Życie w centrum Anglii — Kiedy Polska to za mało

Życie w centrum Anglii — Kiedy Polska to za mało Image

Życie w centrum Anglii — Kiedy Polska to za mało

Shi­re­bro­ok to jed­no z wie­lu usia­nych w cen­tral­nej An­glii mia­ste­czek. Małe, ma­low­ni­cze, nie­po­zor­ne. To wła­śnie tu miesz­ka z ro­dzi­ną, w kład któ­rej wcho­dzi też 3,5-letni Jaś, miesz­ka Mar­le­na, blo­gu­ją­ca na co dzień na www.bogatemysli.com. Zo­bacz­cie jak wy­glą­da ży­cie w UK na chwi­lę przed Bre­xi­tem.

Kon­fa­bu­la: Jak dłu­go już tu miesz­kasz?
Mar­le­na: Pierw­szy raz wy­je­cha­łam z Pol­ski ma­jąc 9 lat — spę­dzi­łam wte­dy 2 mie­sią­ce w Rzy­mie. Za­ko­cha­łam się w tym mie­ście, ale też od tego mo­men­tu by­łam pew­na, że prę­dzej czy póź­niej wy­ja­dę z Pol­ski. Mi­ja­ły lata, jesz­cze wie­le razy od­wie­dzi­łam Rzym i pół­noc­ne Wło­chy. Na stu­diach po­zna­łam mo­je­go męża i pierw­szy raz wy­je­cha­łam z nim do An­glii na wa­ka­cje — do pra­cy oczy­wi­ście. Ale mia­łam jesz­cze do do­koń­cze­nia stu­dia, więc wró­ci­li­śmy do Pol­ski. Uro­dzi­łam dziec­ko i tak czas nam mi­jał. Dla­cze­go wy­je­cha­li­śmy? Dla wy­go­dy — tu­taj mo­głam spo­koj­nie zaj­mo­wać się dziec­kiem, pi­sać blo­ga, przy­go­to­wy­wać się do za­ło­że­nia fir­my — wy­pła­ta męża (choć nie­wie­le wyż­sza niż tu­tej­sze mi­ni­mum) wy­star­cza­ła nam na wszyst­ko. Do tego wa­run­ki pro­wa­dze­nia fir­my w An­glii są bar­dzo ko­rzyst­ne — to też mia­ło wpływ na na­szą de­cy­zję. Co praw­da roz­wa­ża­li­śmy naj­pierw inne kra­je — ale zna­jo­mość ję­zy­ka an­giel­skie­go prze­wa­ży­ła. Mąż wy­je­chał na sta­łe w paź­dzier­ni­ku 2015 roku, ja i Jaś do­je­cha­li­śmy do nie­go 30 stycz­nia 2016. W mo­men­cie kie­dy pi­szę ten ar­ty­kuł miesz­ka­my jesz­cze u bra­ta mo­je­go męża (wy­pro­wadz­ka wkrót­ce), a ja po­wo­li za­czy­nam szu­kać pra­cy, żeby spo­koj­nie opła­cić dom i roz­wi­jać fir­mę.

Kon­fa­bu­la: Co za­dzi­wia – po­zy­tyw­nie i ne­ga­tyw­nie – przy pierw­szym kon­tak­cie z tym kra­jem?
Mar­le­na: Zdzi­wi­ła mnie uprzej­mość lu­dzi. Uwiel­biam ro­bić za­ku­py w an­giel­skich skle­pach. I choć wiem, że każ­dy usły­szy od sprze­daw­cy ha­sło „Wi­taj Ko­cha­nie, co u Cie­bie?”, o ile mil­szy sta­je się dzień po ta­kim przy­wi­ta­niu. Po­dob­nie na uli­cy — wła­ści­wie każ­da mi­ja­na oso­ba uśmie­cha się i wita. To zu­peł­nie ina­czej niż w Pol­sce. Zresz­tą miesz­kam w ma­łym mia­stecz­ku, jest tu spo­ro Po­la­ków — w sa­mym ryn­ku znaj­du­ją się czte­ry pol­skie skle­py — tam jest zu­peł­nie ina­czej. Tak jak w Pol­sce — dzień do­bry to rzad­kość, miła ob­słu­ga po­zo­sta­je ra­czej ma­rze­niem.

