Tradycja kolędowania

Tradycja kolędowania Image

Tradycja kolędowania

Kie­dy by­łam mała, nie było w Pol­sce Hal­lo­we­en. Za­ba­wy kar­na­wa­ło­we – ow­szem! Zwy­kle star­cza­ło nam je­den raz w roku prze­brać się za księż­nicz­kę, ry­ce­rza czy inną po­stać, po­ba­wić, ob­jeść sło­dy­cza­mi i man­da­ryn­ka­mi, opić oran­ża­dą, po­tań­czyć na szkol­nej czy przed­szkol­nej za­ba­wie. Na­wet jak już do­wie­dzia­łam się, ze moż­na dzień przed Wszyst­ki­mi Świę­ty­mi uda­wać zom­bia­ka, dra­cu­lę, cza­row­ni­cę czy tru­po­sza, nie bar­dzo mia­łam ocho­tę na ta­kie za­ba­wy, bo zwy­czaj­nie by­łam już za duża. Na bal prze­bie­rań­ców też. Mimo to moje dzie­ci po­tra­fią prze­bie­rać się za stwo­ry i róż­ne­go ro­dza­ju i kom­bi­na­cji po­sta­cie kil­ka razy dzien­nie i zde­cy­do­wa­nie nie mają dość. Dzię­ku­je­my wszyst­kim skle­pom z uży­wa­ną odzie­żą, że mogę cały rok kom­ple­to­wać ich kar­na­wa­ło­wą garderobę.

Ja nie zna­łam Hal­lo­we­en, a moje dzie­ci nie zna­ją cu­dow­ne­go zwy­cza­ju ko­lę­do­wa­nia. Po­cho­dzę z Ko­cie­wia, z ma­łej miej­sco­wo­ści, gdzie tra­dy­cja trzy­ma się bar­dzo do­brze. Przed we­se­la­mi jest po­lte­ra­bend, na Śmi­gus Dyn­gus chłop­cy leją wia­dra­mi w wodą ze sta­wów, któ­rych jest pod do­stat­kiem, wra­ca­ją­ce z mszy świę­tej dziew­czy­ny, a po­cząw­szy od Wi­gi­lii aż do Świę­ta Trzech Kró­li dzie­ci cho­dzi­ły po do­mach po ko­lę­dzie. A może ra­czej z kolędą.

Nie­któ­rzy z Was za­pew­ne na ha­sło „ko­lę­da” my­ślą o co­rocz­nej wi­zy­cie dusz­pa­ster­skiej, ewen­tu­al­nie o we­so­łym „Jin­gle Bells” w ra­dio w okre­sie świą­tecz­nym. Jed­nak nie taka tra­dy­cja była za mo­je­go dzie­ciń­stwa żywa. Ko­lęd­ni­ka­mi naj­czę­ściej były dzie­ci. Grup­ka kil­ku osób prze­bie­ra­ła się za po­sta­cie z na­ro­dze­nia Je­zu­sa: byli pa­stusz­ko­wie, Świę­ta Ro­dzi­na, dia­beł i anioł, Trzej Kró­lo­wie. Obo­wiąz­ko­wo je­den z pa­stusz­ków niósł ob­kle­jo­ną fo­lią alu­mi­nio­wą czy przy­kle­jo­ny­mi tłu­czo­ny­mi bomb­ka­mi (nie było bro­ka­tu w skle­pach) gwiaz­dę be­tle­jem­ską przy­tknię­tą do ja­kie­goś kija od mio­tły. Taki or­szak cho­dził od domu do domu, śpie­wał ko­lę­dy i zbie­rał drob­ne dat­ki lub sło­dy­cze, któ­re póź­niej skrzęt­nie dzie­li­li mię­dzy siebie.

Jako bo­daj­że 10–12-latką sama by­łam jed­nym z ta­kich ko­lęd­ni­ków. Po szko­le pra­wie dzie­się­cio­oso­bo­wą gru­pą kil­ka go­dzin cho­dzi­li­śmy w za­spach, po nie­od­śnie­żo­nych i nie­oświe­tlo­nych dro­gach, pu­ka­jąc pod domu do domu. Cza­sy się zmie­ni­ły i o ile kie­dyś omi­nie­cie domu przez ko­lęd­ni­ków było ozna­ką bra­ku szczę­ścia w nad­cho­dzą­cym roku, o tyle pod­czas na­szej wę­drów­ki wie­le do­mów nie otwie­ra­ło przed nami swo­ich drzwi.

Ostat­nim do­mem, do któ­re­go za­wi­ta­li­śmy, był dom pro­bosz­cza. Był to miły, acz twar­do stą­pa­ją­cy po zie­mi czło­wiek. To on po­sta­no­wił wy­bu­do­wać w mo­jej ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści ko­ściół, by nie gnieść się wię­cej pod­czas mszy świę­tych w wy­naj­mo­wa­nym po­miesz­cze­niu, któ­re za Niem­ca było tanz­sa­lą. My, dzie­ci, tro­chę się go ba­li­śmy. Nie tyl­ko dla­te­go, że uczył nas re­li­gii, ale dla­te­go, że przy­by­wa­jąc do nie­go jako ko­lęd­ni­cy mu­sie­li­śmy się li­czyć, że ko­lę­da, jaką przyj­dzie nam za­śpie­wać, bę­dzie dłu­ga, bo pro­boszcz za­cze­ka do ostat­niej zwrot­ki za­nim wrzu­ci drob­ne do pusz­ki i roz­da cu­kier­ki. Do tego nie dało się scho­wać za kimś je­śli nie zna­ło się słów – po­tra­fił wy­chwy­cić każ­de­go lesera.

Do domu wró­ci­łam wte­dy póź­no, zmar­z­nię­ta, cała w śnie­gu, z chryp­ką od śpie­wa­nia, ale ra­do­sna. Te kil­ka zło­tych i tro­chę sło­dy­czy było ni­czym w po­rów­na­niu z wspól­nym kul­ty­wo­wa­niem tradycji.

Fot. Lud­mi­la­go­la­bek, CC0

 

Autor | moniowiec Komentarze | 0 Data | 21 grudnia 2015

kategorie i tagi

W kategorii: Dla dorosłych

Otagowano: