Całkiem kulturalnie

Ciekawe komiksy dla dzieci od Wydawnictwa Centrala

Nie wycho­wa­łam się na „Kaj­ko i Koko­szu”, nie czy­ta­łam „Tytu­sa, Rom­ka i A-Tom­ka” jako dziec­ko. I bar­dzo, ale to bar­dzo tego żału­ję. Przy­go­dę z samo­dziel­nie czy­ta­ną książ­ką zaczę­łam od Dzie­ci z Bul­ler­byn, któ­rych do dziś moc­no nie lubię. Nie za fabu­łę, nie za posta­ci – za obszer­ność. To przez to na dobre się­gnę­łam po książ­kę po dłu­giej prze­rwie, kie­dy potra­fi­łam już skład­niej czy­tać. Jako dziec­ko wola­ła­bym zacząć czy­ta­nie od cze­goś krót­kie­go i cie­ka­we­go. Na przy­kład od cie­ka­we­go komik­su Wydaw­nic­twa Cen­tra­la.

Słoń na księżycu

Kie­dyś prze­czy­ta­łam w histo­rię o tym, że nauko­wiec w tur­ba­nie jest mniej prze­ko­nu­ją­cy niż ten pod kra­wa­tem. Tro­chę to bare­jow­skie, jed­nak coś w tym jest. Nie­zwy­kle łatwo jest kogoś ośmie­szyć, ale już uwie­rzyć w jego cie­ka­we odkry­cie jest trud­niej. A jesz­cze trud­niej jest poka­zać całe­mu świa­tu, że się myli. Wła­śnie o tym jest ta kwa­dra­to­wa ksią­żecz­ka autor­stwa Gosi Her­by i Miko­ła­ja Pasiń­skie­go.

Choć Słoń na księ­ży­cu skie­ro­wa­ny jest do dzie­ci to poru­sza nie­zwy­kle waż­ne tak­że dla doro­słych war­to­ści. Oto mło­da astro­nom­ka doko­nu­je epo­ko­we­go odkry­cia: przez swój tele­skop widzi sło­nia na księ­ży­cu. Zaafe­ro­wa­na poka­zu­je swo­je zna­le­zi­sko Towa­rzy­stwu Księ­ży­co­we­mu, któ­re jed­nak nic na srebr­nym glo­bie nie widzi. Ba! Zaczy­na szy­dzić z kobie­ty, umniej­szać jej doro­bek nauko­wy, kpić. Kobie­ta jed­nak posta­wi­ła na swo­im zamiast zalać się łza­mi i orze­kła, że nie przy­szła góra do Maho­me­ta, to Maho­met przy­szedł do góry. Zbu­do­wa­ła rakie­tę, by samo­dziel­nie dostać się na księ­życ i poka­zać wszyst­kim naukow­com kto miał rację. Zobacz­cie co się sta­nie kie­dy astro­nom­ka rze­czy­wi­ście spo­tka sło­nia na księ­ży­cu oraz jak zmie­ni to wszyst­kich miesz­kań­ców Zie­mi.

Pustka

Po śmier­ci ulu­bio­ne­go zwie­rząt­ka poja­wia­ją się róż­ne uczu­cia, ale góru­je nad nimi pust­ka. Wła­śnie o takiej pust­ce opo­wia­da komiks Marian­ny Szty­my. Pozor­nie jest to smut­ny temat. Śmierć, osa­mot­nie­nie, łzy, wspo­mnie­nia to prze­cież nie jest temat dla dzie­ci.

Jed­nak w tym komik­sie jest coś, co deli­kat­nie pozwo­li oswo­ić się dziec­ku z nową sytu­acją. Boha­ter­ka komik­su jest smut­na po utra­cie kot­ka. Jego miej­sce wypeł­nia Pust­ka – duży stwór, któ­ry w zależ­no­ści od sta­nu emo­cjo­nal­ne­go dziew­czyn­ki potra­fi zmie­niać wiel­kość. Może być strasz­ny, jed­nak na dłuż­szą metę to ktoś, z kim moż­na poroz­ma­wiać i kto nigdy nie znik­nie jak kot. Bar­dzo cie­ka­wy spo­sób przed­sta­wie­nia pro­ble­mu.

My parents are not my real parents

Na pierw­szy rzut oka ta trzy­ję­zycz­na książ­ka, pisa­na po pol­sku, angiel­sku i nie­miec­ku, jest bar­dzo prze­wrot­na. Począt­ko­wo zasta­na­wia­łam się czym tak napraw­dę jest. A wyja­śnie­nie jest banal­nie pro­ste – jest zbio­rem wszyst­kich powie­dzeń czy prze­ko­nań, któ­re od dzie­ciń­stwa są w naszych gło­wach. Cza­sem cał­kiem dzi­wacz­ne czy nie­praw­dzi­we jak to, że przy­cisk na pilo­cie tele­wi­zo­ra może odpa­lić bom­bę ato­mo­wą. Ale sko­ro dzie­ciom wma­wia się, że rodzyn­ki to muchy albo że przyj­dzie poli­cjant i go zabie­rze jak będzie nie­grzecz­ny, to wca­le im się tak bar­dzo nie dzi­wię.