Całkiem kulturalnie

Robotyka dla dzieci? Tak, to jest pomysł!

Nie ma nic gorszego niż dziecko bez żadnego hobby, ale czasem to hobby dla dziecka wynajduje mu rodzic. Nie na siłę – na próbę. Tak było w przypadku Artiego. Zafascynowany Minecraftem, że aż podchodzi to w obsesję, marzący o kółku szachowym i skręcający pojazdy z zestawu Mały konstruktor, nawet nie pomyślał jednak, by coś pokodować samemu. Ale pomyślałam ja i tak trafiliśmy najpierw na zajęcia z kodowania, a później na fantastyczną serię książek Niki i Tesla.

Programowanie dla kilkulatków?

Pomysł wydaje się szalony, ale kto powiedział, że programowanie przez dzieci jest niemożliwe? Już w 5 klasie w programie informatyki są zajęcia ze Skratch’em, edukacyjnym językiem obiektowym, dzięki któremu uczniowie poznają tajniki kodowania. Scratch umożliwia łatwe tworzenie interaktywnych historyjek, animacji, gier, muzyki. Samo programowanie odbywa się w sposób wizualny, bo niemal jak łączenie puzzli przeciąga się i układa elementy na ekranie. Taki program może współdziałać np. z robotami Lego Mindstorms. Arti miał zajęcia z Ozobotami, które dosłownie działają na puzzlach, bo mają sensory koloru, które można zaprogramować do odpowiedniego działania językiem blockly, tworzyć niekończące się pętle i przy okazji wypracowywać prawidłowe nawyki, które przełożą się na dalszą naukę programowania. Bo nie problem jest nastukać 10000 linii kodu, które działa – problemem jest zrobienie kilku, które też będzie działać, nie obciążając systemu i nie tworząc przy okazji błędów.

Co jeśli nie programowanie na komputerze? Książki!

Na serię Niki i Tesla właściwie trafiłam z przypadku. Sama nie byłam orłem z fizyki, chemii czy techniki i choć lubię majsterkować, to od elektryki trzymam się zawsze daleko. Kiepski byłby chyba ze mnie konstruktor robotów z taką elektrofobią. Na szczęście książki Niki i Tesla to cykl dla młodzieży, więc moim zadaniem było „tylko” przeczytanie jak największy cenzor i ewentualnie przekazanie Kini czy Artiemu, zależnie jak trudne będą ich teksty. Choć celem autorów, czyli „Science Bob’a” Pflugfeldera oraz Steve’a Hockensmitha, było rozbudzenie zainteresowania techniką i fizyką przy pomocy książek, ja wciągnęłam się w fabułę. No jestem ciekawa kto też śledzi rodzeństwo!

Ach, no tak, bo nie napisała jednego: seria nie jest poradnikiem jak zbudować robota. To wesołe przygody dzieci o podobnym wieku co czytelnicy. Niki i Tesla są rodzeństwem. Niki jest trochę bojaźliwym i pesymistycznie nastawionych chłopcem, a Tesla to twardo stąpająca po ziemi, przepełniona pomysłami dziewczyna. Uwielbiają eksperymenty i chyba dobrze, że zamiast oglądać z rodzicami nawadnianie pól soi w Uzbekistanie, trafili pod skrzydła trochę roztrzepanego (ach, ten powitalny tort z solą!) wynalazcy wujka Newta.

Laboratorium pod napięciem

Choć Niki i Tesla trochę w głębi duszy dziwią się, że rodzice wyjechali badać jakieś nasionka do dalekiego azjatyckiego kraju, to na osłodę mają na szczęście do dyspozycji całe laboratorium swojego wujka. Oczywiście za jego zgodą i ze szczerą aprobatą. Dzieciaki nie czekają długo i budują rakietę… która po średnio udanym starcie ląduje na sąsiedniej posiadłości. Takiej z gatunku tych opuszczonych, nawiedzanych przez duchy itd. Pech chciał, że lecąca rakieta porwała prezent Tesli – medalik, który nosiła na szyi. Nie ma rady, trzeba niczym Wałęsa skoczyć przez płot i… wrócić w podskokach, bo terenu pilnują nie tylko groźne psy, ale i ludzie. Wraz z lokalnymi kolegami rodzeństwo stara się przechytrzyć wszystkich, by tylko znaleźć swoje zgubione fanty. Jednak nie tylko to znajdą – w posiadłości jest jeszcze ktoś…

Bunt armii robotów

W kolejnej części Niki i Tesla tak bardzo będą przekonani, że są tak dobrymi detektywami, że postarają się rozwikłać zagadkę zuchwałej kradzieży rzadkiego komiksu ze sklepu rodziców swojego przyjaciela, Silasa. Dzięki sprzedaży takiego białego kruka sklep mógłby dalej prosperować, bo zdecydowanie zabija go konkurencja i wąska specjalizacja: to drugi sklep w Half Moon Bay z komiksami, gazetami i płytami. Dzięki sprzedaży na rynku kolekcjonerskim ojciec Silasa mógłby spłacić wszystkie długi. Inteligencji oraz wiedza naukowo-techniczna nie raz przyda się do zbadania kolejnych poszlak ich prywatnego śledztwa. A wszystkie kierują ich do konstruktorki marketingowych robotów, doktor Sakurai, w której, o dziwo, zakochał się wujek Newt.

Dlaczego to te książki są takie fajne?

Choć seria książek z Nikim i Teslą nie jest poradnikiem, to jednak pomiędzy poszczególnymi historiami znajdziemy dokładne instrukcje jak zrobić te same sprzęty, jakie konstruowało rodzeństwo. Czy to robokot, czy rakieta z butelki coli i miętowych dropsów: wszystko jasno i z rysunkami gotowego obiektu z łatwością pozwala na zbudowanie własnego robota. Nie zdziwicie się więc, jeśli nagle podczas czytania tej książki dziecko rzuci się z zapałem do majsterkowania. Ja sama mam ochotę na zbudowanie robaka ze szczoteczki do zębów.

A Wy lubiliście fizykę i chemię? A może sali byliście domowymi wynalazcami czy konstruktorami robotów?