Całkiem wesoło

7 rzeczy, które zawsze robię i jedna której nie kiedy dzieci są w szkole

Jestem mamą, któ­ra nie pra­cu­je. Zna­czy się nie że nic całe dnie nie robię – ja nie wycho­dzę z domu do pra­cy. Jest to ide­al­ne wyj­ście pod­czas wszel­kich pre­zerw w cią­gu roku szkol­ne­go, kie­dy dzie­ci mają wol­ne od szko­ły, oraz waka­cji, bo nie muszę zasta­na­wiać się co z dzieć­mi zro­bić. W piw­ni­cy ich nie zamknę, a prze­cież bab­cie też mają swo­je życie i wrzu­ca­nie im trój­ki nie­ko­niecz­nie potul­nych wyrost­ków na cały mie­siąc nie jest szczy­tem marzeń. Jed­nak waka­cje z dzieć­mi, CAŁE WAKACJE Z DZIEĆMI, to jest czas, któ­ry powo­du­je, że zaczy­nam marzyć o roz­po­czę­ciu roku szkol­ne­go. Bo możesz nie wie­dzieć, ale jest kil­ka rze­czy, któ­re robię zawsze kie­dy dzie­ci są w szko­le…

1. Robię porządek ze sobą

Tak jak wio­sną robię w domu gene­ral­ne porząd­ki i odku­rzam nawet na stry­chu, tak po waka­cjach docho­dzę do ładu z fizycz­ną czę­ścią swo­je­go jeste­stwa. To czas, kie­dy odwie­dzam den­ty­stę, gine­ko­lo­ga oraz fry­zje­ra. Wła­śnie w takiej kolej­no­ści. Zasy­piam na fote­lu pod­czas dwu­go­dzin­ne­go boro­wan­ka, odbęb­niam corocz­ną cyto­lo­gię i od nie­daw­na USG pier­si, a na koń­cu sia­dam na naj­przy­jem­niej­szym na świe­cie fote­lu fry­zjer­skim i odda­ję się cała w ręce i nożycz­ki spe­cja­li­sty.

2. Spędzam czas na robieniu tego, co lubię

Jed­ni uwiel­bia­ją myć okna raz w tygo­dniu, inni tre­nu­ją maki­jaż teatral­ny przed każ­dym wyj­ściem po buł­ki. Ja uwiel­biam czy­tać książ­ki i pra­co­wać, kie­dy nikt nie dyszy mi w kark. I wca­le nie mówię tu o jakiś ero­ty­kach – ja nie lubię, jak ktoś patrzy mi przez ramię, jak komen­tu­je obraz­ki w komik­sach, cytu­je co cie­kaw­sze tek­sty, chi­cho­cze rado­śnie na każ­de prze­czy­ta­ne sło­wo na D (dupa) lub K (kibel) i każe opo­wie­dzieć co wła­śnie robię.

3. Przyglądam się swojej diecie

Lato to dla mnie nie tyl­ko czas, kie­dy roz­piesz­czam dzie­ci deser­ka­mi, a męża domo­wy­mi cia­sta­mi, ale tak­że okres wzmo­żo­nej pra­cy na zewnątrz przy upra­wie przy­do­mo­we­go ogród­ka. Jestem typem przo­dow­ni­ka pra­cy, któ­ry jak coś sobie przed­się­we­zmę, to zro­bi i nic, nawet głód nie jest w sta­nie go od skoń­cze­nia zamie­rzo­ne­go odgo­nić. Koń­czy się to tym, że jestem odwod­nio­na, głod­na i zła, ale kolej­ny ele­ment na liście do zro­bie­nia jest odha­czo­ny. A że pogo­da tego lata była prze­pięk­na, to czę­sto zda­rza­ło się, że dzien­nie jadłam tyl­ko śnia­da­nie i obia­do­ko­la­cję. Dla­te­go jak tyl­ko wró­ci­łam do ryt­mu szko­ły moich dzie­ci ruszy­łam na pod­bój skle­pów spo­żyw­czych uzbro­jo­na w spi­sa­ną listę ze wszyst­ki­mi potrzeb­ny­mi do przy­go­to­wa­nia zdro­wych i zie­lo­nych posił­ków wik­tu­ała­mi. Żad­na mała mał­piat­ka nie łado­wa­ła mi do koszy­ka pudła bana­nów, któ­rych całe lato mój wiej­ski sklep na oczy nie widział, nikt nie rzu­cił się na różo­we donu­ty z cukro­wy­mi gwiazd­ka­mi, ani nie żądał hot-dogów na kola­cję. Przez to i ja nie rzu­cę się na donu­ty, nie będę doja­dać sczer­nia­łych bana­nów ani pię­tek hot-dogo­wych bułek.

