Całkiem poważnie

Dziś sam jest dziadkiem

Zawsze był duży. Mama mówi­ła na nie­go Misiu. Wyso­ki, ale nie za wyso­ki, bar­czy­sty, ale nie tęgi. Taki aku­rat do przy­tu­la­nia. Miał szorst­kie ręce od ukła­da­nia par­kie­tów i kafe­lek, od prze­rzu­ca­nia żwi­ru i mie­sza­nia beto­nu, kie­dy budo­wał wła­sny­mi ręko­ma dom.

Nie­któ­re wspo­mnie­nia są mgli­ste. Czer­wo­ne krop­ki krwi na śnie­gu zna­czy­ły ślad z piw­ni­cy do domu bab­ci. W każ­dą wkła­da­łam zro­bio­ny z paty­ków krzy­żyk. Bo to była jego krew, bo go bola­ło. Potem, kie­dy cze­sał moje dłu­gie wło­sy, nie mógł utrzy­mać ich zszy­tą dło­nią. Wło­sy wysy­py­wa­ły się z niej i nie dało się zro­bić porząd­ne­go kucy­ka. Zanim poszłam do szko­ły jesz­cze raz ucze­sa­ła mnie bab­cia, ale żeby nie było mu smut­no, zro­bi­ła to w tajem­ni­cy. Są i opar­te o fra­mu­gę drzwi dwie kule i zgar­bio­ne ple­cy. Nawet nie wiem dziś dla­cze­go.

To on poka­zał mi sta­rą lodow­nię, w któ­rej dzia­dek całe lato trzy­mał lód wyci­na­ny zimą z jezio­ra, taką zie­mian­kę, gdzie trzy­ma­no mię­so, mle­ko i gdzie krę­co­no lody. Opo­wia­dał jak jeź­dzi się na oklep na kro­wie i pędzi san­ka­mi po gumo­wym lodzie. To on urzą­dził mi zawo­dy z rzu­ca­nia kamie­nia­mi do celu, jakim były szkla­ne butel­ki, w sta­rej nie­czyn­nej żwi­row­ni. To z nim będąc pod namio­ta­mi gra­łam w bad­min­to­na i to on uczył mnie pły­wać, choć w ogó­le mi nie wycho­dzi­ło.

Wiecz­nie zapra­co­wa­ny, albo raczej – czło­wiek któ­re­mu nigdy się nie nudzi­ło. Jak zasia­dał na kana­pie, to był to czas wie­czor­nych wia­do­mo­ści w tele­wi­zji i nigdy nie dotrwał do koń­ca pro­gno­zy pogo­dy, my zaś nie sły­sze­li­śmy pogo­dyn­ki, bo gło­śne chra­pa­nie zagłu­sza­ło wszyst­ko. Pilot nigdy jed­nak nie wypadł mu wte­dy z dło­ni.

Wsta­wał o 6, by rowe­rem doje­chać do sta­cji PKP, skąd jesz­cze 40 km jechał do pra­cy. Tak dzień w dzień, aż kolej zli­kwi­do­wa­ła połą­cze­nie. Zabie­rał nas na wcza­sy w wago­nie wraz z inny­mi kole­ja­rza­mi. Sta­wa­li­śmy więc na jakiejś bocz­ni­cy na Helu czy w Szklar­skiej Porę­bie, wśród innych wago­nów prze­ro­bio­nych na miesz­kal­ne i spę­dza­li­śmy dwa tygo­dnie fan­ta­stycz­nych waka­cji. Może nie był to hotel pię­cio­gwiazd­ko­wy, ale czy dzie­ciom to było potrzeb­ne? Bar­dziej niż luk­su­sy zapa­mię­ta­łam te wszyst­kie kamie­nie, po któ­rych ska­ka­łam trzy­ma­na za rękę, te wszyst­kie fale, któ­re poko­ny­wa­łam na jego grzbie­cie, te wszyst­kie wydmy, po któ­rych się razem wspi­na­li­śmy i szysz­ki, któ­re odnaj­dy­wał dla mnie w lesie.

Miał pięk­ny cha­rak­ter pisma. W cza­sach, kie­dy nie było jesz­cze tak powszech­nych dru­ka­rek, poma­gał robić mi dodat­ko­we pla­ka­ty na histo­rię, by pod­ra­so­wać oce­ny, bo moja pamięć do dat zawsze była mizer­na. Ja kolo­ro­wa­łam skse­ro­wa­ne rysun­ki, on pisał hasła, ja wyci­na­łam infor­ma­cje z gazet, on ryso­wał ram­ki.

Był moim pierw­szym instruk­to­rem samo­cho­do­wym. Malu­chem po leśnych ścież­kach, w cza­sach, gdy moż­na było po lesie samo­cho­dem jeź­dzić, tre­no­wa­li­śmy do cza­su aż pra­wie w drze­wo wje­cha­łam. Nie zde­ner­wo­wał się, nie krzyk­nął. Wypro­sto­wał kie­row­ni­cę, uło­żył fry­zu­rę, spoj­rzał i to wystar­czy­ło. Zawsze był sta­now­czy i to do nie­go nale­ża­ło ostat­nie zda­nie, nawet jak my, kobie­ty jego życia, pró­bo­wa­ły­śmy jakoś zmie­nić jego decy­zje.

Dziś moje dzie­ci nary­so­wa­ły mu laur­ki, a ja nadal zasta­na­wiam się jakim cudem mój tata jest ich dziad­kiem. Prze­cież nadal jestem jego małą córecz­ką, praw­da?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *