Do trzech razy sztuka: Jeden

Do trzech razy sztuka: Jeden Image

Do trzech razy sztuka: Jeden

Ufff! Wy­glą­dam jak słoń, cho­dzę jak słoń, dy­szę jak słoń. Nie, chy­ba jed­nak jak lo­ko­mo­ty­wa, sło­nie mają trą­by i pew­nie jak dy­szą to sły­chać świst. Czas usiąść wy­god­nie na fo­te­lu i coś zjeść. W koń­cu skądś te do­dat­ko­we 26 kg się na mnie wzię­ło! Tru­skaw­ki z cu­krem i śmie­ta­ną, tak, to jest życie…

Z bło­go­sta­nu i sma­ko­wej roz­ko­szy wy­ry­wa mnie dość moc­ne cią­gnie­cie za je­li­ta, pod­brzu­sze i ner­ki. Hmmm, co to ta­kie­go? Do­bra, je­stem w cią­ży, ale kop­nia­kiem bym tego nie na­zwa­ła. Jesz­cze po­nad dwa ty­go­dnie do ter­mi­nu, nie ma się co śpie­szyć. Da­lej, gdzie te tru­skaw­ki! Ała! No nie, co jest? Trze­ba jeść, bo je­śli to TO, to nie bę­dzie w tym se­zo­nie wię­cej truskawek!

Ale nic już nie jest ta­kie jak przed­tem. Tego wie­czo­ra 2008 roku niby kła­dę się spać, ale nie śpię. Nie mogę, nie, że nie chcę. Nie stre­su­ję się, tyl­ko ten ból mi prze­szka­dza. Do tego bie­gun­ka nie po­za­wa­la za­snąć, mimo kle­ją­cych się oczu.

- Do­syć! Tak nie może być! Jak to tak moż­na nie po­zwa­lać cię­żar­nej spać! — besz­tam skur­cze w my­ślach. Idę do ła­zien­ki. Je­stem ko­cha­na żona i nie bu­dzę męża, tyl­ko sie­dzę so­bie na wan­nie i ze sto­pe­rem w ręku li­czę czas po­mię­dzy skur­cza­mi. Po co mam siać pa­ni­kę. 1,2,3,4,5,6,7… Uuuuuu!

- Ko­cha­nie, kie­dy mie­li­śmy je­chać do szpi­ta­la? Jak co ile będą skur­cze: co 7 czy co 5 mi­nut? — wo­łam już lek­ko spanikowana.
— Hmmm? — od­po­wia­da ja­kiś zom­bie w moim łóżku.
— Ko­cha­nie, ja chy­ba rodzę!

Tak, ta­kiej pa­ni­ki nie wi­dzie­li na­wet Ame­ry­ka­nie pod Lit­tle Bi­ghorn. Po dra­ma­tycz­nej wal­ce z okrą­ża­ją­cą koł­drą, po od­na­le­zie­niu kap­ci-de­zer­te­rów i po­wro­cie do pio­nu Bla­dej Twa­rzy, za­czął się mor­der­czy po­ścig w po­szu­ki­wa­niu tor­by do szpi­ta­la. Ja so­bie spo­koj­nie w tym cza­sie zmie­ni­łam ubra­nie, do­pa­ko­wa­łam pi­cie, ko­mór­kę i co tam jesz­cze mia­łam do­pa­ko­wać, za­dzwo­ni­łam po tak­sów­kę. W drzwiach sta­nął ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy — Oj­ciec mo­je­go dziec­ka. Pa­ni­ka to mało po­wie­dzia­ne! W ręku trzy­mał ja­kąś tor­bę, ewi­dent­nie nie tą, któ­rą po­ka­zy­wa­łam mu od dwóch mie­się­cy co rano z prze­ka­zem „TO jest tor­ba do szpi­ta­la!”. Po­ka­za­łam mu, co miał zna­leźć i wy­szli­śmy z miesz­ka­nia. Do dziś za­sta­na­wiam się, czy za­mknął drzwi na klucz.