Kon­fa­bu­la: Ile wy­dasz w skle­pie na co­dzien­ne za­ku­py?
Mar­le­na: Prze­li­cza­jąc na zło­tów­ki ży­cie tu­taj jest oczy­wi­ście droż­sze. Ale nie war­to prze­li­czać — tu­taj żyje się ina­czej. Bo­che­nek chle­ba kosz­tu­je 1 funt — czy­li ok. 5 zł, ale trze­ba za­uwa­żyć, że za go­dzi­nę pra­cy za­ra­bia się mi­ni­mum 7,20 fun­ta. Nie je­stem pew­na co do ceny mle­ka — nie to­le­ru­je­my lak­to­zy z syn­kiem, a mąż ku­pu­je ma­lut­kie bu­te­lecz­ki do kawy. Za to jest spo­ra róż­ni­ca je­śli cho­dzi o do­stęp­ność mle­ka ro­ślin­ne­go. W Pol­sce naj­tań­sze so­jo­we w Bie­dron­ce kosz­tu­je 5 zł, za mig­da­ło­we czy ko­ko­so­we trze­ba za­pła­cić ok 10 zł. Tu­taj 2 li­try mle­ka kro­wie­go kosz­tu­je ok 1,5 fun­ta, po­dob­nie mle­ka ro­ślin­ne­go. Za litr ben­zy­ny trze­ba za­pła­cić oko­ło 1,20 fun­ta. Je­stem wła­śnie na eta­pie wy­naj­mu miesz­ka­nia czy domu. Ceny są odro­bi­nę zróż­ni­co­wa­ne — w za­leż­no­ści od dziel­ni­cy, a tym sa­mym wie­ku bu­dyn­ku. Ale za miesz­ka­nie czy dom z dwie­ma sy­pial­nia­mi trze­ba w oko­li­cy za­pła­cić od 400 do 500 fun­tów. My wy­bra­li­śmy dom z ogro­dem i dwie­ma sy­pial­nia­mi, po re­mon­cie w now­szym bu­dow­nic­twie w ce­nie 450 fun­tów mie­sięcz­nie.

Kon­fa­bu­la: A jak wy­glą­da die­ta An­gli­ków?
Mar­le­na: W kwe­stii je­dze­nia An­gli­cy są strasz­ny­mi le­nia­mi. Je­śli go­tu­ją w domu — to ra­czej tyl­ko od­grze­wa­ją go­to­we obia­dy ku­pio­ne w skle­pie. Moż­na tu ku­pić wszyst­ko, przy­go­to­wa­ne tyl­ko do pod­grza­nia i zje­dze­nia. Je­śli nie go­tu­ją — wy­bie­ra­ją re­stau­ra­cje lub fa­st­fo­ody. I coś, co mnie wręcz prze­ra­ża — na ryn­ku mamy kil­ka bu­dek z je­dze­niem — ham­bur­ge­ry, sma­żo­ne kieł­ba­ski, wszyst­ko tłu­ste i sma­żo­ne. Co­dzien­nie rano do tych bu­dek usta­wia­ją się ko­lej­ki z za­mia­rem ku­pie­nia śnia­da­nia. Nie mam nic do do­ro­słych, ale te ham­bur­ge­ry i kieł­ba­ski bar­dzo czę­sto je­dzą na śnia­da­nie dzie­ci, któ­re jesz­cze na­wet do­brze nie po­tra­fią cho­dzić.

