Całkiem poważnie

Jeżdżę małym autobusem i dobrze mi z tym

Duży. Diesel. Pali jak ciągnik. Mały autobus. Symbol mojej wielodzietności: samochód 7-osobowy. Jak zobaczyłam go po raz pierwszy, to zaczęłam gorączkowo szukać karteczki z modlitwą do św. Krzysztofa. Bo jak ja będę tym jeździć? Jak poradzę sobie z przesiadką z małego miejskiego samochodu w takie wielgachne bydlę niczym mały autobus?

Dlaczego mam taki duży samochód?

Były czasy radosnej samotności, czasy przed dziećmi, kiedy starczył bilet kolejowy, prowiant, czasem podwózka autobusem, by podbić świat. Najczęściej zaś służyły temu własne stopy. Ale potem przyszło pierwsze dziecko, a z nim wizyty u lekarza, specjalistów (kardiolog, pulmonolog, alergolog…), wyjazdy do rodziny czy wreszcie dojazdy do żłobka na drugim końcu miasta. Szczęśliwym zrządzeniem losu pojawiło się Clio. Małe, ciasne, ale zwrotne i zapewniające komfort naszej trójce. Później czwórce. W momencie, kiedy przy trzeciej ciąży brzuch zaczął już przeszkadzać, a siedzenia nie dało się dalej odsunąć do tyłu, zapadła decyzja: kupujemy coś większego. Coś, co pomieści 3 foteliki, rowerek biegowy i wózek dla lalek i spacerówkę dla najmłodszego berbecia.

Ale przecież…

Powiecie, że przecież mogłam zmieścić 3 dzieci. Przepisy się zmieniły i można w przypadku problemów z montażem trzeciego fotelika posadzić dziecko pośrodku, przypasać i cieszyć się brakiem mandatu. Jednak nie chciałam takiej loterii. Chciałam przede wszystkim bezpieczeństwa. Ale otrzymałam więcej!

Fot. Mike Petrucci, CC BY-SA 2.0

Teraz czuję komfort jazdy

Nie mam SUVa, a jednak wsiadam do mojego Seata Alhambry jak do SUVa. Jest wysoki i naprawdę wygodniej mi, wysokiej, siadać za kółkiem takiego wozu. Do tego tak się przyzwyczaiłam, że wsiadając do standardowej osobówki czuję się, jakbym jechała tyłkiem po asfalcie. Do tego pojemny bagażnik. Czegóż on nie przewoził? Były już wycieczki na 7 osób, rowery i rowerki, całe szafy, akcja-przeprowadzka, a nawet drzwi wejściowe do domu czy pół tony płyt ażurowych na podjazd. Wymagało to czasem demontażu jakiegoś siedzenia, ale dało radę. Przy takich gabarytach to żadne zakupy w dyskoncie nie są wyjściem tylko po bułki.

Po co o tym piszę?

Mamy wakacje. Wiele rodzin wyjeżdża. A jeśli na trasie jest sporo samochodów to i sporo wypadków. Nic nie ochroni dziecka lepiej niż dobrze dopasowany fotelik. Nic, no, może poza brakiem wypadku, ale na to często nie mamy wpływu. Jeśli nie masz możliwości wpięcia fotelika (nie mówimy o poddupnikach, których za fotelik nie uważam), nie kombinuj. Kup nowy samochód, stary, w którego się nie mieścicie, sprzedaj. Przecież w tej samej cenie można znaleźć większy model. Zdrowie jest najważniejsze!

A czym Wy podróżujecie?