Całkiem kulturalnie

Jak nie Kevin to co? Alternatywna lista świątecznych filmów

Święta mają to do siebie, ze ani w radio nie posłuchasz nic poza kolędami, ani w telewizji nie obejrzysz nic ciekawszego niż „Kevin sam w domu”, tudzież jego kontynuację. Tyle że po latach oglądania tego samego bożonarodzeniowego hitu znamy już każdy gag, każdy tekst i cały soundtrack. A może by tak zaszaleć i obejrzeć coś innego?

To wspaniałe życie (It’s a Wonderful Life, 1946)

Boże Narodzenie dla samobójcy to dzień jak każdy inny – można więc umrzeć tak samo skutecznie. George Bailey, który traci pieniądze, traci też sens swojego życia, załamuje się. Nie widzi miłości żony, przyjaźni znajomych, którym sam często pomagał w kłopotach, przez co sam nie mógł pozwolić sobie na lepsze życie. Nie było to dla niego już ważne. Od ostatecznego kroku powstrzymał go Anioł Stróż. Wiedział jak najlepiej pokazać człowiekowi, że jest ważny i cenny dla innych – pokazał mu jak wyglądałoby życie bez niego.

Cud na 34. ulicy (Miracle on 34th Street, 1947)

Może i Ameryka wylansowała Mikołaja jako staruszka z białą brodą i czerwonym kubrakiem, sunącego na saniach po niebie. Może to dziecinne, naiwne… Ale Ameryka zrobiła też film, po obejrzeniu którego dzieci się cieszą, że Mikołaj jest naprawdę, a rodzice, tacy jak ja, ocierają łzy. Bo jakże tu nie płakać ze szczęścia, kiedy widzisz radość dzieci, kiedy marzenia o rodzinie się spełniają, kiedy starszy pan z białą brodą nie okazuje się szaleńcem czy nawet Mikołajem z centrum handlowego, ale prawdziwym, tym , w którego wierzą dzieci i którym czasem straszą niegrzecznych potomków rodzice. Do tego jest ulubiona mała aktorka moich dzieci, niezastąpiona w „Matyldzie”, Mara Wilson. Uważajcie jednak na dzieci wierzące bezgranicznie w Mikołaja – łatwo tu o poznanie prawdy, co podobno dla niektórych bywa szokiem.

W krzywym zwierciadle: witaj święty Mikołaju (Christmas Vacation, 1989)

Cała seria „W krzywym zwierciadle” jest tak amerykańsko prześmieszna, jednak znajdziemy tam akcent polski. Jest nim „co ludzie powiedzą”. Główny bohater, Clark Grisworld robi wszystko by być naj: jego dom przyozdobiony jest taką ilością iluminacji bożonarodzeniowych, ze w normalnych warunkach konstrukcja dachu by nie wytrzymała. Choinka jest wypasiona. Wszystko cacy, kiedy pojawia się rodzina. Taka typowa, co to na zdjęciu tylko dobrze wygląda, a i to nie zawsze. Lubię ten film, by się zrelaksować, a oglądając go myślę o wszystkich, którzy bez względu na wszystko na stole wigilijnym muszą mieć dwanaście potraw, nawet jeśli połowę wyrzucą, i świeżo wyczyszczone okna, nawet jeśli pogoda zafundowała im dzięki akcji błysk zapalenie płuc.

Elf (2003)

Wiadomo, w fabryce św. Mikołaja pracują Elfy. Nie gnomy, które za dużo piją, nie trolle, które są niewychowane i nie ludzie, którzy… no właściwie w ogóle się do tego nie nadają. I to nie tylko ze względu na ich wzrost. Buddy jest tego najlepszym przykładem – nie wyrabia norm w produkcji zabawek, a i ich testowanie niekoniecznie dobrze mu idzie. Może lepiej byłoby jakby poszukał swojego ludzkiego ojca? W ty celu zostaje wysłany do Stanów Zjednoczonych. Tylko czy są one przygotowane na wizytę przerośniętego, śpiewającego kolędy Elfa?