4. Rozpieszczę siebie bez wiecznego osądzania z tylnej kanapy samochodu

Zaku­py mają to do tego, że strasz­nie mnie męczą. A zmę­cze­nie naj­le­piej mi zneu­tra­li­zo­wać dobrą mro­żo­ną kawą z jakiejś sie­ciów­ki w cen­trum han­dlo­wym. Kie­dy dzie­ci są w szko­le nikt nie będzie przy oka­zji chciał pod­łą­czyć się do zamó­wie­nia i zjeść fry­tek z kur­cza­kiem, bawiąc się rpzy tym chiń­ską zaba­wecz­ką zro­bio­ną za 1 dola­ra, a kosz­tu­ją­cą trzy razy tyle. Nikt nie będzie tez mi wyma­wiał, że oto ja, wyrod­na mat­ka, sobie kupię, a dziec­ku nie, bo prze­cież nie stać nas na sto­ło­wa­nie się całej rodzi­ny co chwi­lę w fast-foodach i innych restau­ra­cjach sie­cio­wych. Może całej rodzi­ny nie, ale mnie już stać!

5. Zjadam śniadanie w błogosławionej zupełnej ciszy

Z zaku­pio­ną spo­żyw­ką mogę spo­koj­nie udać się do domu, powkła­dać do lodów­ki co trze­ba i bez pałę­ta­ją­cych się mało­let­nich pod noga­mi oraz kota, któ­re­go noto­rycz­nie wpusz­cza­ją do kuch­ni, zro­bić sobie śnia­da­nie. Nikt nie będzie prze­ry­wał mi parze­nia kawy swo­im wywo­dem o Mine­craf­cie, nikt nie wyje mi rzod­kie­wek z kanap­ki ani nie będzie wyma­wiał, że mam ocho­tę pod­czas PMS wchło­nąć pudła lodów cze­ko­la­do­wych zagry­za­jąc je kaba­no­sem. Nikt, bo niko­go przy mnie nie będzie!

Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc nie jestem oso­bą zbyt czę­sto nęka­ną tele­fo­na­mi, jed­nak cza­sem ktoś chce się ze mną w ten dziw­ny spo­sób skon­tak­to­wać. Kie­dy dzie­ci są w pobli­żu, roz­mo­wa przy­po­mi­na kon­wer­sa­cję z kimś, kto ma zespół Tourrett’a: „Wiesz, myślę że ta kawa w śro­dę NATKA ZOSTAW TEGO KOTA, ON NIE JE KREDEK to dobry pomysł”. W cza­sie, kie­dy one są w szko­le, w koń­cu mogę każ­de zda­nie wypo­wie­dzieć bez żenu­ją­cych wsta­wek.

7. Czytam nawet SPAM na koncie pocztowym

Tak, wpraw­dzie nagłów­ki, ale czy­tam. Wszyst­kie 1385 wia­do­mo­ści dzien­nie. Spra­wia mi radość każ­dy mail od boga­te­go nie­zna­ne­go krew­ne­go z kra­ju w środ­ku Afry­ki oraz każ­dej nie­sa­mo­wi­tej ofer­ty powięk­sza­nia sta­nu kon­ta (a o czym pomy­śle­li­ście?!).

8. Tęsknie za dziećmi

Tak, tęsk­nie za moimi dzieć­mi kie­dy są w szko­le. Tak, to jest kłam­stwo. W koń­cu to wła­śnie kie­dy ich nie ma mogę men­tal­nie się pozbie­rać przed kolej­nym wspól­nym popo­łu­dniem, któ­re cza­sem przy­po­mi­na tria­tlon połą­czo­ny z wal­ką zapa­śni­czą. Bo umów­my się: mat­ka, któ­ra zro­bi swo­je (choć­by była to nawet dwó­jecz­ka w WC!) bez prze­szka­dza­nia jej to SZCZĘŚLIWA MATKA.