Kon­fa­bu­la: Jak żyje prze­cięt­ny miesz­ka­niec Shi­re­bro­ok?
Mar­le­na: To co moim zda­niem jest tu cha­rak­te­ry­stycz­ne, to po­dob­nie jak w Rzy­mie — małe, za­gra­co­ne miesz­ka­nia. Tu­tej­sze domy czy miesz­ka­nia, w po­rów­na­niu z pol­ski­mi, są wręcz mi­nia­tu­ro­we. Co wca­le nie zna­czy, że mają mniej wy­po­sa­że­nia. Wręcz prze­ciw­nie. Czę­sto wcho­dzi się pro­sto do sa­lo­nu, a tam ka­na­py, fo­te­le, stół z krze­sła­mi i je­dy­nie wą­skie przej­ście po­mię­dzy. Brak fi­ra­nek w oknach i bli­skość uli­cy spra­wia­ją, że ła­two moż­na za­ob­ser­wo­wać jak ktoś miesz­ka. Je­śli w domu znaj­du­ją się dzie­ci, sy­tu­acja wy­glą­da jesz­cze go­rzej, oprócz stan­dar­do­we­go wy­po­sa­że­nia znaj­du­ją się jesz­cze ogrom­ne ilo­ści za­ba­wek i sprzę­tów dzie­cię­cych.

Je­stem tu krót­ko, jest to wła­ści­wie pra­wie wieś, ale jest coś co od­róż­nia miesz­ka­nie tu­taj od miesz­ka­nia w Pol­sce. W Rzy­mie nie czu­łam się zbyt bez­piecz­nie – szcze­gól­nie za pierw­szym ra­zem, kie­dy przy każ­dym spa­ce­rze wi­dzia­łam na koń­cu uli­cy wy­glą­da­ją­ce­go zza bu­dyn­ku fa­ce­ta – przez po­nad mie­siąc, co­dzien­nie, za­wsze kil­ka­dzie­siąt me­trów za mną. Mia­łam wte­dy 9 lat, więc ni­gdy nie by­łam sama, ale mimo wszyst­ko to dziw­ne uczu­cie to­wa­rzy­szy­ło mi też przy ko­lej­nych od­wie­dzi­nach. W Pol­sce też róż­nie by­wa­ło z cho­dze­niem w po­je­dyn­kę, wą­ski­mi, ciem­ny­mi ulicz­ka­mi. Tu­taj jest ina­czej, czu­ję się dużo bez­piecz­niej. Nie lu­bię wy­cho­dzić sama póź­nym wie­czo­rem, ale przez rok nie spo­tka­łam się jesz­cze z żad­ną dziw­ną sy­tu­acją. Spo­koj­nie za­bie­ram syn­ka na spa­cer i ma­sze­ru­je­my uli­ca­mi, któ­rych wcze­śniej nie zna­li­śmy.

Moc­no za­uwa­żal­ne jest też ro­bie­nie du­żych za­ku­pów raz w ty­go­dniu. Do te­raz ła­pię się na tym, że idę w so­bo­tę rano do któ­re­goś z an­giel­skich skle­pów i za­miast 5 mi­nut spę­dzam w ko­lej­ce 30. Sklep jest w tym cza­sie peł­ny, każ­dy ma wy­ła­do­wa­ny wó­zek, a ja jak zwy­kle wpa­dam na szyb­ko ku­pić jed­ną rzecz, któ­rej mi bra­ku­je.

