Całkiem poważnie

Powrót do szkoły po reformie za moich czasów i dziś

Jesz­cze parę (no parę­na­ście) lat temu to moja mama mar­twi­ła się jak ja będę wyglą­dać 1 wrze­śnia na ape­lu, jakie zeszy­ty mi kupić czy też jak będę dojeż­dżać do szko­ły. Wpro­wa­dze­nie dziec­ka z łatwo­ścią w szkol­ne mury wca­le nie jest łatwe. Ani teraz, ani kie­dyś. Szcze­gól­nie kie­dy we wło­sach ma się jesz­cze słoń­ce, a szum fal w gło­wie. Jak wyglą­dał powrót do szko­ły za moich cza­sów, a jak jest dziś?

Za moich czasów

Ubranie

Były to cza­sy dzi­kie­go kapi­ta­li­zmu. Niby wszyst­ko było już w skle­pach, ale nie było nic, co faj­ne. No bo kto z sen­ty­men­tem wspo­mi­na orta­lio­no­we dre­sy? Wyglą­da­ło się w tym jak odblask, do tego łatwo było mate­riał podrzeć. Ale nie samym dre­sem ubie­ra się czło­wiek. Na roz­po­czę­cie trze­ba było galo­wo, czy­li spód­nicz­ka, pli­so­wa­na, raj­stop­ki do połu­dnia jesz­cze bia­łe i całe, bia­ła blu­zecz­ka z nie­bo­tycz­nym i fan­ta­zyj­nym koł­nie­rzem. We wło­sach obo­wiąz­ko­wo kokar­da, któ­rą dzień wcze­śniej mister­nie przy­go­to­wy­wa­ła mi mama. Nie­daw­no sta­ra­łam się taka samą meto­dą zro­bić cór­ce kokar­dę. Po pięt­na­stu minu­tach bola­ły mnie ręce i skoń­czy­łam na zwy­kłej gum­ce do wło­sów.

Wyprawka

Jak wszy­scy mia­łam do każ­de­go przed­mio­tu zeszyt z nie­bie­ską okład­ką o jako­ści papie­ru toa­le­to­we­go. Jeśli ktoś się wyróż­niał, to od razu było wia­do­mo, że ma ojca mary­na­rza albo cio­cię w Ame­ry­ce. Oj, jak ja wte­dy zazdro­ści­łam piór­ni­ka w Mysz­kę Mic­key jed­nej kole­żan­ce! Z zazdro­ści nawet pod­kra­da­łam ukrad­kiem gum­kę do maza­nia, któ­ra pach­nia­ła jak guma balo­no­wa. Duży pro­blem sta­no­wi­ły książ­ki. Nie dość, ze kom­plet był dro­gi, to jesz­cze zda­rza­ło się, że cał­ko­wi­cie nie­do­stęp­ny. Pamię­tam dobrze jak ćwi­cze­nia z pią­tej kla­sy z pol­skie­go mia­łam kse­ro­wa­ne (co i tak było wyczy­nem!), bo oka­za­ło się, że dodru­ku nie będzie, a w księ­gar­niach zabra­kło.

Budynek szkoły

Moja szko­ła była spe­cy­ficz­na. Wiej­ska i miesz­czą­ca 100 uczniów. W sumie nie, nie mie­ści­ła ich. Sta­ry ponie­miec­ki budy­nek był dla trzech klas i poko­ju nauczy­ciel­skie­go, kolej­ne dwie kla­sy w innym budyn­ku i innej miej­sco­wo­ści, a resz­ta dzier­ża­wio­na była od oso­by pry­wat­nej w jesz­cze innym budyn­ku. Do trze­ciej kla­sy dojeż­dża­łam osi­no­bu­sem cią­gnię­tym przez trak­tor. To i tak lepiej niż nie­któ­rzy, któ­rzy musie­li poko­ny­wać kil­ka kilo­me­trów rowe­rem lub wozem zaprzę­żo­nym w konia. Brak sali gim­na­stycz­nej czy sto­łów­ki nie był tak dokucz­li­wy jak brak WC w budyn­ku szko­ły, ale jakoś moż­na było przy­wyk­nąć o wychod­ka. Z tym, że zimą sika­ło się znacz­nie szyb­ciej.

Śniadanie

Codzien­nie do szko­ły mama dawa­ła mi kanap­kę, naj­czę­ściej z wędli­ną albo serem. Nale­żę jed­nak do dzie­ci, któ­re mia­ły waż­niej­sze rze­czy na gło­wie, do tego bar­dzo wol­no jadłam, moje kana­ki zja­dał więc albo pies w domu albo kon­fi­sko­wa­ła bab­cia. W szko­le otrzy­my­wa­li­śmy jesz­cze luro­wa­tą i słod­ką jak ule­pek her­ba­tę czer­pa­ną z wiel­kie­go gara warzą­chwią przez miłą panią woź­ną. Her­ba­tę i cukier przy­no­si­ły same dzie­ci.

