Całkiem poradnikowo

Trzeba być twardym kiedy dziecko jest chore

Macierzyństwo fajna rzecz, ale tylko okazjonalnie i najlepiej u innych. O, jak idę do świeżo upieczonej mamy to jest fajnie. Poprzytulam się do małego ciałka, a jak już ciałko ma dosyć, to wydaję gorący towar we właściwie ręce. Tak naprawdę macierzyństwo jest do bani: nie moje nocne wymioty, oduczanie od pieluchy czy nowa kanapa załatwiona czarnym markerem. Parę lat później śmiejesz się z tych momentów nad kieliszkiem wina z innymi mamami, które mają już odchowane dzieci, Na szczęście jest magiczna amnezja i pojawiają się kolejne dzieci. Ale jednej kwestii nie zapominasz nigdy. Ona wgryza się w pamięć jak mój kot w szynkę: stajesz się bezduszny kiedy dziecko jest chore.

Trzeba to sprawdzić, jak się urodzi

Już podczas kontrolnego ciążowego USG było coś nie tak. Jeszcze nie tak mocno. Ot, spokojne zapewnienie lekarza, ze wprawdzie teraz jest anomalia, ale to trzeba sprawdzić po porodzie, bo teraz to często takie są. Skoro są często, to nie panikowałam. Urodziłam. I się zaczęło.
„Pani syn ma ASD II, to taka wada serca”.
Dla matki, która ledwo co stoi po kilkugodzinnym porodzie to raczej nie jest dobra wiadomość. W sumie dla żadnej matki by nie była. Usiadłam, a doktor rozwijał temat. Pojawiły się konieczności kontroli, monitorowanie stanu dziecka, sprawdzanie, czy jego dłonie nie robią się sine. Wada serca nie była zbyt duża, jednak była. Jego serduszko mieszało krew natlenioną i nienatlenioną. Jego małe serduszko.

Pamiętam jak płakałam do słuchawki mężowi, który nawet nie mógł przyjść do szpitala mnie pocieszyć. Pamiętam jak bałam się go zostawić śpiącego, bo przecież mógł przestać oddychać. Ale nawet ja nie mogłam całą dobę wpatrywać się w oznaki niedotlenienia. Musiałam być twarda. Musiałam kontrolować serduszko i trzymać dziecko podczas USG serca. Musiałam bezdusznie wysłuchiwać co ma kardiolog dziecięcy do powiedzenia, bo przecież przez łzy nie zrozumiałabym jego słów.
Serduszko się zrosło.

Czy ono dobrze słyszy?

Kontroluje wzrok moich dzieci, gdyż mam wadę wzroku, która występuje od pokoleń w mojej rodzinie. Arti odziedziczył ją także. Nigdy bym jednak nie wpadła, że ze słuchem może być coś nie tak. Bliżej mi do twierdzenia, że dziecko mnie nie słucha, a nie nie słyszy. Tak też zażartowałam u pediatry. Dostałam skierowanie na badania laryngologiczne do Poradni Dzieci Głuchych. Byliśmy tam pacjentami kolejny rok. Okazało się, że wada wymowy jest spowodowana częściową, wyleczalną głuchotą. Teraz to samo mam z Kinią. Liczne zapalenia ucha zrobiły swoje. Czekają nas ponowne badania, ale teraz jestem już spokojna, może nawet bezduszna, bo wiem co będzie dalej. Chyba muszę jeszcze o Natkę wypytać.

Ona wygląda jak poparzona!

Z dnia na dzień mocniej ulewała, ale przecież wszystkie dzieci ulewają. Wysypka? To przecież potówki, w końcu mieliśmy lato, jak się urodziła. Ale lato minęło, trawienie powinno się unormować, a z dzieckiem było coraz gorzej. Nati była całkiem pogodnym dzieckiem o ile nic ją nie swędziało. A miało co swędzieć. W tym czasie się też przeprowadziliśmy. Na nowym placu zabaw podeszła do mnie jakaś mama i spojrzawszy w wózek rzekła: „Ojeju, ona jest poparzona?”. Nie, to tylko alergia. Moim zdaniem tego dnia i tak dobrze wyglądała, bo przecież już mamy steryd, leki doustne, mokre bandaże na noc. Tylko ten płacz czasem był nie do opanowania. Płacz, na który ludzie potrafili wyjść na balkon i głośno zastanawiać się czy jakieś dziecko nie jest maltretowane. A to tylko ja tuliłam moją córkę podczas kolejnego bolesnego wieczora.

Nie jest łatwo mieć chore dziecko. Trzeba dawać mu leki, nawet jeśli ich nie lubi. Czasem wciskać na siłę. Trzymać kończyny kiedy chce uciec spod aparatury, głaskać pod lampami do naświetleń czy w inkubatorze. Trzeba być bezdusznym kiedy dziecko jest chore.
I płakać w poduszkę.

Fot. Mike Willis, CC BY-ND 2.0