Kon­fa­bu­la: Jak wy­cho­wu­je się tu dzie­ci?
Mar­le­na: An­gli­cy wy­cho­wu­ją dzie­ci ina­czej niż my — bar­dziej na lu­zie. Na pla­cu za­baw za­wsze wia­do­mo, któ­re dziec­ko to An­glik, a któ­re Po­lak. An­giel­skie dzie­ci, je­śli tyl­ko po­tra­fią cho­dzić z re­gu­ły na pla­cu za­baw ba­wią się same, same wcho­dzą na wy­so­kie zjeż­dżal­nie, cza­sem z nich spa­da­ją i cho­dzą z po­ob­dzie­ra­ny­mi buź­ka­mi. Pol­skie dzie­ci mają ob­sta­wę. Nie mogą same wyjść na zjeż­dżal­nię, a je­śli są z bab­cia­mi to co chwi­lę sły­szą — nie bie­gaj, bo się spo­cisz, nie skacz, nie zjeż­dżaj tak szyb­ko, nie huś­taj się tak wy­so­ko. Ja sta­ram się, aby mój sy­nek był sa­mo­dziel­ny, więc bawi się ra­czej sam, chy­ba że po­trze­bu­je po­mo­cy i mnie woła. Luz w an­giel­skim wy­cho­wa­niu ob­ja­wia się tak­że w spo­so­bie ubie­ra­nia. By­wa­ją sy­tu­acje, kie­dy mamy za­le­d­wie kil­ka stop­ni po­wy­żej zera, ja oso­bi­ście ubie­ram zi­mo­wą kurt­kę, cza­sem na­wet raj­sto­py i cie­pły ko­min, a wi­du­ję na mie­ście małe dzie­ci (kil­ku­mie­sięcz­ne) bez czap­ki — co tu jest nor­mą, w kurt­ce i z bo­sy­mi stóp­ka­mi (ale nie bez bu­ci­ków, cał­kiem bo­sy­mi, na­wet bez skar­pe­tek).

Kon­fa­bu­la: Jak Po­la­cy są tam po­strze­ga­ni?
Mar­le­na: Miesz­kam w miej­sco­wo­ści, w któ­rej cza­sem ła­twej usły­szeć ję­zyk pol­ski niż an­giel­ski — i sama nie wiem czy to do­brze. Nie spo­tka­łam się z żad­ny­mi for­ma­mi dys­kry­mi­na­cji — no poza jed­ną może 12-let­nią dziew­czyn­ką mó­wią­cą głu­po­ty na pla­cu za­baw. My­ślę, że naj­więk­szym pro­ble­mem jest to, że spo­ra część Po­la­ków miesz­ka­ją­cych tu­taj po pro­stu nie zna ję­zy­ka an­giel­skie­go.

Kon­fa­bu­la: Wspo­mi­nasz ja­kąś sy­tu­acje ze szcze­gól­nych roz­ba­wie­niem?
Mar­le­na: Przed świę­ta­mi by­li­śmy we trój­kę w Play­ma­nii. To miej­sce dla dzie­ci do za­ba­wy — po­dob­nie jak w Pol­sce są tam zjeż­dżal­nie, ba­se­ny z kul­ka­mi i inne atrak­cje. Moż­na też za­mó­wić so­bie je­dze­nie. I wła­śnie sta­łam w ko­lej­ce, aby ku­pić coś do pi­cia, kie­dy po­czu­łam, że ktoś mnie po­py­cha w łyd­kę. My­śla­łam, że to któ­ryś z dzie­cia­ków, albo na­wet mój sy­nek coś chce, więc się od­wró­ci­łam spraw­dzić. Oka­za­ło się, że to do­ro­sły fa­cet, któ­ry mnie po­my­lił ze zna­jo­mą. Po­dej­rze­wam, że w Pol­sce mo­gła­bym usły­szeć sor­ki po­mył­ka i tyle, więc bar­dzo zdzi­wi­ło mnie kil­ku­mi­nu­to­we prze­pra­sza­nie i nad­sta­wia­nie po­licz­ka — bo prze­cież po­win­nam mu za to dać w twarz.

Fot. An­drew Hill, CC BY-ND 2.0


Je­śli lu­bisz po­dróże z pal­cem po ma­pie, co śro­dę za­pra­szam na wy­prawę z jed­ną z Pol­ek miesz­ka­ją­cych za gra­nicą. Wpi­sy już pu­bli­ko­wane znaj­dzie­cie tu.