Obecnie

Ubranie

Wła­ści­wie teraz nie ma na co narze­kać, o ile ma się pie­nią­dze. W skle­pach jest spo­ry wybór, trze­ba tyl­ko zwra­cać uwa­gę na jakość mate­ria­łów oraz sto­sow­ność napi­sów na t-shir­tach. Na roz­po­czę­cie nadal dzie­ci mają przy­cho­dzić galo­wo. O ile chłop­cy potra­fią się wbić nawet w gar­ni­tu­ry, o tyle w przy­pad­ku dziew­czy­nek widzę aż zbyt wiel­ką dowol­ność: mamy głę­bo­kie dekol­ty w naj­star­szych kla­sach i sto­no­wa­ne spód­nicz­ki pierw­szo­kla­si­stek. Cza­sem kolo­rem uwa­ża­nym za odpo­wied­ni jest róż czy żół­ty.

Wyprawka

Tu to dopie­ro moż­na zwa­rio­wać! Naj­le­piej pójść na zaku­py papier­ni­cze z dziec­kiem. Wte­dy oka­zu­je się, że od Hana Solo woli Dar­tha Vade­ra, a piór­nik ma być zwy­kły, a nie z miliar­dem gumek i prze­gró­dek. O jed­no aku­rat nie muszę się mar­twić: książ­ki. Tyl­ko reli­gię trze­ba doku­pić (i wła­śnie bra­ku­je nakła­du!), a o resz­tę trosz­czy się szko­ła. Jedy­nym moim obo­wiąz­kiem jest pil­no­wa­nie, by nie zosta­ła znisz­czo­na. Książ­ki mają słu­żyć bowiem trzem rocz­ni­kom.

Budynek szkoły

Szko­ła syna to typo­wy gomuł­kow­ski pomysł archi­tek­to­nicz­ny. Sale ma spo­re, prze­stron­ny kory­tarz, mała sala gim­na­stycz­na i nostal­gicz­ne, jeśli nie mówić prze­sta­rza­łe, sani­ta­ria­ty. Dyrek­cja i rodzi­ce robią co mogą. Ostat­nio odma­lo­wa­ny kory­tarz zachę­ca wręcz do zaba­wy: weso­łe posta­ci jak z kre­skó­wek, ścia­na z pra­ca­mi młod­szych grup, lustro dla dziew­czyn, na pod­ło­dze gra w kla­sy czy tablicz­ka mno­że­nia na stop­niach scho­dów. Star­sze dzie­ci mają swo­je oddziel­ne pię­tro, a tam książ­ki i wygod­ne kana­py. W wol­nej chwi­li każ­dy może pograć w ping-pon­ga czy sza­chy. W salach dzie­ci mają tabli­ce mul­ti­me­dial­ne, zaku­pio­ne dzię­ki licz­nym zbiór­kom i akcjom typu 1% z podat­ku. Jako, że mamy do szko­ły ponad 10 km, dojeż­dża auto­bu­sem, a wła­ści­wie wygod­nym auto­ka­rem.

Śniadanie

Tu mamy ist­ny pro­blem, bo syn odzie­dzi­czył po mamu­si nie­chęć do jedze­nia w szko­le. Kanap­ki dosta­je więc tyl­ko wte­dy, kie­dy ma wię­cej niż 5 lek­cji. Pierw­sze śnia­da­nie zja­da w domu i potem twier­dzi, że wystar­cza mu woda w bido­nie. Nie zmu­szam. Mają róż­ne akcje doży­wia­nia: warzy­wa i owo­ce w worecz­kach, jabł­ka w koszach, mle­ko w kar­to­ni­kach. Jeśli ktoś nie ma ocho­ty na jakiś pro­dukt czy nawet domo­we kanap­ki, jest kosz na takie jedze­nie i mogą się­gać do nie­go inni. Spraw­dza się, a do śmiet­ni­ków tra­fia spo­ra­dycz­nie tyl­ko jakaś żyw­ność, co jest i tak pięt­no­wa­ne przez gro­no peda­go­gicz­ne. Jesz­cze jakiś czas temu był skle­pik, póź­niej auto­mat ze sło­dy­cza­mi, któ­re jed­nak szyb­ko znik­nę­ły.

Reformy

Jeśli mam być szcze­ra to pew­nie za moich cza­sów szkol­nych były refor­my, ale ja żad­nej nie pamię­tam. Mój syn? Też raczej nie widzi róż­ni­cy poza tym, że musiał iść do szko­ły jako 6-latek. Jed­nak pół jego kla­sy jest z tego rocz­ni­ka, więc pro­ble­mu nie było. Teraz i on i ja stre­su­je­my się IV kla­są, a nie tym, czy obec­ny rzą­dzą­cy coś nowe­go wpro­wa­dzi­li. O to mar­twią się raczej nauczy­cie­le, któ­rzy zno­wu muszą robić pla­ny dla kura­to­rium i pozna­wać książ­ki do zajęć na ostat­nią minu­tę. Może jesz­cze rodzi­ce miesz­ka­ją­cy w miej­sco­wo­ściach, gdzie gmi­na czy mia­sto zaspa­ło i zapo­mnia­ło, że od 1 wrze­śnia będzie wię­cej dzie­ci w szko­le o jeden rocz­nik. Podob­ny pro­blem był za poprzed­nie­go rządu,właśnie wte­dy, kie­dy Arti szedł do pierw­szej kla­sy. Tyl­ko jakoś wte­dy nikt nie mówił „nie będę przez to gło­so­wać na tą par­tię, bo robi bała­gan w szkol­nic­twie”.

Fot. Joe Coy­le, CC BY-ND 2.0

A jak wyglą­da czy wyglą­da­ło to u Was?