Książki dla dzieci,  Kulturalnie

Truchlin – tu nie ma czasu nawet truchleć!

Przyznaję od razu, że nie czytuję za dużo czeskiej literatury. Nie dlatego, że jej nie ma, bo choćby Wydawnictwo Afera wydaje sporo nowości. I teraz żałuję, że nie czytałam żadnej książki Jaroslava Foglara, bo dzięki „Truchlinowi” Vojtěcha Matocha okrzyknięto kontynuatorem legendarnego powieściopisarza czeskiego.

Bohaterowie „Truchlina”

Przez ulice Pragi, także przez te ciemniejsze miejsca, prowadzą nas nastolatkowie: Jirka, jego przyjaciel Tonda i kuzynka Tondy Anastazja, zwana En. Mają oni klubik na poddaszu kamienicy, w której mieszka babcia En. Tam hodują norniki, oglądają w śpiworach filmy na laptopie i spędzają wesoło jak to dzieci czas. Wszystko zaczyna się jednak komplikować, kiedy Jirka zauważa, że En to przecież dziewczyna, dziewczyna o pięknych długich włosach, miłym uśmiechu…

Fabuła „Truchlina”

Truchlin to mała wyspa w środku Pragi, na której prąd w ogóle nie działa i nikt nie wie, dlaczego. Mieszka tu dziadek Jirki. Pewnego dnia Jirka odwiedza swojego dziadka. Okazuje się, że ten raczej mało sprawny już staruszek ma dziwnych znajomych, sekrety, spisuje jakieś notatki, zawalony jest gazetami. To coś, o czym chyba nikt z rodziny nie wiedział! W drodze do domu dochodzi do wypadku, który ostatecznie skłania Jirkę do ucieczki do oświetlonej części Pragi.

Kiedy chłopak chce się podzielić swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółmi, dochodzi do rozszerzenia się Truchlina na nowe dzielnice, a to niesie ze sobą chaos komunikacyjny i strach. Jirka podejrzewa, że dziadek może coś wiedzieć, rusza więc z przyjaciółmi do spowitego mrokiem Truchlina, który nieco przypomina miasto duchów. Nie ma tu prądu, zasięgu GPS-a, radia, nie działają żadne maszyny czy silniki. Miasto wygląda na wymarłe, z odrapanymi pięknymi willami i walącymi się kamienicami. Jest jak miasto-widmo, ale nadal mieszkają tu ludzie. Ba, pochodzi stąd matka Jirki, więc nie jest to dzielnica wzbraniających się przed wyprowadzką staruszków!

Ale staruszek, będący dziadkiem Jirki, gdzieś znika. Zostawia wiadomość i mapę, dzięki której nastolatkowie mogą stać się bohaterami i uratować Pragę od klątwy Truchlina. Wystarczy naprawić pewną tajemniczą maszynę. Czy jednak prawda jest taka, jaka im się wydaje? I czego chcą od nich biznesmen Klement Hrouda i jego wyjęci spod czarnej gwiazdy ludzie?

Dlaczego pomysły Matocha przyrównuje się do Foglara?

Zwykle książki przygodowe dla dzieci opierają się na poszukiwaniu jakiegoś skarbu czy artefaktu. Nie inaczej jest tu. Zarówno Foglar, którego cały cykl książek poświęcony jest tajemniczemu artefaktowi-łamigłówce zawierającemu plany latającego roweru (Záhada hlavolamu), tak i Matocha skupia się na gigantycznej maszynie. Jest to gigantyczna konstrukcja, pełna przekładni, kół zębatych, zasilana parą. Produkuje, jak to dziadek Jirki twierdzi, antyelektryczność. Jej planów nijak nie można zrozumieć, a samej maszyny nie da się też zbadać rozbierając, bo wyłączenie spowoduje… koniec świata.

Dla kogo jest „Truchlin”

Coraz bardziej wsiąkam w czeskie klimaty i powiem Wam jedno – bawiłam się przy lekturze „Truchlina” jak dziecko. Bo jako dziecko uwielbiałam detektywistyczne i przygodowe lektury, a tu to wszystko znajduję, dodatkowo z fabułą umieszczoną w naszym świecie, zaraz blisko granicy z Polską, w Pradze, którą zwiedzałam już kilka razy. Książka jest przeznaczona dla około 10-14-latków, którzy mogą się utożsamiać z bohaterami i którzy być może tak samo jak oni lubią przygody i przeżywają pierwsze niewinne jeszcze zauroczenie. Autor sprytnie połaćzył wątki detektywistyczne, paranormalne, jak i technologiczne zdobycze dnia dzisiejszego. W rezultacie książka jest łatwa do zrozumienia. Ponadto opowieść jest napisana jasnym słownictwem, dzięki czemu dzieci mogą naprawdę przeczytać książkę samodzielnie. Historii towarzyszą piękne ilustracje i wszystkie trzymają się czarno-białej palety, tak jak zdjęcie na okładce. Całość sprawia wrażenie, że Truchlin nie może być daleko. Może dwie przecznice stąd. Zaraz za rogiem.