Autor | moniowiec Komentarze | 13 Data | 12 kwietnia 2017

kategorie i tagi

W kategorii: Wywiady

Otagowano:

  • Spoj­rze­nie na Wiel­ką Bry­ta­nię z nie­co in­nej per­spek­ty­wy 🙂 Pra­co­wa­łam kie­dyś w Lon­dy­nie i nie czu­łam się jak u sie­bie- bra­ko­wa­ło mi ro­dzi­ny, przy­ja­ciół i na­szej „pol­sko­ści”, że tak to ujmę, ale wia­do­mo każ­dy jest inny, a świat sta­je się co­raz bar­dziej ko­smo­po­li­tycz­ny. Przy­jem­nie się czy­ta­ło- przy­ja­zny ob­raz An­glii okiem sta­łe­go miesz­kań­ca- my­ślę, że przy­da się ko­muś roz­wa­ża­ją­ce­mu prze­pro­wadz­kę, Po­zdra­wiam!

    • Mi w UK też bra­ko­wa­ło naj­bliż­szych. By­łam tam w cza­sach, kie­dy na­wet z in­ter­ne­tem cięż­ko jesz­cze było, a roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne kosz­to­wa­ły kro­cie. Dziś już bym nie po­je­cha­ła, nie całą ro­dzi­ną.

  • Ewa

    Pięk­nie tam!

  • ja

    a mi An­glia za­wsze ko­ja­rzy sie z kró­lo­wa…

  • Su­per dzie­ciacz­ki

    Ależ mi się po­do­ba­ją ta­kie an­giel­skie mia­stecz­ka 🙂

  • Cie­ka­wy opis. Sama my­ślę o emi­gra­cji, lecz mąż krę­ci no­sem. Je­stem pew­na, że za gra­ni­ca­mi by­ło­by nam ła­twiej i pro­ściej — oczy­wi­ście wiem, że nic nie jest tyl­ko czar­ne i bia­łe, na suk­ces za gra­ni­cą rów­nież trze­ba za­pra­co­wać. Po­zdra­wiam! 🙂

    • Zna­jo­my miesz­ka­ją­cy w UK po­wta­rza, ze je­śli ko­muś nie prze­szka­dza pra­ca za naj­niż­szą kra­jo­wą to bę­dzie się czuł do­brze. Je­śli jed­nak ce­lu­je wy­żej — to wte­dy zna­jo­mość ję­zy­ka zwy­kle jest na na­szą nie­ko­rzyść.

  • Za­sta­na­wiam sie skąd się u nas ta­kie na­sta­wie­nie do opie­ki bie­rze…

  • Anna

    Pięk­ne zdję­cia — od razu się przy­jem­niej czy­ta 🙂

  • Su­per wpis! Bar­dzo faj­nie, że opi­sa­no w nim co­dzien­ne ży­cie za gra­ni­cą, bez żad­nych udziw­nień i ko­lo­ry­za­cji. A zdję­cia wspa­nia­łe! 🙂

  • Gdy tyl­ko zo­ba­czy­łam czer­wo­ną bud­kę na ho­ry­zon­cie, wie­dzia­łam, że mu­szę prze­czy­tać ten wpis 🙂 Ko­cham An­glię ogrom­nie, a mia­stecz­ko, w któ­rym miesz­ka Au­tor­ka — prze­uro­cze!! Może na­wet wy­bio­rę się tam na któ­reś wa­ka­cje 🙂

  • Ah ko­cham te ich uro­kli­we mia­stecz­ka 🙂 Mia­łam przy­jem­ność spę­dzić 6 mie­się­cy w Wiel­kiej Bry­ta­nii — tro­chę w An­glii i tro­chę w Wa­lii. Wspo­mi­nam z nut­ką tę­sk­no­ty, mam na­dzie­ję, że jesz­cze się tam wy­bio­rę 🙂