Całkiem poradnikowo

Digitariat małoletnich – jak korzystać z internetu będąc dzieckiem

Przeraża mnie często widok dzisiejszych dzieci. Mnie, wychowanej jak dzikiego tarpana wśród łąk i pól. Mnie, dla której światem był szemrzący strumyk, zapach traw, świergot ptaków i błękit nieba. Dzisiejsze dzieci są niczym Tomek, kolega syna. Smętnie siedział na schodach naszego domu, z komórką w ręce, i smutnym głosem zawołał na podwórko, gdzie akurat Arti trenował odbijanie główką piłki
– Szkoda, że nie macie niezabezpieczonego WI-FI…

Dzisiejsze dzieci

No tak, co teraz robić bez internetu? Ani na komórce nie pogra, ani muzyki nie posłucha. Musiałby coś analogowo zacząć robić. Dla mnie nie było w czasie dzieciństwa nudy: cale dnie spędzałam na odkrywaniu przyrody, choć była to tylko najbliższa okolica. Ze śmiechem wspominam jak to uradowana „odkryłam” mały wąwóz z urokliwym stawem. Byłam taka dumna! Następnego dnia znowu poszłam w to miejsce i ze zdziwieniem spostrzegłam, że pasie się tam krowa sąsiada. Czyli nie do końca byłam odkrywcą i pierwszą stopą na nowym lądzie…

Tej ciekawości świata brakowało mi w Tomku. On znał za to wszystkie gry komputerowe, mody Minecrafta i piosenki z list przebojów oraz płyty pana Mietka, kierowcy autobusu szkolnego. Do tego był dociekliwy – przez ramię patrzył co ja sama robię na komputerze, a jak tylko pojawiał się ojciec Artiego zasypywał go gradem pytań na temat nowinek świata technologicznego. Tylko tych motyli nie gonił, źródeł rzeki Wyszewki nie szukał, nie interesował go cykl życia fasoli szparagowej.

Nostalgia nie jest dobrym doradcą

Początkowo zrobiło mi się go żal. Moje dzieciństwo wspominam z nostalgią. Naprawdę było wspaniałe, pełne kontaktu z naturą, ruchu i dziecięcej ciekawości. Podzieliłam się spostrzeżeniem „jaka ta dzisiejsza młodzież jest dziwna” z Ojcem przy kolacji. Oglądaliśmy akurat jakiś film na Youtube. Ojciec odłożył widelec, przeżuł to co jeszcze przeżuć powinien, odchrząknął i zaczął pompatycznie:
– Nie zgadam się z Tobą…
Zbiło mnie to z tropu. Przecież moje, ba, nasze dzieciństwo było wspaniałe! Te zapachy, barwy, ciepły letni deszcz i pijawki w stawie, łapanie żab i łowienie ryb z dziadkiem. Każdy chciałby mieć takie dzieciństwo!
– Nie zgadzam się z Tobą, bo teraz czasy są inne.
– Czy to, że teraz jest dostęp do internetu znaczy że dzieci nie mają się bawić na trzepaku jak kiedyś?
– Tak. Właśnie tak.
Ugryzł kolejny kęs kanapki, włączył następny zasubskrybowany film i zostawił mnie z opadem szczęki.
Przespałam się z tą myślą, że czasy są inne. Bo są, z tym nie ma co walczyć. 30 lat temu była wieczorynka w TV, teraz mamy filmy, kanały dla dzieci, gry dla dzieci na komputerach. Są sprzęty, które nie śniły się futurologom: smartfony, tablety, giętkie ekrany, czytniki książek, mp4, smartwatche… I są dzieci, ciągle takie same. Dzieci potrzebujące nowości, ruchu, pytające dlaczego i po co, posiadające rodziców, którzy je wychowują.

Przede wszystkim umiar

Czy coś w tym złego, że teraz ślęczą nad ekranem i pytają jaki internet posiadamy zamiast gdzie jest piłka? Dwieście lat temu wmawiano ludziom, że czytanie książek ogranicza i osłabia wzrok. Teraz stawiamy na związek ślepoty i braku kreatywności z internetem i elektronicznymi gadżetami. Nie przeszkadza jednak to nikomu, by snuć plany na przyszłość związane z branżą komputerową: jak syn nie będzie programistą, to może grafikiem albo chociaż vlogerem… A teraz niech lepiej pokopie piłkę i poczyta książkę. Przecież dzieci są analogowe, prawda?

Nie, już nie są. Teraz analogowe są do ok. 3 roku życia, a potem tylko bywają. Tak samo jak bywają cyfrowe. Świat idzie do przodu i nie zmienimy go tym, że zbudujemy pomiędzy blokowiskami rząd trzepaków. Owszem, będą na nich siedziały jak dawniej dzieci – jednak ze smartfonem w ręku.

Co więc możemy zrobić? Znaleźć złoty środek. Dziecku potrzebne jest poznanie wszystkiego: świata za oknem, świata z czytanej książki, świata z monitora komputera czy TV i świata we własnym pokoju. Wystarczy dać możliwość: iść na spacer, do lasu, nad jezioro, czytać bajki, podsuwać co ciekawsze książki już czytającemu dziecku, pozwolić na samodzielne kupienie beletrystyki, wybrać ciekawe dla dziecka i akceptowalne przez rodzica kanały na YT czy gry komputerowe zgodne z wiekiem małego widza, oglądać razem filmy i bajki dla dzieci, zagrać w Chińczyka czy w karty całą rodziną. Nawet najwytrwalszy biegacz czasem musi usiąść i odsapnąć a komputerowy maniak rozprostować kości.

I żyli długo i szczęśliwie

Jak znaleźć złoty środek? To już musicie wypracować sami. U nas początkowo dzieci oglądały bajkę po kąpieli. Taki codzienny rytuał. W ramach weekendu mogły dodatkowo rano obejrzeć jedną pełnometrażową. Kiedy Arti nauczył się czytać – był to warunek! – pozwoliliśmy na używanie komputera. Początkowo miała to być gra zamiast bajki. Z czasem jednak przebywanie przed monitorem zaczęło być głównym punktem dnia, na który nie mógł się doczekać. Całe dnie rozprawiał tylko o grze. Trzeba było więc zmienić taktykę. Od tego czasu komputer obowiązuje tylko raz w tygodniu. Najpierw zgodziliśmy się na granie w dzień – trochę w sobotę, trochę w niedzielę. Ale wtedy w przypadku całodziennych wycieczek przepadały godziny gry, więc syn był niepocieszony. Zgodziliśmy się wspólnie na nockę czyli z piątku na sobotę Arti może grać do oporu. Dzięki temu ma ciastko i je ciastko – my nie narzekamy, że całe dni siedzi w komputerze czy rozmawia tylko o Minecrafcie, on nie ma poczucia, że życie jest niesprawiedliwe, bo sam wynegocjował z nami takie rozwiązanie.

Technologia nie zabija ani kreatywności, ani nie ogłupia. To, czego musimy nauczyć nasze dzieci, to nie wiszenie do góry nogami na trzepaku, a przetwarzanie informacji dostępnych teraz na wyciągnięcie ręki. Nie tylko wzrok i słuch jest potrzebny do korzystania z nowoczesnych technologi, ale także głowa. Wszakże najciekawsze trzepakowe rewolucje nie pokaże im mama czy tata, ale internet.

W tekście znajduje się link reklamowy.