Scho­dze­nie z IV pię­tra przy­po­mi­na­ło wy­pra­wę al­pi­ni­stycz­ną, tyle że to nie Mt Blanc, a Mt Blok. Trwa­ło to wiecz­ność, gdyż na każ­dym pół­pię­trze ła­pał mnie skurcz. Nie mo­głam się wte­dy ru­szyć. Nie re­ago­wa­łam na py­ta­nia, świa­tło, dźwię­ki. Tyl­ko sta­łam, lek­ko prze­chy­la­jąc się do przodu.

Tak­sów­ka cze­ka­ła cier­pli­wie. Kie­row­ca wi­dząc co się świę­ci pod­wiózł mnie aż pod same drzwi po­ro­dów­ki. Nie uro­dzi­łam w sa­mo­cho­dzie, nie bę­dzie gra­ti­so­wych prze­jaz­dów do koń­ca ży­cia. Plan spa­lił na panewce.

Izba Przy­jęć. Ci­cho, ciem­no, w koń­cu śro­dek nocy. Wcho­dzę. Miłe pa­nie no­tu­ją wy­du­ka­ne prze­ze mnie mię­dzy skur­cza­mi dane. Ba­da­nie. 3 cm. Co?!! Ile?!!! To ja tu całą noc nie śpię i TYL­KO TYLE!?! Nie po­wiem, pod­ko­pa­ło mnie tro­chę. Idzie­my na po­ro­dów­kę. Ja w sek­si szpi­tal­nej ko­szu­li, za mną czła­pie Ojciec.

Po­ród ro­dzin­ny w tam­tych cza­sach to mrzon­ka. Jak­bym prze­no­si­ła cią­żę z pół roku to da­ło­by radę, te­raz jed­nak od­dział po­łoż­ni­czy był w re­mon­cie, a wszyst­kie cię­żar­ne i mat­ki zo­sta­ły umiesz­czo­ne na jed­nym od­dzia­le. To do­pie­ro pa­to­lo­gia! Po ko­ry­ta­rzu cho­dzi­ły dziew­czy­ny z kro­plów­ka­mi, sta­ra­ją­ce się uro­dzić, te, któ­re chcia­ły uro­dzić jak naj­póź­niej i te, któ­re do­pie­ro co uro­dzi­ły. Psy­chicz­nie nie do ogarnięcia.

Oj­ciec po­cząt­ko­wo chciał cze­kać na roz­wią­za­nie na klat­ce scho­do­wej szpi­ta­la, jed­nak sa­lo­wa go prze­pę­dzi­ła. Dziś je­stem za to jej wdzięcz­na, bo było to kom­plet­nie bez­sen­sow­ne. Po­dob­no i tak nie spał już do rana. Po uro­dze­niu wi­dy­wa­łam pod drzwia­mi od­dzia­łu ta­kich wła­śnie ta­tu­siów, za­tro­ska­nych, bla­dych, sie­dzą­cych na tor­bie, bo na sali od­wie­dzin było tyl­ko jed­no krze­sło. Iście ża­ło­sny i dra­ma­tycz­ny to widok.

By­łam sama. Sala była nie­wiel­ka, świe­ci­ło się gdzieś bocz­ne świa­tło, w tle ja­kaś sta­cja ra­dio­wa nada­wa­ła mu­zy­kę. Trzy łóż­ka, ta­kie nor­mal­ne, szpi­tal­ne. Mia­łam pro­blem by na nie wejść, bo dość wy­so­ko. Je­stem cie­ka­wa, czy oso­by ni­skie­go wzro­stu do­sta­ją ja­kiś sto­łe­czek, bo chy­ba nie wska­ku­ją na nie. Nikt poza mną nie ro­dzi. Pla­no­wa­ne ce­sar­ki będą do­pie­ro rano, obok śpi tyl­ko położna.

