca życia.

 

Zamknąłem drzwi i podszedłem ufnie. Nie bałem się ciemności. Cóż mogło by się mi stać, gdy On jest przy mnie? Nie przewidziałem jednego: że ucieknie. Być może spłoszył go szelest w zaroślach, a może bał się blasku księżyca wyglądającego od czasu do czasu spoza chmur. Pobiegł co sił w nogach do zaparkowanego wozu. Nie miałem szans go dogonić.

 

Wszytko działo się za szybko, jak w tanim filmie klasy B. Jeszcze gnałem na oślep przez zaśnieżone ostępy leśne goniąc ledwo widoczne tylne światła samochodu. Na próżno zdał się jednak mój wysiłek. Zawiodłem. Upadłem dysząc jak astmatyk. Jak On mógł mnie tu zostawić samego? Oczy zmorzył sen.

Poranek

Obudził mnie świergot ptaków. A więc to jednak prawda… Nadal tkwię w tej głuszy. W oddali było jednak słychać szczekanie psów. Musze być blisko jakiejś wioski. Podążyłem wabiony głosem.

 

Nie potrafiłem już zaufać. Ci ludzie diametralnie różnili się od znanych mi wcześniej, jakby byli z innej planety. Nikt mnie nie rozumiał, nie chciał mnie przygarnąć. Niektórzy chcieli mnie schwytać, ale zawsze byłem zwinniejszy. Czasem ktoś pomógł i rzucił coś do jedzenia. Jak psu. Czułem się jak zbieg: bez domu, bez nadziei. Snułem się po okolicznych polach całymi dniami. Noce spędzałem w opuszczonych szopach, stodołach czy piwnicach. Było naprawdę ciężko.

Niefortunny wypadek czy raczej dar losu?

Pewnej nocy, gdy szukałem jakiegoś kąta na nocleg, wpadłem do dołu w ziemi. Na szczęście nie złamałem niczego. Ot, lekko poobijałem się, jednak nie miałem sił, by się wydostać z pułapki. Wołałem całą noc o pomoc. Nikt się nie zjawił ani tego dnia ani kolejnego. Tylko szczury przyglądały mi się ciekawie.

 

Okazało się, że to piwnica w jakimś budynku. Słyszałem z zewnątrz dochodzące ludzkie głosy, ale z wycieńczenia nie miałem już sił nawet wołać. Nagle ktoś zaświecił latarką. Snop światła padł na mnie.
– O, to Ty tak skomlałeś. Jak się tu znalazłeś?

 

Myślałem, że to koniec mojej udręki, że zostanę uwolniony. Znowu się zawiodłem. Teraz byłem więźniem człowieka w roboczym ubraniu. Wprawdzie dostałem posłanie i codziennie posiłek, miałem dach nad głową, ale cóż to za życie w klatce? Mimo wszystko cieszyły mnie codzienne jego odwiedziny.

 

Pewnego dnia przyprowadził kogoś, kobietę. Zeszła do mnie na dół po drabinie. Miała łagodne oczy nieokreślonego mi do dziś koloru. Tak poznałem Waszą matkę. Długo rozmawiali cicho co ze mną zrobić. Nie miałem sił, by samodzielnie wejść po drabinie. Zrzucili więc do dołu grubą deskę i pomogli mi po niej się wydostać na powierzchnię. Podziękowałem i już chciałem odejść, przyzwyczajony, że nikt mnie nie chce, ale ona zatrzymała mnie.
– Możesz z nami zostać – rzekła. – Czekaliśmy na kogoś takiego jak Ty.

Mój nowy dom

Zbudowali mi dom. Dzieci, rozwrzeszczana i roześmiana trójka, nazwały mnie Piorun, bo podobno jestem szybki jak błyskawica. Przezwisko to wywołuje uśmiech na ustach nie tylko moich. Pewnego dnia chłopiec opowiedział sąsiadce historię jak to Piorun zrobił wielką dziurę w ogródku. Akurat poprzedniej doby szalała burza, kobieta uwierzyła więc, że metrowy dół w ogródku, wykopany wcześniej przeze mnie, to sprawka błyskawicy. Jeszcze długi czas okoliczni mieszkańcy wypytywali o szkody, jakie narobiła w ich ogrodzie letnia burza.

 

Mieszkam z nimi od roku. Jest czasem lepiej, czasem gorzej. Czasem zostawiają mnie samego i wyjeżdżają. Ale zawsze wracają. Może nie grzeszę inteligencją, ale to moje pieskie życie z nimi nie jest aż takie złe.

Jestem Piorun. Jestem porzuconym psem. Jestem ich psem. *

*Historia oparta na faktach.