Charlie i fabryka czekolady (Charlie and the Chocolate Factory, 2005)

Film jest dziwny, jak wszystkie filmy Burtona. W jego dorobku mamy przecież wyśmienite bożonarodzeniowe animowane „Miasteczko Halloween”, ale ja bym tego z dziećmi nie oglądała. Film o Charliem jednak jeszcze da się uznać jako film familijny. Nie ma nic lepszego dla dziecka, niż wygrać w prezencie bilet do najbardziej znanej fabryki czekolady, kiedy własną rodzinę stać w prezencie świątecznym na jedną czekoladę dla wszystkich domowników. Jednak nie każdemu prezenty przychodzą z takim poświęceniem, nie każdy z nich się cieszy i nie każdemu dane będzie uznawać posiadanie złotego biletu od Willego Wonka za nagrodę…

Fred Claus – brat świętego Mikołaja (Fred Claus, 2007)

Bycie starszym bratem jest trudne. Szczególnie jeśli obiecuje, że będzie się najlepszym bratem, a nowo narodzone dziecko okazuje się przepełnionym miłosierdziem i dobrodusznością maluchem. Takim np. przyszłym św. Mikołajem. Fred Claus, po ścięciu przez brata, Nicolaia, ulubionej choinki, na której mieszkał ulubiony ptaszek, znielubił brata na zawsze. Co może być gorszego niż dorosły zgorzkniały Fred, który jest zmuszony przenieść się na Biegun Północny?

Opowieść wigilijna Myszki Miki (Mickey’s Christmas Carol, 1983)

Goffie jako Duch Marleya? Sknerus McKwacz jako Ebenezer Scrooge? Myszka Miki jako Bob Cratchit? Tak, wszystko jest możliwe. Smutna, bo jakże inna mogłaby być, opowiastka o skąpcu i trzech duchach świąt – przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Dzieci ją lubią, a rodzicom daje czasem dużo do zrozumienia.

Strażnicy marzeń (Rise of the Guardians, 2012)

Znacie Jacka Frosta? Nie? A królika Wielkanocnego albo Mikołaja? Ich znacie. Czemu Jacka nie? Bo przestaliście w niego wierzyć. Wprawdzie w Polsce nie ma mitu o Jacku, który potrafi zmrozić w zimę jezioro czy psocić rzucając śnieżkami. To typowo angielska historia. Jednak ma proste przesłanie – jeśli nie wierzysz, magia znika. A bez magii jest tylko smutek…

Barbie: idealne święta (Barbie: A Perfect Christmas, 2011)

Ja wiem co pomyślicie – seria z Barbie to przecież nie dość, że słaba animacja, to jeszcze… no.. to Barbie. Tak, ja też jeszcze do niedawna na samą myśl o wszelkich produktach Barbie, Hello Kitty czy innych Kucykach Pony miałam ciarki i zgagę. Ale mam córki, a one samym Spidermanem i Gwiezdnymi Wojnami żyć nie mogą. Poznają też, a skoro one, to i syn, świat różowych księżniczek i cukierkowych zwierzątek. Takich jak Barbie. Czemu więc polecam ten film? Jest prosty jak budowa cepa – oto zła zima nie pozwala spędzić świąt grupce dziewcząt u ulubionej cioci. Po próbach samodzielnego dojazdu samochodem w zamieć śnieżną grupa utknęła w jakimś pensjonacie na odludziu, który okazuje się być ciekawszym miejscem niż się spodziewały. Co takiego się tam działo musicie zobaczyć już sami.

Renifer Niko ratuje święta (Niko – Lentäjän poika, 2008)

Jak wiele zależy od nas samych i naszego konsekwentnego dążenia do celu wie nawet mały renifer, Niko, który z uporem maniaka trenuje latanie. Przecież jest synem renifera z zaprzęgu św. Mikołaja! Mama tak powiedziała! Nie liczy się to, że nikt poza nim w to nie wierzy, a kopytka ani o centymetr nie odrywają się od ziemi podczas prób lotu. Wciąż wyśmiewany postanawia sam znaleźć stajnię mikołajowych reniferów, by dowieść, że jest synem zaprzęgowego championa.

Fot. Steve Burke, CC BY 2.0