Nad drzwia­mi ze­gar. Gdy­by nie pa­trze­nie na jego wska­zów­ki chy­ba bym za­nu­dzi­ła się na śmierć. Bo­la­ło, ow­szem, ale bar­dziej mnie wy­mę­czy­ło nie­wy­spa­nie. Co pe­wien czas mia­łam za­kła­da­ne KTG albo ro­bio­ne ba­da­nie. Ki­be­lek był po prze­ciw­nej stro­nie ko­ry­ta­rza, więc kro­kiem gej­szy po­drep­ta­łam z po­trze­bą. Tru­skaw­ki są moczopędne.

Szło mi po­wo­li. Do 6 rano za­le­d­wie 3 ko­lej­ne cen­ty­me­try, a ja już by­łam wy­czer­pa­na. Na­gle wszyst­ko przy­spie­szy­ło. Szedł skurcz za skur­czem. Co­raz sil­niej­sze. Co­raz gło­śniej sa­pa­łam. Obu­dzi­łam aż po­łoż­ną. Po­chwa­li­ła mnie: „8 cm. Już nie­dłu­go.” Po­sa­dzi­ła mnie na łóż­ku, po­roz­kła­da­ła ja­kieś nóż­ki, sto­licz­ki pod nim. Na­wet nie wie­dzia­łam że ta­kie rze­czy moż­na z tym łóż­kiem zrobić.

Prze­bi­to pę­cherz pło­do­wy. 10 cm. Woda chlup­nę­ła na łóż­ko, pod­ło­gę, ścia­ny. Sa­lo­wa tro­chę po­tem ma­ru­dzi­ła przy sprzą­ta­niu. Mój brzuch za­czął fa­lo­wać. Coś w środ­ku nie­mi­ło­sier­nie się sza­mo­ta­ło, jak kot w wor­ku. „Szyb­ciej, wy­chodź stam­tąd!” — wo­ła­łam w my­ślach, a na głos już tyl­ko się dar­łam. Coś za­bo­la­ło i prze­sta­ło. Aaaaaaa! W pew­nym mo­men­cie po­łoż­na skrzy­wi­ła się i po­wie­dzia­ła „zda­rza się”. Nie zdą­ży­łam spy­tać co. Wi­docz­nie brak le­wa­ty­wy zro­bił swo­je. Siła na­tu­ry jest nie­sa­mo­wi­ta i tak sil­na, że na­wet nie po­tra­fię tego opi­sać co czu­łam pod­czas ostat­nich dwu­na­stu mi­nut po­ro­du. Ni­gdy, prze­nig­dy nie czu­łam nic po­dob­ne­go i tak wszech­ogar­nia­ją­ce­go, nie­obli­czal­ne­go jak wte­dy. I na­gle ko­niec. Coś za­pła­ka­ło. Mój pierworodny!

Po­tem już nie było tak ró­żo­wo. Dziec­ko tra­fi­ło na neo­na­to­lo­gię, ja zo­sta­łam. Czu­łam każ­de po­cią­gnie­cie igły, kro­ple krwi spa­da­ły na­wet na pod­ło­gę, ba­da­nie ma­ci­cy przez po­wło­ki brzusz­ne bo­la­ło nie­mi­ło­sier­nie. Po dwóch go­dzi­nach po­łoż­na po­mo­gła mi przejść do mo­je­go po­ko­ju, któ­ry dzie­li­łam z dwo­ma in­ny­mi ma­ma­mi. Usia­dłam na łóż­ku i zemdlałam…

Wa­run­ki? Oj­ciec twier­dzi, że le­żąc na izbie cho­rych w woj­sku miał po­dob­nie. Te­raz nie jest to dla mnie waż­ne. Waż­ne było, czy syn już nie ma żół­tacz­ki. Waż­ne było, że po­łoż­na lak­ta­cyj­na przy­szła do każ­dej pa­cjent­ki, przed­sta­wi­ła się i pro­si­ła, by przyjść do niej z każ­dym py­ta­niem, że po­mo­gła przy pierw­szym kar­mie­niu, a wie­czo­rem spraw­dzi­ła, czy na pew­no nikt nie chce żad­nej po­mo­cy. Waż­ne było, że te­raz te na­dal żywe wspo­mnie­nia, są piękne.

#Lep­szy­Po­ród

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 1 lutego 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Dla dorosłych

Otagowano: